Nieposłuszeństwo wobec prawa a 'zasada uczciwości'

Przeciwnicy uzasadnionego nieposłuszeństwa wobec prawa często odwołują się do rozumowania, które zakłada, że łamanie prawa jest nieuczciwe. Powiadają, że jego zwolennicy dokonują niewybaczalnego przeoczenia polegającego na tym, że zgoda na łamanie obowiązującego prawa oznacza jednocześnie wyrażenie zgody zarówno na to, aby ci, którzy go łamią, mogli czerpać korzyści z faktu przestrzegania prawa przez innych ludzi, jak również na to, aby zostali oni zwolnieni z obowiązków i obciążeń, jakim podlegają z kolei ci wszyscy, którzy się mu dobrowolnie podporządkowują. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, iż rzeczy tak właśnie się przedstawiają. Jednak głębsza refleksja ujawnia konieczność istnienia pewnych dodatkowych kryteriów wiarygodności tego typu argumentacji.

Istnieje pewna uznana koncepcja życia społecznego ułatwiająca uzyskanie zgody w pierwszej kwestii. Zakłada ona, iż funkcjonowanie społeczeństwa jest pewnego rodzaju przedsięwzięciem, świadomie podejmowanym przez wchodzące w jego skład jednostki, aby mogły się one cieszyć z osiągania niemałych korzyści, jakie pojawiają się tylko w wyniku wzajemnej współpracy, oraz by zapewnić sobie w sposób możliwie bezkonfliktowy realizację osobistych celów. To jednak wymaga, z jednej strony, posiadania właściwej idei porządku społecznego, gdyż musimy zdawać sobie sprawę, jakie konkretnie akty współdziałania przyczyniają się do tego najlepiej; z drugiej strony natomiast, potrzebne jest narzędzie bezwarunkowo wprowadzające w życie zbiór takich reguł i zasad, które skutecznie wymuszałyby zgodne z nimi postępowanie obywateli. Spełnienie obu postulatów miałoby gwarantować istnienie właściwego systemu przepisów prawnych. Pojawia się tu jednakże pewna komplikacja. Rzeczą godną zastanowienia wydaje się  mianowicie to, czy odwołując się do pojęcia wynikających z łamania prawa korzyści oraz mniejszych z tego tytułu obciążeń, możemy uzasadnić ich występowanie w każdym przypadku nieposłuszeństwa? Niektórzy dojdą zapewne do zupełnie poprawnego wniosku, że nie da się zaprzeczyć temu, iż w praktyce życia politycznego możemy mieć do czynienia z okolicznościami, w których złamanie prawa prowadzi do zaistnienia takiej sytuacji. I tak, poborowy sprzeciwiający się ustawie nakazującej mu odbycie służby wojskowej, bądź wzięcie udziału w konflikcie zbrojnym, nie tylko mógłby w sposób wiarygodny zostać posądzony o czerpanie korzyści z faktu, że inni bronią jego bezpieczeństwa; wedle tej opinii można byłoby też słusznie dowodzić, że ci, którzy szanują prawo, w przeciwieństwie do niego pozbawieni są możliwości wymigania się od tych nadzwyczaj uciążliwych i niemiłych rzeczy, jakie na ogół składają się na los żołnierzy. Przekonanie to nie wydaje się mieć w praktyce zbyt szerokiego zastosowania i wywodzi się najczęściej z przeoczenia faktu, że mogą istnieć prawa, które nie wszystkim przynoszą korzyści; istnieją też i takie, za wierność którym nie ponosi się jakichkolwiek kosztów. Osoby znajdujące przyjemność w gnębieniu zwierząt lub ci, którzy nie mogą zrealizować swoich ekonomicznych interesów bez zadawania im bólu i cierpienia, nie czerpią zazwyczaj korzyści z przepisów zabraniających takiego okrucieństwa. Z kolei dla miłośników zwierząt stosowanie się do nich nie będzie zapewne niczym uciążliwym. Tak więc niewątpliwy fakt, że niezgodne z prawem działania powodują niekiedy  występowanie tego typu skutków, nie dowodzi w żadnym razie, że może stanowić to wystarczające uzasadnienie dla bezwzględnego zakazu wykonywania aktów uzasadnionego nieposłuszeństwa.

