Odpowiedzialność banków za udzielanie kredytów walutowych

Dodane przez w w Pomaganie

Od dłuższego czasu banki udzielają kredytów denominowanych w obcych walutach na zakup mieszkania lub domu. Polega to na tym, że kredyt jest de facto wypłacany oraz spłacany w jednostkach pieniężnych obowiązujących w kraju, z którego pochodzi kredytobiorca, np. w złotówkach lub dolarach, lecz jego spłata obliczana jest przez bank na podstawie ich kursu do jakiejś innej waluty, np. franka szwajcarskiego lub euro; ponieważ wysokość kursu regulowana jest w sposób losowy przez panującą koniunkturę gospodarczą na rynkach międzynarodowych oraz przez bank, wynika z tego, że może on ulegać dowolnym zmianom.

Taka sytuacja stanowi poważne zagrożenie dla kredytobiorcy, gdyż każda dewaluacja jednostek pieniężnych, w której spłaca on kredyt, w stosunku do waluty, od której zależy wysokość poszczególnej raty, może spowodować tak znaczny wzrost wartości zobowiązań kredytowych, że nie będzie on w stanie ich uregulować. Łagodna wersja tego rodzaju zagrożenia zakłada, że kredytobiorca nie potrafi poradzić sobie z bieżącą obsługą zadłużenia, tj., na skutek dewaluacji jednostek pieniężnych, w których zaciągnięty został kredyt, raty urosły tak bardzo, że nie dysponuje on kwotą wystarczającą do ich systematycznego spłacania. Wersja tragiczna zakłada natomiast, że kredytobiorca może znaleźć się w sytuacji, w której nie tylko nie będzie mógł na bieżąco spłacać kredytu, ale jego zobowiązania kredytowe wobec banku urosną tak bardzo, że ich wysokość przekroczy faktyczną wartość nieruchomości, na zakupienie której zostały zaciągnięte. W praktyce oznacza to, że osoba taka jest bankrutem, gdyż nie jest w stanie spłacić zadłużenia, które przekroczyło wartość zabezpieczenia hipotecznego. Wiąże się z tym ryzyko wypowiedzenia przez bank umowy kredytowej, a to w konsekwencji prowadzi nie tylko do pozbawienia kredytobiorcy majątku, na zakup którego wziął kredyt, ale także do uruchomienia procedury prawnej pozwalającej na ściągnięcie należnego wobec banku długu, którego wysokość stanowi dodatkowo różnica między mniejszą wartością nieruchomości a większą wartością aktualnych zobowiązań.  

Im więcej osób podlega kryteriom pierwszego lub drugiego zagrożenia, tym częściej stawia się pytanie o to, czy istnieją jakieś granice zobowiązań po stronie kredytobiorców i odpowiedzialności po stronie banków. Czy podpisanie umowy na temat udzielenia przez bank kredytu denominowanego w obcej walucie, która jednoznacznie formułuje obowiązek kredytobiorcy do zwrotu pożyczonej kwoty, gdy zapisy dotyczące wielkości i sposobu jej spłaty  były zrozumiałe dla obu stron i zostały umieszczone w umowie za obopólną zgodą, jest jedynym i ostatecznym  kryterium, które ma rozstrzygać o obowiązkach kredytobiorców i odpowiedzialności banków? Innymi słowy: czy tego rodzaju kontrakt zawarty między kredytobiorcą a bankiem zawsze może stanowić wystarczające uprawomocnienie dla znajdujących się w nim zasad postępowania, przywilejów, oraz niemałych nieraz obciążeń i kosztów, jakimi obarcza się jedną ze stron?

Większość osób przekonanych, że nie ma podstaw do udzielania pomocy tym, którzy wzięli kredyt walutowy i z tego powodu znaleźli się w trudnej sytuacji, uważa tak dlatego, gdyż twierdząco odpowiada na tego typu pytania. Osoby te stoją zwykle na stanowisku, że jedynym testem dla dopuszczalności wszelkich zobowiązań jest zdolność podmiotu do podjęcia świadomej i autonomicznej decyzji oraz dobrowolna zgoda na wynikające z tego faktu konsekwencje. To nie tylko oznacza, że jeśli ktoś z własnej woli występuje o kredyt i godzi się na zaproponowane przez bank warunki dotyczące sposobu jego spłaty, wówczas zawarte porozumienie w sposób bezwzględny obliguje go do wywiązania się z zadeklarowanych zobowiązań, ale również, że w takiej sytuacji ani bank, ani ktokolwiek inny, nie ma żadnych obowiązków udzielenia pomocy kredytobiorcy w spłacie jego zadłużenia, o ile nie wystąpiły nie uwzględnione w umowie okoliczności. Zgodnie z tym umowa mogłaby zostać unieważniona tylko pod jednym warunkiem –  gdyby w jakiś sposób zdarzyło się tak, że jedna ze stron nie wyraziła dobrowolnie zgody na zawarte w niej postanowienia. W innym przypadku powinność kredytobiorcy do spłaty zaciągniętego długu pozostaje w mocy.