Dużo bardziej złożone wydaje się zagadnienie sformułowania podstaw dla prawidłowego uzasadnienia tezy, że zajście tego typu skutków niezgodnego z prawem czynu, należałoby uważać za niepożądane. Większość z tych, którzy problem ten skrupulatnie zbadali, stoi na stanowisku, że najlepszym wyjaśnieniem obowiązku przestrzegania prawa jest odwołanie się do pewnego znanego sposobu myślenia, nazywanego obecnie za sprawą Johna Rawlsa „zasadą uczciwości” (principle of fairness), która tak na prawdę stanowi nieznacznie tylko zmodyfikowaną odmianę poglądu, jaki na temat wzajemności zobowiązań głosił swego czasu Charlie Broad, a później Herbert Hart. Główna idea, jaką się tu przyjmuje, jest taka, że kiedy grupa osób podejmuje się stosownie do pewnych reguł wspólnego przedsięwzięcia, które przynosi obopólną korzyść jej członkom, to w sytuacji, gdy zaangażowanie w taki projekt wymaga pewnych poświęceń polegających na poniesieniu kosztów w zakresie niezbędnym do uzyskania tych korzyści, ci, którzy dobrowolnie i świadomie podporządkowali się owym ograniczeniom mają prawo żądać, aby takie same obciążenia ponosili również pozostali członkowie grupy, którzy odnieśli korzyść dzięki temu, że ktoś inny zdecydował się na takie postępowanie. Niektórzy sądzą, że rozumowanie to mogłoby bez wątpienia pełnić wiodącą rolę również w dyskusjach na temat możliwości uprawomocnienia aktów uzasadnionego nieposłuszeństwa. Skoro bowiem w imię współpracy i osiąganych z tego powodu korzyści prawo żąda od nas spełnienia uciążliwych i mało przyjemnych warunków, to osoby wymawiające mu w takim przypadku posłuszeństwa nie tylko uwalniają się od obciążeń, jakich doświadczają ci, którzy się mu dobrowolnie podporządkowują, lecz również czerpią z tego faktu korzyści, których by z pewnością nie mieli, gdyby ci ludzie nie wyrazili zgody na poświęcenie jakiejś części własnego dobra. Zgodnie z regułą wzajemnych zobowiązań, nikt w takiej sytuacji nie posiada wystarczających uprawnień, aby poniechać wymaganych działań. W konsekwencji  więc nie można sensownie zakładać, że istnieje coś takiego, jak uzasadnione nieposłuszeństwo wobec prawa.

Reguła wzajemnych zobowiązań uważana jest za szczególnie wiarygodną teorię legalnego postępowania przez tych, którzy w sposób słuszny zakładają, że każdy argument uzasadniający lojalność wobec prawa musi wykazać się należytą prawomocnością zarówno w odniesieniu do samej instytucji posłuszeństwa, jak również w odniesieniu do możliwości jej zastosowania w konkretnych przypadkach. Inaczej mówiąc, jeśli celem jest dostarczenie pełnego uzasadnienia dla bezwzględnego przestrzegania prawa, to zgodnie z tą opinią, należałoby przedstawić jakieś satysfakcjonujące rozwiązania dla następujących dwóch zagadnień: co najlepiej uzasadniałoby posłuszeństwo prawu, rozumiane jako powszechna praktyka społeczna, oraz, co najlepiej uzasadniałoby tego typu posłuszeństwo konkretnych osób w poszczególnych sytuacjach. Kwestie te są odrębne i niezależne, tak, że rozwiązanie rozstrzygające jedną z nich, nie musi być wcale odpowiednie dla drugiej. W tej sytuacji zasada uczciwości może wydawać się szczególnie atrakcyjną teorią zobowiązań prawnych i często odgrywa wiodącą rolę w dyskusjach na ten temat, ponieważ relacje, które ustala między ludźmi, uznaje się za możliwe do zastosowania w celu rozstrzygnięcia obu kwestii jednocześnie. Rozważenie stopnia użyteczności reguły wzajemnych zobowiązań dla argumentacji skierowanej przeciwko teorii uzasadnionego nieposłuszeństwa dużo bardziej komplikują jednak całą rzecz, gdyż oprócz odpowiedzi na znane już pytanie, czy reguła ta faktycznie dostarcza wystarczającego uzasadnienia dla bezwzględnego posłuszeństwa prawu na obu wyróżnionych poziomach, dodatkowo wymaga jeszcze odpowiedzi na pytanie, czy reguła wzajemnych zobowiązań może stanowić tego typu uzasadnienie również w przypadku zajścia okoliczności usprawiedliwiających nieposłuszeństwo. Tak jak uprzednio, tak samo i teraz trzeba zauważyć, że są to sprawy zupełnie odrębne. Gdyby nawet udało się dowieść, że w normalnej sytuacji przywiązanie do prawa może otrzymywać właściwe uzasadnienie na podstawie wzajemności zobowiązań, to nie rozstrzyga to kwestii, czy wystąpienie niektórych warunków uzasadniających nieposłuszeństwo nie zmienia tej sytuacji w takim stopniu, który pozwalałby z kolei na przyjęcie założenia, że w ostateczności to one powinny mieć pierwszeństwo w ustalaniu faktycznych zobowiązań prawnych obywateli.