Dwie kwestie składają się na słabość takiego stanowiska. Po pierwsze, nie jest do końca jasne, jak należałoby rozumieć warunek dobrowolności. Zwykle twierdzi się, że czyn jest dobrowolny, gdy decyzja o jego wykonaniu bądź samo wykonanie tego czynu nie jest spowodowane przez nadmierną presję lub celowo stosowany przymus zewnętrzny. Zakłada się tu bowiem, że czynniki rodzące tego rodzaju konieczność ograniczają pole efektywnych wyborów podmiotu tak dalece, że nie jest on już w stanie podejmować wyborów oraz działań zgodnie z własną – nieprzymuszoną – wolą. Jest to jednak byt wąskie rozumienie wolnej woli, i nie wystarcza do pełnego uprawomocnienia tego rodzaju kontraktów. Dobrowolna zgoda na warunki jakiejkolwiek umowy może zostać w taki sam sposób ograniczona, a nawet wyeliminowana, przez istnienie nie będących środkami przymusu czynników naturalnych, które w momencie podpisywania umowy stanowiły immanentną własność jednej ze stron lub przynależały do okoliczności, w jakich umowa została zawarta. Dzieje się tak na przykład wtedy, gdy osoba będąca stroną umowy jest w zbyt młodym wieku, jest chora psychicznie, bądź znajduje się w takim stanie umysłu, który nie pozwala jej na prawidłowe rozeznanie sytuacji, a także gdy z jakichś przyczyn – spowodowanych bądź nie spowodowanych zachowaniem drugiej strony – pozbawiona jest możliwości dostępu do wiedzy o faktach, mogących wpłynąć na jej decyzję o zawarciu takiego porozumienia.

Stanowisko to nie bierze również pod uwagę wielu normatywnych kryteriów towarzyszących zawieraniu umów. Kontrakt może nie być moralnie dopuszczalny, a przez to może nie obowiązywać, jeśli jedna ze stron wykorzystuje do jego zawarcia szczególnie nierówne zdolności oraz możliwości negocjacyjne drugiej strony, gdy jedna ze stron znajduje się w tragicznej sytuacji, która całkowicie determinuje jej postępowanie, a druga strona wykorzystuje tę sytuację, aby uzyskać większe niż zwykle korzyści, czy wreszcie, gdy któraś ze stron dopuszcza się oszustwa lub manipulacji, aby wymóc zgodę na stawiane warunki. Podobne konsekwencje mogą powodować również postanowienia kontraktu, które w poważny sposób zakłócają równowagę stron; chodzi tu między innymi o takie zapisy, które niemożliwe do precyzyjnego oszacowania koszty realizacji kontraktu w momencie jego zawarcia, przerzucają na barki tylko jednej ze stron, lub o takie, które dają jednej stronie prawo do podejmowania arbitralnych decyzji, mających na celu osiąganie optymalnych korzyści, będących kosztem  drugiej strony.

   Jeżeli zakłada się, że umowa powinna spełniać tego typu kryteria, to samo istnienie umowy, jako następstwo zgody obu stron na zawarte w niej postanowienia, nie może stanowić wystarczającego warunku jej uprawomocnienia. Znaczy to, że nawet jeśli umowa została zawarta na podstawie obopólnego przyzwolenia, to w celu upewnienia się o jej prawomocności, należałoby sprawdzić dodatkowo, czy obie strony wyraziły na nią zgodę w sposób dobrowolny, a więc bez naruszenia któregokolwiek z kryteriów decydujących o jej moralnej dopuszczalności. W przeciwnym razie musielibyśmy przyjąć dość niedorzeczne założenie, że samo przyzwolenie na zawierane umowy każdorazowo obejmuje i spełnia wszystkie istotne dla tej kwestii warunki normatywne, bądź, że jest od nich ważniejsze.   

Wszystkie te uwagi odnoszą się również do porozumień zawieranych między bankiem a kredytobiorcą, i tym samym obejmują także umowy dotyczących kredytów walutowych. Oznacza to, że jeżeli ich postanowienia naruszałyby warunki niezbędne do zaistnienia obowiązku przestrzegania przyjętych ustaleń, w tym, na przykład, warunki konieczne do spełnienia przez kredytobiorcę kryterium dobrowolności, a w konsekwencji tego – do powstania konkretnych obligacji wobec banku, to sam fakt, że zostały zawarte za obopólnym przyzwoleniem, nie mógłby być dostateczną podstawą do wyciągania wniosku, że obowiązek ich realizacji w bezwzględny sposób obciąża osobę zaciągającą w ten sposób długoterminową pożyczkę na zakup mieszkania lub domu.

Pierwszym zarzutem, jaki można skierować pod adresem banków udzielających kredytów denominowanych w obcej walucie, jest czysto spekulacyjny i częściowo fikcyjny charakter takiego przedsięwzięcia. Otóż, banki, sprzedając klientom produkt zwany „kredytem”, wymagały, aby jego spłata dokonywana była według harmonogramu zawierającego stawki poszczególnych rat oraz wielkość całego kredytu w obcej walucie, jednak nie określały wysokości poszczególnych rat, ani ostatecznej kwoty całego kredytu, w jednostkach pieniężnych, w których klient miał faktycznie dokonywać jego spłaty. Zabieg był prosty: wielkość zadłużenia kredytobiorcy wyznaczana była przez bank na dwa sposoby: fikcyjny oraz rzeczywisty. Pierwszym posługiwano się wówczas, gdy wysokość kredytu podawano w obcej walucie, drugi stosowano natomiast wtedy, gdy chodziło o ustalenie kwoty, jaką klient musiał uiścić do banku w celu spłaty kredytu. W konsekwencji tego, kredytobiorca wiedział jedynie, jak księgowany jest jego kredyt w banku, nie wiedział jednak rzeczy dla niego najważniejszej, a mianowicie, jaką realnie kwotę będzie musiał zwrócić bankowi w walucie, w której był zobowiązany spłacać zaciągnięty dług. Choć znał swoje fikcyjne zadłużenie wobec banku, to jednak nie został poinformowany ile de facto wynosi jego dług. Oznacza to, że w momencie zawierania umowy nie znał ostatecznej ceny produktu, za którego będzie musiał zapłacić, i nie mógł jej poznać w trakcie uiszczania za nią kolejnych opłat. Co więcej, do momentu spłaty całej należności przez kredytobiorcę, rzeczywistej ceny nie znał także bank, który produkt sprzedawał, gdyż była ona ustalana każdorazowo na podstawie obowiązujących w danym czasie kursów walutowych, których wysokość zależy ostatecznie od splotu nieskończenie wielu czynników na międzynarodowym rynku ekonomicznym, i z tego powodu zawsze ma całkowicie przypadkowy charakter. Stronom umowy znana była tylko fikcyjna kwota kredytu, jednak o tym, jaka faktycznie jest jej wysokość, niczego konkretnego nie było można powiedzieć, pozostawało jedynie snucie czysto teoretycznych domysłów, czyli – właśnie – spekulowanie.

Aby można było lepiej uświadomić sobie absurdalny charakter tej transakcji, załóżmy, że podobny model kupna-sprzedaży zostaje rozpowszechniony również w odniesieniu do innych produktów. Tak więc gdy chcesz kupić na raty lodówkę, telewizor, pralkę, czy meble, sprzedawca podaje ci jedynie fikcyjną cenę towaru i wyjaśnia, że w rzeczywistości zapłacisz za niego najprawdopodobniej zupełnie inną kwotę, której teraz nie można precyzyjnie określić, gdyż ustalana jest ona losowo na podstawie pewnych procesów i zjawisk nie podlegającym żadnym możliwym do zweryfikowania i przewidzenia prawidłowościom. Mogłoby to wyglądać na przykład tak:

 

W celu dalszego wykonywania swojej pracy musisz kupić samochód, którego cena znacznie przekracza twoje możliwości finansowe; mówiąc krótko – nie stać cię na kupienie samochodu za gotówkę, jak również na raty, gdy kwota kredytu liczona jest w walucie, w jakiej aktualnie zarabiasz. Sprzedawca samochodów składa ci jednak ofertę, którą określa jako „niezwykle korzystną”. Otóż, może on wycenić ten samochód w innej walucie, a jego spłatę rozłożyć nawet na kilkadziesiąt lat. Dowiadujesz się, że wyceny dokonuje się w salonie samochodowym na podstawie dostępnej informacji z agencji kosmicznej NASA o trajektoriach ruchu wszystkich obiektów poruszających się w danym dniu w układzie słonecznym, według niezwykle skomplikowanego algorytmu. Po ustaleniu w ten sposób kursu walutowego na obecny dzień, i po obliczeniu ostatecznej sumy kredytu, okazuje się, że poszczególne raty są na tyle niskie, że bez większych problemów mógłbyś  je spłacić. To jednak nie wszystko. Sprzedawca nie może zapewnić cię, że poszczególne raty twojego kredytu będą zawsze takie same. Ponieważ liczba obiektów znajdujących się w układzie słonecznym, jak i ich trajektorie, stale ulegają zmianom i są nieprzewidywalne, tak samo będzie z twoimi ratami – też będą się zmieniać i nikt wcześniej nie będzie w stanie precyzyjnie obliczyć ich wysokości. Choć do pewnego stopnia można oszacować wahania, jakim będą podlegać, to jednak w przypadku wystąpienia takich naturalnych zjawisk, jak wybuchy lub kolizje, które w przestrzeni kosmicznej zdarzają się dosyć często i zupełnie przypadkowo, wysokość rat oraz ostateczna kwota kredytu może zmienić się z tego powodu diametralnie. Musisz się zatem przygotować na najgorsze, a mianowicie, że będziesz musiał oddać samochód i dodatkowo spłacić dług stanowiący różnicę między dzisiejszą wyceną samochodu a, być może, kilkukrotnie większą kwotą twego kredytu, wynikającą z takiego a nie innego ruchu obiektów kosmicznych w przyszłości.

 

Jeśli uważasz, że zachowanie sprzedawcy samochodów jest niedozwolone, karygodne, niezrozumiałe czy oburzające, albo, że facet po prostu zbzikował, takie samo zdanie powinieneś mieć o pracownikach banków, którzy w podobny sposób przez lata oferowali milionom ludzi kupno kredytów walutowych na zakup nieruchomości. Nie ma większego znaczenia, że w obu przypadkach źródło ustalania rzeczywistych rat kredytu nie jest takie same. Liczy się to, że podobny był mechanizm spłaty i odpowiedzialności: wyznaczano fikcyjne raty oraz fikcyjną wartość kredytu, natomiast rzeczywiste raty oraz rzeczywistą wartość kredytu ustalano w taki sposób, że klient nie mógł dysponować pełną wiedzą na ten temat,  a na koniec obarczano go jeszcze ryzykiem finansowym, które nie mogło być wiarygodnie wyliczone, gdyż w praktyce było nieprzewidywalne i nie miało granic.