Zastosowanie zasady uczciwości do systemu prawa prowadzi według powszechnej opinii do sytuacji, w której uczestnictwo w korzyściach wynikających z  ustanowienia przepisów prawnych jest warunkiem zaistnienia zobowiązań, a także daje uprawnienie do ich egzekwowania tym, wobec których zostały one zaciągnięte. Za kluczowe należałoby teraz uważać zbadanie kwestii samych zobowiązań, ponieważ to one przede wszystkim uzasadniają posiadanie ewentualnego roszczenia, aby zostały skutecznie wykonane, a nie na odwrót; natomiast problem właściwego ich egzekwowania wiąże się najczęściej ze stosowaniem legalnych represji i z tego powodu bardziej odpowiednim miejscem do rozważań na ten temat byłaby ta część teorii nieposłuszeństwa, w której analizuje się zasadność karania osób, które łamią prawo w sposób usprawiedliwiony.

Zasada ta, jak każdy powszechnie dyskutowany problem społeczny, ma dzisiaj mniej więcej tyleż samo zwolenników, co przeciwników i doczekała się przynajmniej dwóch liczących się  interpretacji. Jedna z nich, za którą stoi autorytet Roberta Nozicka, zakłada w sposób być może nazbyt uproszczony, iż osiąganie korzyści stanowi warunek zarówno konieczny, jak i wystarczający do zaistnienia zobowiązania. Innymi słowy, jeśli dobrowolnie przyjęlibyśmy korzyści, jakie wynikają z istnienia prawa, to według tej opinii, w zupełności wystarczyłoby to, abyśmy winni mu byli posłuszeństwo. Na myśl mogą przychodzić kwestie, które, niestety, nie doczekają się szerszego omówienia tj., na ile tego typu interpretacja odpowiada rzeczywistym poglądom autorów reguły wzajemnych zobowiązań oraz jak dalece jest zbieżna z analizowanym argumentem przeciwników uzasadnionego nieposłuszeństwa. Patrząc na całą sprawę pobieżnie, trudno byłoby sformułować w sposób jednoznaczny pozytywne osądy w tej mierze; w najmniejszym stopniu jednakże nie umniejsza to znaczenia prowadzonego rozważania, albowiem dotyczy ono tego, co bez wątpienia stanowi jeden z najważniejszych komponentów zarówno pierwotnego stanowiska odnośnie tej kwestii, jak i większości krytycznych wobec niej argumentów a mianowicie, że zobowiązanie wobec prawa nie może powstać niezależnie od korzyści, jakie odnosimy z jego istnienia. Rzecz jednak w tym, że istnieją racje pozwalające sądzić, że zasada uczciwości nie jest w stanie uzasadnić w pełni bezwzględnego posłuszeństwa obywateli w oparciu jedynie o fakt wykorzystywania przez nich prawa w celu realizacji  własnych interesów. Tym samym wydaje się, iż z tego powodu nie może stanowić właściwej przeciwwagi dla aktów łamania prawa w ramach  uzasadnionego nieposłuszeństwa.