Odpowiedzialność za zawarcie tego typów umów kupna-sprzedaży nie spada tylko na klienta, ani nawet nie rozkłada się równo po obu stronach. Tego rodzaje transakcje handlowe oraz towarzyszące im dokumenty były wytworem banków, które publicznie je propagowały i oferowały prywatnym osobom. W ten sposób banki stawały się nie tylko kreatorem czy dominującą stroną handlowego przedsięwzięcia, które doprowadziło do tragedii wielu ludzi, ale także wyłącznym autorem umowy, której zapisy nierówno chroniły interesy obu stron, łamały zasady rozsądku, uznane reguły sprawiedliwości społecznej oraz dobre obyczaje w biznesie. O ludziach, którzy je zawarli można co najwyżej powiedzieć, że znajdowali się w trudnej sytuacji, albo, że powinni być bardziej rozważni, choć wydaje się, iż dopuszczalne byłoby też powiedzenie, że byli wśród nich również tacy, którzy niesłusznie, jak widać, uważali się za sprytnych, a także osoby naiwne, a nawet głupie. Brak przezorności jest z pewnością wadą, lecz nigdy nie jest właściwym źródłem winy czy odpowiedzialności w sytuacji, w której mamy do czynienia z pogardą i lekceważeniem dla osób będących partnerami we wspólnym przedsięwzięciu oraz, gdy w sposób cyniczny traktuje się te osoby wyłącznie jako ekonomiczne narzędzia do generowania zysku bądź zaspokojenia instytucjonalnych interesów.   

Uważa się niekiedy, że do zaistnienia odpowiedzialności za złożone zobowiązania wystarcza uświadomienie sobie ryzyka, na jakie narażamy się postępując w sposób wymagany przez te zobowiązania. W odniesieniu do kredytów walutowych przekonanie to oznaczałoby, że jeśli ktoś zobowiązał się w umowie z bankiem do spłaty kredytu denominowanego w walucie obcej, będąc świadomy, że ostateczna kwota zadłużenia spłacana w określonych w umowie jednostkach pieniężnych może ulec zmianie w sposób dla niego niekorzystny, to nie tylko

  1. nakłada na siebie obowiązek spłaty zaciągniętego kredytu bez względu na jego wysokość liczoną w jednostkach pieniężnych, w jakich go spłaca,

ale również, że

  1. najgorsza nawet sytuacja, w jakiej mógłby znaleźć się kredytobiorca, nie generuje po stronie banku jakichkolwiek obowiązków polegających na udzieleniu mu pomocy finansowej w spłacie powstałego zadłużenia.

Zobowiązanie kredytobiorcy rozpatrywane jest najczęściej jednostronnie, tj. w odniesieniu tylko do punktu (1). Zakłada się bowiem, że tego rodzaju umowa zobowiązuje skutecznie tylko jedną z jej stron – podmiot, który zaciąga kredyt. W rezultacie wielu z nas dochodzi do wniosku, że mogą wystąpić co najwyżej dwie możliwości, a mianowicie, że albo kredytobiorca ma obowiązek spłacić zaciągnięty kredyt, albo nie ma. W tej perspektywie rzeczą naturalną, i z tego powodu dość powszechną, jest opowiedzenie się za możliwością pierwszą; nikt bowiem nie traktuje poważnie twierdzenia wynikającego z drugiej możliwości – że osoba pożyczająca pieniądze, i będąca świadomą ryzyka, jakie niesie ze sobą ich spłata, mogłaby nie mieć żadnego zobowiązania do uregulowania swych należności. Jeżeli jednak uważamy, że ustalenie pełnego zakresu obowiązków spłaty kredytów walutowych powinno brać pod uwagę także punkt (2), to tym samym zakładamy, że w pewnych okolicznościach zobowiązanie do spłaty zaciągniętego kredytu powinno  być rozpatrywane w taki sposób, aby obejmować również kredytodawcę.

Jedną z ważnych zasad sprawiedliwości, które powinno uwzględniać się przy zawieraniu wszelkich porozumień, jest twierdzenie, że tam, gdzie umowa jest obopólnie korzystna, lecz jej realizacja stwarza jakiś znaczny stopień niepowodzenia, straty lub porażki dla którejś ze stron, konsekwencje urzeczywistnienia się tego ryzyka muszą ponosić solidarnie obie strony we właściwych proporcjach. Oznacza to, że zobowiązanie za realizację umowy w przypadku zaistniałego ryzyka nie może obarczać wyłącznie jednej ze strony umowy, podczas gdy druga strona odnosi z tego tytułu same korzyści. Jest to powszechny sposób myślenia. Nikt zapewne nie sądzi, że borykanie się ze szkodą wynikająca z operacji chirurgicznej, której przebieg z powodu czynników obiektywnych nie był do końca zgodny z tym, co wstępnie zakładano, obciąża tylko pacjenta, a lekarz oraz szpital nie ponoszą za nią żadnej odpowiedzialności i nie mają żadnych zobowiązań, aby jej w jakiś sposób zadośćuczynić. Przyjmuje się również, że gdy popsuje się nowy samochód, to zobowiązanie do pokrycia powstałych z tego powodu kosztów nie zawsze dotyczy tylko osoby, która go kupiła, jeśli wada nie była bezpośrednim następstwem wykonywanych przez nią czynności, lecz wynikała z konstytutywnych własności urządzeń lub materiałów, których użyto do jego wyprodukowania. Na takim myśleniu opiera się powszechnie aprobowana w etyce biznesu zasada rękojmi.

Wynika z tego ważny wniosek, a mianowicie, że nie jest prawdą jakoby świadomość ryzyka, jakie niesie ze sobą zaciągnięcie pożyczki w obcej walucie, wystarczała do tego, żeby generować zobowiązanie do jej spłacenia niezależnie od okoliczności. Jest tak dlatego ponieważ zakłada się, że  jeśli umowa pomija wymagane zobowiązania jednej ze stron w odniesieniu do szkody powstałej z tytułu wykonywania jej przez drugą stronę, to wiedza o zagrożeniu, jakie pociąga za sobą jej wykonanie, nie może obarczać drugiej strony obowiązkiem dotrzymania zawartych w niej postanowień.

Relacja między twierdzeniem (1) a (2) jest więc taka, że (1) mogłoby być uznane za słuszne tylko wtedy, gdyby za słuszne uznawano (2).  Twierdzenie (2) nie jest jednak zgodne z przyjętymi zasadami zawierania umów. Jeśli zgodzimy się, że nie można jednostronnie formułować zobowiązań w taki sposób, jak zakłada (2), to niesłuszne jest także twierdzenie (1), albowiem zawiera ono ideę, że kredytobiorca ma obowiązek spłacić cały kredyt bez względu na zaistniałe okoliczności, a to w żadnym razie nie uwzględnia sytuacji, w której dług może zostać pomniejszony o zobowiązania leżące po stronie banku.

Nie mniej ważną kwestią dla prawomocności umów kredytowych indeksowanych w obcych walutach jest to, czy umożliwiają one arbitralne ustalanie przez banki kursów walut. W praktyce nieomal wszystkie tego rodzaju umowy zakładały taką możliwość implicite, a większość z nich zawierała klauzulę, która wyraźnie i wprost upoważniała je do takiego postępowania. Paradygmat takiego uprawnienia wyglądał mniej więcej tak:

Kwota spłaty kredytu udzielonego we frankach szwajcarskich/euro/dolarach etc. ulega przeliczeniu na złote po kursie sprzedaży waluty kredytu obowiązującym w Banku w dniu dokonywania spłaty, zgodnie z tabelą kursów walut tegoż Banku, ogłaszaną w jego siedzibie z zastosowaniem zasad ustalania kursów walut obowiązujących w tymże Banku.

Umowa na ogół nie wyjaśniała, według jakiej procedury ustalany będzie przez bank kurs waluty obcej – w której nominalnie określony został kredyt – w celu wyliczenia rzeczywistej kwoty zadłużenia w jednostkach pieniężnych, w których kredytobiorca ma go spłacać. Oznacza to, że bank mógł wybrać dowolne kryteria kształtowania kursów walutowych i pominąć aktualne kursy, jakie ustalone zostały w tym czasie przez rynek walutowy. W ten sposób bank nie tylko był w stanie bezwzględnie i autorytatywnie narzucać swoje stanowisko kredytobiorcy co do wysokości spłacanych rat, i tym samym wysokości całego kredytu, ale, nie podając sposobu ustalania kursów walut, mógł również bez większych przeszkód wpływać na jego sytuację finansową oraz dowolnie zwiększać swój własny zysk, który notabene stanowi dla kredytobiorcy dodatkowy koszt zaciągniętego kredytu. Tak więc umowa nie zapewniała osobie zaciągającej kredyt prawa do dysponowania wiedzą na temat postępowania banku w tym zakresie, i, co ważniejsze, pozbawiała ją jakiegokolwiek wpływu na decyzje banku, co do co wysokości kursu sprzedaży i zakupu walut, od którego zależna była kwota spłacanych rat oraz całkowita realna wartość jej kredytu.