Przy tak zawężonej interpretacji zasada ta dawałaby przyzwolenie na postępowanie, które w opinii wielu znających się na rzeczy osób z uczciwością miałoby niewiele, jeżeli w ogóle cokolwiek, wspólnego. Otóż, wydaje się, iż dość dobrze uzasadniałaby na przykład nałożenie jakiejś formy zadośćuczynienia za korzyści, które zostały wytworzone i dostarczone bez wcześniejszego porozumienia w tej sprawie. Tak więc gdyby twój sąsiad nie pytając cię o zdanie skosił w twoim ogrodzie trawnik i oczyścił znajdujące się tam oczko wodne to, zgodnie z przyjętym tu punktem widzenia, mógłby mieć uprawnione roszczenie do otrzymania z twojej strony jakiejś formy rekompensaty za poniesiony trud (opłaty bądź ekwiwalentnej pracy w jego ogrodzie) z tytułu korzyści, jakie niewątpliwie zapewnił ci swoim zachowaniem. Czy jednak każdy, kto jest tego rodzaju beneficjentem działań wykonanych przez innych ludzi, może być z tego powodu obciążony zobowiązaniem, wobec którego mogą oni rościć  uzasadnione pretensje? Zwolennicy tak rozumianej zasady nie mieli by zapewne wątpliwości jakiej odpowiedzi udzielić, niemniej wydaje się, że funkcjonująca w życiu publicznym idea uczciwości wymaga w tym celu spełnienia pewnego dodatkowego warunku, który w ogóle nie jest tu brany pod uwagę a mianowicie, że konieczna jest jeszcze jakaś forma umowy o wzajemnej współpracy, zakładająca nie tylko zgodę jednej strony na wytworzenie korzyści, lecz także zgodę strony drugiej na ich dostarczenie oraz poniesienie kosztów potrzebnych do żądanego zadośćuczynienia. Z tego powodu moralność nie toleruje na ogół postępowania polegającego na tym, że daje się najpierw ludziom coś, co stanowi dla nich niedobrowolny rodzaj korzyści, a następnie nakłada się na tej podstawie poważne ograniczenia na ich dalsze życie.

Choć zaprezentowana argumentacja jest na tyle jasna i solidna, że większość z nas bez trudu potrafi kierować się nią we własnym postępowaniu, to jednak istnieją uzasadnione obawy co do tego, iż może nie osiągnąć takiego pozytywnego skutku w odniesieniu do nakazu bezwzględnego posłuszeństwa prawu. Rzecz w tym, że z punktu widzenia zagorzałych orędowników sprawiedliwości, nic nie stoi na przeszkodzie temu, aby również i oni mogli przystąpić do grona jej zwolenników. W perspektywie przyjętego przez nich stanowiska, prawo stanowić może bowiem pewien spójny system reguł, które umożliwiają obywatelom czerpanie korzyści z ich istnienia w sposób dobrowolny i przez nich pożądany. Działoby się tak wówczas, gdyby wyrażali oni zgodę na zasady moralne leżące u podstaw publicznego porządku oraz posiadali odpowiedni wpływ na uchwalanie zgodnego z nimi prawa. Kiedy zatem w sprawiedliwym społeczeństwie oba warunki zostają zrealizowane, to wydaje się iż zasada uczciwości może stanowić właściwe źródło prawnego zobowiązania wszystkich jego członków. Ci, którzy bronią takiego poglądu uważają, że dzieje się tak dlatego, gdyż w odniesieniu do posłuszeństwa wobec funkcjonującego w sprawiedliwym społeczeństwie prawa, de facto spełnione zostało zastrzeżenie, że czerpanie korzyści wynikających z istnienia określonych reguł postępowania, może stanowić uzasadnione źródło zobowiązania do ich przestrzegania tylko dla tych, którzy wcześniej wyrazili na nie zgodę. Czy rzeczywiście ma to w tym przypadku miejsce? Zgodę na wybór sankcjonujących prawo zasad sprawiedliwości nie można uzasadniać w oparciu o uczestnictwo w jakimś ogólnospołecznym kontrakcie na ten temat, ponieważ nawet ci, którzy wywodzą ich istnienie z takiej umowy, nie zakładają przecież, że została ona kiedykolwiek zawarta. Dobrze wiadomo, że żadne hipotetyczne porozumienie nie dostarcza mocnego powodu za tym, że jesteśmy zobowiązani do jego przestrzegania, a w rozważanym przypadku w ogóle nie mamy do czynienia z jakimkolwiek realnym porozumieniem. Zwolennicy tego typu teorii mogą uznawać ideę umowy społecznej co najwyżej za mniej lub bardziej wiarygodne narzędzie obrony określonych zasad sprawiedliwości, a nie za ich rzeczywiste źródło. Ponieważ nikt tak naprawdę nie miał szansy wyboru zasad leżących u podstaw porządku społecznego, z tego powodu rzeczą zrozumiałą jest, że pojęcie umowy w tej sprawie, nie może stanowić sensownego postulatu obrońców bezwzględnego posłuszeństwa prawu. Niektórzy z nich mogą jeszcze upatrywać jakąś szansę uzasadnienie własnego stanowiska w pewnej szczególnej koncepcji dobrowolnej zgody. Polega ona ogólnie na tym, że tam, gdzie bez nadmiernie przykrych konsekwencji można nie zgadzać się z istniejącymi zasadami, zachowanie każdego, kto zdaje sobie z tego sprawę i nie podejmuje wobec nich sprzeciwu, może być uznane za wyrażenie świadomej akceptacji. Koncepcja ta z pewnością odporna jest na zarzut braku zobowiązania do przestrzegania określonych zasad ze względu na brak właściwej umowy w tym względzie, niemniej nie może służyć jako liczący się argument w kwestii bezwarunkowego posłuszeństwa z tego prostego powodu, iż w sposób konieczny zakłada to, co z kolei wyklucza tego typu posłuszeństwo prawu, a mianowicie możliwość wyrażenia protestu polegającego na niezgodnym z prawem postępowaniu.