Jeżeli wbrew temu, co zostało wcześniej dowiedzione, założylibyśmy, że do zaistnienia odpowiedzialności za złożone zobowiązania wystarcza uświadomienie sobie ryzyka, na jakie narażamy się postępując w sposób wymagany przez te zobowiązania, to w opisanej sytuacji założenie to nie prowadziłoby w żadnym razie do wniosku, że kredytobiorca, który w momencie zawierania umowy uświadamiał sobie ryzyko zmienności uśrednionego bądź rynkowego kursu walut, ma obowiązek spłaty kredytu nawet wówczas, gdy ustalane w banku kursy będą dla niego niekorzystne. Zawierając umowę dotyczącą kredytu denominowanego w walucie obcej, kredytobiorca świadomy jest zazwyczaj straty, jaka może wynikać ze zmienności kursów walut na rynku walutowym. Ten rodzaj ryzyka jest jednak czymś odmiennym od ryzyka związanego z możliwością ustalania wysokości kursu waluty – w jakiej kredytobiorca spłaca swoje zadłużenie – przez bank, w którym kredyt jest spłacany. Jeżeli umowa daje bankowi możliwość ustalania ostatecznej wysokości kursów walut, i nie wymaga, aby ich wysokość pozostawała w ściśle określonej relacji do kursu uśrednionego przez jakąś niezależną instytucję finansową, lub do kursu ustalonego przez rynek walutowy, to świadomość, jaką powinien mieć kredytobiorca, aby z tego powodu być zobowiązanym do spłaty zadłużenia, nie może dotyczyć tylko ryzyka zmienności kursu średniego lub kursu generowanego przez rynek walutowy, ale musi również obejmować dodatkowe ryzyko wynikające z przyjęcia takiego kursu, który będzie dla banku najkorzystniejszy. O ile pierwsze ma na ogół charakter bezosobowy i stochastyczny, to drugie determinowane jest najczęściej chciwością, którą ze względu na duże znaczenie, jakie dla instytucji finansowych mają reguły poprawności politycznej, określa się mianem ekonomicznie uzasadnionego dążenia banku do maksymalizacji własnego zysku.

Osoby zaciągające kredyt walutowy z pewnością nie uświadamiały sobie wszystkich czynników składających się na ryzyko, jakie pociąga za sobą ich postępowanie. Mało kto bowiem w momencie zawierania umowy zdawał sobie sprawę z tego, że wysokość rat nie zależy tylko od zmiennych obiektywnych, jakimi są kursy średnie czy kursy rynkowe, lecz także od decyzji podejmowanych jednostronnie przez zarząd banku, z którym łączy go umowa kredytowa. Wykorzystując zupełnie naturalną i zrozumiałą niewiedzę klientów w odniesieniu do złożonych kwestii ekonomicznych oraz rachunkowych, banki w sposób nieuprawniony przyznały sobie w umowie prawo do jednostronnego wyznaczania rat kredytu zarówno poprzez możliwość ustalenia ostatecznego kursu waluty na poziomie wyższym niż kurs rynkowy czy kurs uśredniony, jak i również poprzez możliwość doliczania do tak arbitralnie ustalonej wysokości raty dodatkowej kwoty zwanej spreadem (różnica występująca w danym czasie między kursem sprzedaży i zakupu waluty obcej, w jakiej został denominowany kredyt), którego wielkość – stanowiąca koszt kredytobiorcy – dochodziła w niektórych przypadkach nawet do 10% wartości dokonywanej na rzecz banku spłaty.

Brak w umowie jasnych i jednoznacznych zasad indeksacji udzielonej przez bank pożyczki, obliczania wysokości poszczególnych rat oraz wartości całego kredytu, narusza w sposób rażący interesy kredytobiorcy i jest niezgodny z zasadami kontraktariańskiej sprawiedliwości, gdyż zakłóca wymaganą przez te zasady równowagę obu stron porozumienia. Wydaje się, że istnieją poważne racje, aby zawarty de facto w umowie sposób indeksacji uznać za nieważny, a to mogłoby stanowić wystarczający powód za tym, aby unieważnić całą umowę.

Zgoda na przytoczoną argumentację może również prowadzić do innego wniosku, a mianowicie, że stosowane przez bank klauzule indeksacyjne są bezskuteczne. Oznaczałoby to, że zawarta umowa obowiązuje zawierające ją strony jedynie w ograniczonym zakresie – bez klauzul indeksacyjnych, lecz z zachowaniem wszystkich pozostałych postanowień. W konsekwencji należałoby uznać, że kredyty denominowane w walucie obcej są, tak naprawdę, kredytami udzielonymi w złotych polskich, a zastosowane klauzule indeksacyjne, mające na celu osiąganie nieuzasadnionych korzyści przez jedną ze stron umowy, są jedynie niedozwolonymi instrumentami spekulacyjnymi. W tej sytuacji kredytobiorca miałby do spłaty tylko kwotę, jaka została mu udostępniona w złotówkach, wraz z jej oprocentowaniem (tzw. LIBOR), oraz marżą banku .

Za takim rozwiązaniem przemawia wiele argumentów. Większość z nich opiera się na założeniu, że realizacja umowy kredytu denominowanego w walucie obcej drastycznie narusza zasadę ekwiwalentności świadczeń. Oznacza to, że bank w sposób nieuprawniony otrzymuje z tego tytułu od kredytobiorcy nieproporcjonalnie więcej  środków pieniężnych, aniżeli świadczył na jego rzecz, a kredytobiorca w sposób nieuprawniony przekazuje do banku więcej środków pieniężnych, niż z niego otrzymał.  W jaki sposób można dowieść słuszności takiej tezy? W tym celu konieczne wydaje się rozważenie dwóch kwestii: na czym faktycznie polega udzielenie kredytu w walucie obcej oraz jakie obowiązki wobec banku ma kredytobiorca.

Zgodnie z umową, udzielenie kredytu denominowanego polega na przekazaniu przez bank kredytobiorcy określonej sumy pieniędzy w walucie polskiej i na wirtualnym rozliczaniu tej kwoty w określonej walucie obcej. Kredytobiorca nigdy nie otrzymywał z banku środków pieniężnych w walucie, w której rozliczał się z bankiem, a kredyt spłacał najczęściej w złotówkach. W większości przypadków wszystkie rzeczywiste przepływy pieniężne między kredytobiorcą a bankiem były zatem dokonywane w walucie polskiej. Tak więc należałoby uznać, że jeśli kredyt udzielony został w złotych polskich oraz jeśli umowa przewidywała możliwość jego spłaty w  walucie polskiej, i gdy tak właśnie kredyt był spłacany, to z punktu widzenia faktycznie dokonywanych rozliczeń nie jest to kredyt w walucie obcej, lecz w walucie polskiej.   

Uważa się, że najważniejszym i bezwzględnym obowiązkiem kredytobiorcy wobec banku jest spłata zaciągniętego długu w sposób ustalony w umowie. Aby przekonać się, czy teza ta stosuje się również do kredytów w obcej walucie, rozważmy pewną sytuację. Załóżmy, że jakaś osoba zaciąga na rok kredyt denominowany we frankach szwajcarskich w wysokości 100 tys. złotych , po kursie 2 złotych za 1 franka. Podpisuje przedłożoną jej przez bank umowę, i na tej podstawie bank przesyła na jej konto 100 tys. złotych informując ją jednocześnie, że została ona obciążona wobec banku długiem w wysokości 50 tys. franków szwajcarskich. Z powodu zmiany kursu walut, na ustalanie których bank ma znaczący wpływ, jej zadłużenie, liczone we frankach szwajcarskich, zmieniło się w ciągu tego roku na jej niekorzyść tak znacząco, że w końcowym rozliczeniu jej kredyt wynosi 150 tysięcy złotych. Bank żąda, aby uiściła ona ten dług w całości. Czy spłata na rzecz banku dodatkowej kwoty 50 tys. złotych stanowi obowiązek kredytobiorcy? Czy bank może uzasadniać własne roszczenia do tej sumy powołując się na podpisaną przez kredytobiorcę umowę?

Na oba pytania należałoby odpowiedzieć negatywnie przynajmniej z trzech powodów:

1. Kredyty denominowane w obcej walucie były najczęściej kredytami hipotecznymi, i przeznaczane były na finansowanie konkretnych inwestycji – głównie na zakup mieszkania lub domu. Celem osoby zaciągającej tego typu kredyt nie była zatem spekulacja kursami walut i osiąganie z tego powodu korzyści materialnych, lecz zakup produktu, który jest niezbędny do zapewnienia właściwej jakości życia. Część kredytobiorców w ogóle nie miała możliwości sfinansowania zakupu nieruchomości w inny sposób, pozostali natomiast kierowali się, najczęściej z konieczności, racjonalną zasadą minimalizowania własnych kosztów, i na tej podstawie wybierali kredyty najtańsze. Wykorzystywanie tej sytuacji przez banki i proponowanie kredytów opartych na spekulowaniu kursami walut w celu osiągnięcia jak największego zysku, przypomina lichwiarską praktykę wyzysku dłużnika przez wierzyciela, i stanowi moralne nadużycie prawa do wolności ekonomicznej.

2.  Dodatkowa kwota 50 tys. złotych, którą kredytobiorca ma uiścić na rzecz banku, nie jest częścią ani pożyczonego mu kapitału, ani ustalonego w umowie zysku banku, który obejmuje odsetki od udzielonego kredytu oraz prowizję, lecz wynika z umieszczonej w umowie klauzuli indeksacyjnej. Jeżeli jednak tego typu klauzule należy uważać za nieważne lub bezskuteczne, oznacza to, że brak jest jakichkolwiek podstaw do tego, aby obarczać kredytobiorcę takim obowiązkiem.

3. Prawo bankowe oraz dobre obyczaje stanowią, że na podstawie zawartej umowy bank może udostępnić kredytobiorcy określoną kwotę pieniędzy w dowolnej walucie, którą ten zobowiąże się spłacić w określonej formie i czasie, w zamian za odsetki i prowizję. O ile prawdą jest zatem, że kredyty denominowane w obcej walucie są de facto kredytami w złotych polskich, to w opisanej sytuacji bank może żądać jedynie zwrotu realnie udostępnionej kredytobiorcy kwoty, tj. 100 tys. złotych, wraz z odsetkami i ustaloną w umowie marżą, i nie powinien mieć jakiegokolwiek dodatkowego roszczenia do kwoty 50 tys. złotych, której nigdy mu nie świadczył.

Dokonane ustalenia pokazują, że zawarcie umowy dotyczącej kredytu denominowanego w obcej walucie nie tylko nie może być uważane za jedyny, bądź za wystarczający warunek dla zaistnienia po stronie kredytobiorcy zobowiązań do przestrzegania zawartych w niej postanowień, ale również nie może w pełni uzasadniać roszczeń banku do otrzymania od kredytobiorcy ustalonej sumy pieniędzy. Oznacza to, że bank, nawet wbrew zawartym w umowie zapisom, ponosi wobec kredytobiorcy odpowiedzialność za to, że na skutek ustalanych przez zarząd banku kursów walutowych kredytobiorca znalazł się w takiej sytuacji finansowej, iż nie jest w stanie spłacić wyliczonego w ten sposób kredytu.