O ile dość trudno byłoby uzasadnić tezę, że kiedykolwiek mieliśmy możliwość wyboru zasad sankcjonujących prawo, to rzeczą dużo trudniejszą wydaje się wykazanie, że podobne możliwości istnieją w odniesieniu do samego prawa. Do tego konieczne jest bowiem zarówno zaistnienie faktu dobrowolnego akceptowania owych zasad, jak również wystąpienie pewnej prawidłowości polegającej na tym, że zgoda na nie zakłada również zgodę na istniejące przepisy. Nie tylko pierwszy warunek sprawia kłopoty; orędownicy bezwzględnego posłuszeństwa muszą wziąć pod uwagę również i to, że nawet w najlepiej funkcjonującym systemie przedstawicielskim nie istnieje taka doskonała procedura sankcjonowania prawa, która zawsze pozwalałaby organom ustawodawczym na utrzymanie należytej kompatybilności między uchwalanymi przepisami a zasadami sprawiedliwości i moralnego dobra. Nie można pomijać również i tego, że system przedstawicielski cechuje się pewnymi własnościami, uważanymi obecnie za naturalne, jak choćby demokracja pośrednia, w znacznym  stopniu dotknięty jest też poważnymi schorzeniami, jak biurokratyzacja i partyjniactwo, a wszystko to, jak wiemy, uniemożliwia uzyskanie pewności co do kluczowego dla toczonego sporu zagadnienia, mianowicie, czy prawo uchwalone przez większość reprezentantów jest dokładnie takim prawem, jakie uchwaliłaby większość tych, którym zawdzięczają oni swój mandat i wynikające z niego w tym zakresie prerogatywy. A niepełna wiedza na ten temat może w efekcie zrodzić daleko sięgający sceptycyzm odnośnie możliwości spełnienia warunku, jaki jest niezbędny do uzasadnienia posłuszeństwa prawu jedynie na podstawie reguły wzajemnych zobowiązań.

Niekiedy wskazuje się na pewne dodatkowe okoliczności, w których utrzymanie wiarygodności badanego argumentu jest nadzwyczaj trudne. Otóż, korzyści, jakie obywatele czerpią z istniejących przepisów prawnych mogą być rezultatem świadomego wykorzystania oferowanych przez nie możliwości, bądź też mogą być nieuniknione. Wydaje się, że żaden z obu sposobów odnoszenia korzyści z przepisów prawa nie uzasadnia w pełni zobowiązania do posłuszeństwa, lecz szczególnie jest to widoczne w przypadku drugim. Tutaj nikt nie ma nic do powiedzenia nie tylko w kwestii tego, jakie przepisy  zostaną wprowadzone w życie, nie ma tu również możliwości zmiany tych korzystnych skutków ich uchwalenia, które stanowić będą później podstawę do bezwzględnego wobec nich posłuszeństwa. Żadna osoba nie może zgodzić się jednak na istnienie jakichkolwiek zobowiązań wobec innych członków grupy, które wynikają jedynie z niemożliwego do uniknięcia udziału w korzyściach, jakie musi czerpać (a tak naprawdę: ponosić) z powodu wprowadzenia przez nich zasad postępowania bez jej przyzwolenia lub nawet wbrew jej woli. Taka zgoda byłaby szczególnie absurdalna w sytuacji, w której korzyści wynikające z istnienia tych zasad nie są większe, niż koszty, które trzeba ponieść, aby móc zgodnie z nimi postępować. Wymóg bezwzględnego posłuszeństwa byłby nie mniej niedorzeczny również wówczas, gdyby się okazało, że ci, którzy  wprowadzili takie zasady w życie czerpią o wiele większe korzyści z ich istnienia, aniżeli ci, którzy muszą się do nich stosować, choć nie wyrazili na nie zgody.

W ostatnim czasie stosunkowo szerokie uznanie zdobywa sobie pogląd, że dość skutecznym sposobem zaradzenia tym słabościom byłoby szersze rozumienie wzajemności zobowiązań. Zwolennicy tej koncepcji przekonują, że czerpanie korzyści z istnienia systemu prawnego dlatego może stanowić wystarczający warunek posłuszeństwa, ponieważ osoby naruszające prawo uzyskują przewagę nad pozostałymi członkami społeczeństwa w dostępie do liczących się dóbr – nie tylko są beneficjentami korzyści, jakie wynikają dla nich z faktu, że inni prawa nie łamią; zyskują też na tym, że nie muszą ponosić obciążeń, jakie przyjmują na siebie ci, którzy zgodnie z prawem postępują. Uczciwość wymaga jednak, aby te osoby, które odnoszą korzyści z faktu, że inni postępują w określony sposób, same postępowały tak, by zapewnić im podobny udział w zyskach. Jeżeli zakładany parytet jest możliwy do osiągnięcia za sprawą funkcjonowania określonych przepisów prawnych, to wszyscy winni jesteśmy im posłuszeństwo, ponieważ odmienne zachowanie nieuchronnie prowadzi do asymetrii w tym względzie i w efekcie petryfikuje stan nieuczciwej przewagi jednych nad drugimi. Tak więc jeśli korzystasz z dobrodziejstw, jakie niesie ze sobą istnienie prawa, to musisz go przestrzegać nawet wtedy, gdyby w tym celu było konieczne poświęcenie w sposób niemożliwy do zrekompensowania jakiś ważnych dla ciebie dóbr osobistych. W przeciwieństwie do ustaleń poczynionych w ramach pierwszej, węższej, interpretacji zasady uczciwości, tutaj źródłem zobowiązań prawnych obywateli nie jest już sam fakt czerpania przez nich korzyści z istnienia systemu prawa, lecz raczej zaburzenie pożądanej równowagi między korzyściami a ponoszonymi kosztami społecznej współpracy, które wynika z naruszenia właściwych mu reguł.

Istnieją znane argumenty, wskazujące na słabość również i tej wersji zasady uczciwości, jako podstawy bezwzględnego posłuszeństwa prawu. Większość z nich opiera się na dość wiarygodnym spostrzeżeniu, że nie wszystkie przypadki łamania prawa naruszają sprawiedliwy podział ciężarów i korzyści. Gdyby tak rzeczywiście było, to mogłoby to znaczyć, że w tego typu sytuacjach posłuszeństwo prawu nie daje się uzasadnić w oparciu o regułę wzajemnych zobowiązań, ponieważ z powodu faktycznego nienaruszenia równowagi między nimi, żadne zobowiązanie prawne powstać nie może. Niewątpliwie trudno byłoby przeczyć temu, że w niektórych okolicznościach winniśmy innym osobom posłuszeństwo wobec prawa tylko dlatego, że w przeciwnym wypadku zdobylibyśmy nad nimi nieuczciwa przewagę w dostępie do powszechnie cenionych dóbr; niemniej istnieją również i takie przypadki, w których posłuszeństwo prawu wynika z zupełnie innych powodów – choćby całkowicie wewnętrznego charakteru niesłuszności niezgodnych z prawem czynów. Osoba zamierzająca dokonać morderstwa lub gwałtu powinna być posłuszna prawu, które zabrania tego typu postępków, raczej nie dlatego, że naruszyłaby w ten sposób ustaloną wcześniej równowagę strat i korzyści, lecz z powodu pewnych przysługujących im własności, które składają się na ich wewnętrzną naturę. Ani gwałciciel, ani morderca nie naruszają jakiejkolwiek w tym względzie równowagi w stosunku do ludzi, którzy nie traktują posłuszeństwa wobec tego typu praw jako ograniczenia bądź ciężaru. Czy wobec tego mogą wypowiedzieć takiemu prawu nieposłuszeństwo tylko dlatego, że zdarzyło się tak, iż znaleźli się w grupie, której członkowie nie traktują zaniechania takich czynów jako uciążliwego dla nich wyrzeczenia?

Zwolennicy tezy, że każde przestępstwo jest w istocie rzeczy aktem nieuczciwości, w tej sytuacji odwołują się zwykle do naruszenia najbardziej ogólnej równowagi ciężarów i korzyści wynikającej z systemu prawa; zupełnie pomijają natomiast znaczenie uzyskania nieuprawnionej przewagi w następstwie złamania jakiegoś pojedynczego przepisu. W takiej szerokiej perspektywie zarówno gwałciciel, jak i morderca wydają się być osobami, których postępki, jak ujmuje to Richard Dagger, na pewno są co najmniej przestępstwami nieuczciwości, niemniej nic nie stoi na przeszkodzie, aby mogły być również czymś więcej. Korzystają oni bowiem z dóbr będących rezultatem funkcjonowania prawa in toto, jak choćby bezpieczeństwo osobiste czy wolność, lecz nie ponoszą, tak jak inni ludzie, koniecznych do ich zaistnienia obciążeń. Popełniając przestępstwo uniemożliwiają swoim ofiarom uzyskanie tego, co sami traktują jako korzyść wynikającą z rządów prawa, a co z kolei wymaga poniesienia niemałych ciężarów przez obywateli, którzy zdecydowali się prawo przestrzegać. Tacy przestępcy zdobywają zatem przewagę w dostępie do cenionych dóbr nad wszystkimi posłusznymi wobec prawa członkami społeczeństwa, a nie tylko nad tymi, dla których przestrzeganie normy zakazującej mordowania ludzi nie stanowi żadnego obciążenia. Robią to jednak w sposób nieuczciwy i dlatego właśnie nie wolno im łamać prawnego zakazu wykonywania tego typu czynności.

Niewątpliwie jest to ważna uwaga i nie można jej pomijać przy uzasadnianiu posłuszeństwa w tego typu przypadkach. Problem z zasadą uczciwości jest jednak nieco inny. Jeśli ma ona stanowić podstawę dla bezwzględnego posłuszeństwa wobec prawa, musi  uzasadniać konieczność takiego postępowania we wszystkich sytuacjach, w których nie jest ono na ogół uznawane za niesprawiedliwe. Przykłady gwałciciela, zabójcy, czy złodzieja  stosunkowo łatwo uzasadniają zobowiązania prawne, ponieważ osoby te w swoim postępowaniu naruszają uznaną równowagę korzyści i kosztów poprzez nieuczciwe zdobycie przewagi nad pozostałymi członkami grupy. A co z osobami, które nawet jeśli uzyskują jakieś korzyści z łamania prawa, to jednak trudno byłoby o nich powiedzieć, że robią to w sposób nieuczciwy? Czy łamiąc prawo zabraniające posiadania narkotyków uzyskujemy jakiekolwiek korzyści, które mogłyby zostać uznane za nieuczciwe? Czy jest tak również wówczas, gdy wbrew prawu decydujemy się na przejście ulicy na czerwonym świetle, gdy w pobliżu nie ma żywej duszy? Możemy założyć, że jest wielce prawdopodobne, iż sprawcy takich czynności mogą czerpać ze swego zachowania korzyści, których pozbawione zostaną osoby posłuszne prawu. Ale czy korzyści te są nieuczciwe w tym sensie, że ich uzyskanie w sposób niewłaściwy narusza  ustaloną równowagę, bądź też pozwala osiągnąć niesłuszną przewagę nad innymi? Na pewno nie. Same tego rodzaju przepisy prawne również nie wydają się niesprawiedliwe: ani nie nakładają w sposób nieuczciwy ciężarów, ani też nie umożliwiają uzyskiwanie nieuczciwych korzyści. W takiej sytuacji, obywatele podlegający tym prawom mogą uważać, że jeśli za źródło ich zobowiązania do bezwzględnego posłuszeństwa uznamy szerszą wersje zasady uczciwości, to ono faktycznie nie istnieje lub ma jedynie niewielką moc. Można uniknąć tej konsekwencji jeśli założy się, iż wystarczającym warunkiem takiego zobowiązania jest już samo uzyskanie wynikających z łamania prawa korzyści. W ten sposób  stajemy się jednak mimowolnie zwolennikami pierwszej wersji zasady uczciwości i z całym inwentarzem przejmujemy również właściwe dla niej kłopoty.

Problem z uzasadnieniem bezwzględnego posłuszeństwa prawu w oparciu o rozważany argument wynika, jak widzimy, z pewnych słabości reguły wzajemnych zobowiązań, którym niezwykle trudno jest zaradzić. Istnieje również jeszcze inna, dotychczas nie analizowana, kwestia, związana z  uzasadnianiem w ten sposób posłuszeństwa, pokazująca jego nieprzydatność wobec aktów łamania prawa, które swoje usprawiedliwienie czerpią z zasad moralnych. Otóż, przekonanie, że zobowiązanie prawne wynika z uzyskiwania nieuczciwych korzyści, które w rezultacie zapewniają nieuprawomocnioną przewagę nad innymi i tym samym naruszają istniejącą między obywatelami równowagę korzyści i ciężarów społecznego współistnienia, musi zakładać, iż złamanie prawa taką równowagę na pewno narusza, natomiast posłuszeństwo prawu pozwala de facto na jej utrzymanie. Oznacza to, że zakłada się także, iż rozdział korzyści i kosztów był prawidłowy, zanim doszło do jego naruszenia w akcie złamania prawa. A z tego wynika, że posłuszeństwo prawu jest uzasadnione tylko w tej mierze, w jakiej chroni ono sprawiedliwą między nimi równowagę, tj. gdy same prawo i ustalony według niego porządek społeczny mogą być uważane za sprawiedliwe. Wbudowanie we wzajemność zobowiązań standardów moralnych powoduje, że koncepcja ta nie może być wykorzystana przeciwko aktom uzasadnionego sprzeciwu. Jej krytyczna wymowa kończy się bowiem dokładnie tam, gdzie zaczyna się tego typu nieposłuszeństwo. Żaden przypadek złamania prawa w akcie uzasadnionego sprzeciwu nie może zatem opierać się na założeniu, które leży u podstaw bezwzględnego posłuszeństwa, a mianowicie, że prawo to jest sprawiedliwe i chroni sprawiedliwy porządek społeczny.

Niniejszy tekst stanowi fragment mojej książki "Nieposłuszeństwo wobec prawa", która zostanie opublikowana przez PWN

Profesor Uniwersytetu Szczecińskiego, kierownik Zakładu Etyki Instytutu Filozofii US. Autor kilku książek naukowych z dziedziny metaetyki i etyki praktycznej
Spodobał Ci się artykuł? Subskrybuj biuletyn i podziel się z innymi!

Komentarze

  • Umieść swój komentarz jako pierwszy!

Zostaw komentarz

Gość wtorek, 21 listopada 2017
Blog Naukowy Etyk Praktycznej

Aktywne grupy

Brak aktywnych grup.