Wnioski te wynikają z powszechnie aprobowanego założenia, że tylko wówczas postanowienia umowy obligują strony, które zawarły ją za obopólnym przyzwoleniem, jeśli umowa została zawarta zgodnie z obowiązującymi w tej mierze regułami, a jej postanowienia nie zawierają niedozwolonych klauzul. Uważa się bowiem słusznie, że istnieją takie reguły dotyczące zawierania umów oraz treści zawartych w nich zasad, które są nadrzędne wobec postanowień zawartych w umowach.

Profesor Uniwersytetu Szczecińskiego, kierownik Zakładu Etyki Instytutu Filozofii US. Autor kilku książek naukowych z dziedziny metaetyki i etyki praktycznej
Spodobał Ci się artykuł? Subskrybuj biuletyn i podziel się z innymi!
URL Trackback dla tego wpisu na blogu

Komentarze

  • Krzysztof Saja
    Krzysztof Saja czwartek, 05 lutego 2015

    Zastrzeżenie

    Ciekawy tekst, który jest warty dyskusji. W tym miejscu tylko jedno istotne zastrzeżenie:
    Jeśli w ogóle miałbym się zgodzić na powyższe konkluzje, wcześniej należałoby mocno powiedzieć jeszcze jedną rzecz: nawet jeśli praktyka udzielania kredytów walutowych była niesprawiedliwa, osoby trzecie nie mogą brać odpowiedzialności za złe lub niesprawiedliwe kredyty udzielane przez banki. Innymi słowy, byłoby jeszcze bardziej niesprawiedliwe, gdyby Jaś Roztropny, który wziął droższy kredyt złotówkowy, gdyż był świadomy i przezorny, musiał spłacać (np. w formie podatków) część kredytu walutowego Zenona Przedsiębiorczego, gdyż ten związał się z bankiem kredytem walutowym. Czy gdyby kurs franka spadł do jednej złotówki, wymagalibyśmy od Zenona Przedsiębiorczego, aby dofinansował kredyt gotówkowy Jana Roztropnego?

  • Gość
    Radziu sobota, 23 maja 2015

    Nie, nie, nie

    Jedynie banksterzy i politycy i co poniektóre lemingi bredzą o spłacie tzw. kredytów chf przez innych. Sami frankowicze żądają jedynie rozwiązań prawnych i trzymania się już obowiązującego prawa.

  • Gość
    iwona czwartek, 05 marca 2015

    gdyby kurs franka spadł do jednej złotówki

    Gdyby kurs spadł do takiej wielkości , o jakiej Pan pisze , to bank jako ubezpieczony od takiej możliwośi ( takiej informacji niestety nigdzie nie ma oficjalnie ) dostałby odszkodowanie. Niestety nikt nie poinformował kredytobiorców , że oni też mogą się ubezpieczyć od nagłego skoku kursu , to raz , dwa ,czy wie Pan co to są swapy ? otóż aby bank mógł udzielić kredyt nominowany lub denominowany do zł , musiał sam na parę godz. tak dokładnie- godz. , pożyczyć na rynku międzybankowym CHF ",W wyniku zawarcia swapu walutowego następuje wymiana kapitału w jednej walucie na jego równowartość w drugiej walucie przy zastosowaniu kursu zbliżonego do bieżącego kursu rynkowego. W ciągu obowiązywania swapa następują wymiany należnych kwot odsetek w obu walutach. W dacie zapadalności następuje zwrot kapitałów wymienionych przy inicjacji swapa, przy czym wówczas rynkowy kurs walutowy może być zupełnie inny niż wynikający z wymienianych kapitałów."

  • Gość
    Tomasz czwartek, 05 marca 2015

    Dopłaty

    Jako kredytobiorca frankowy nie chcę, aby ktokolwiek dopłacał do mojego kredytu. Niestety, ja sam muszę, np. beneficjentom programu "młodzi na swoim" - czytaj "złotówkowiczom". Tak więc pana argument o nieobciążaniu obywateli cudzymi kredytami jest chybiony.

  • Gość
    Baśka sobota, 23 maja 2015

    otóż to

    to samo chciałam zauważyć... skoro już pisze ktoś np.pna Krzysztof Saja, taki tekst , o spłacaniu przez innych ludzi frankowcom czegokolwiek ,to niech przeanalizuje równie dobrze, pod tym względem kredyty hipoteczne złotówkowe.. no i mnie do dzisiaj zastanawia tak wysokie obostrzenie dostępności tych kredytów złotówkowych, wtedy, gdy jednak nie dość,że miały pomoc państwa w spłaceniu częsci odsetek, sporej części. czyli nas wszystkich , czyli frankowicze, też spłacali poprzez podatki idące do budżetu odsetki złotówkowiczów, ich kredyty w częsci odsetkowej... to jeszcze są kredytami na prawdę a nie jakimiś umowami spekulacyjnymi... stabilność takich kredytów nie spowodowała wtedy ,że rząd i banki chcieliby je w owym czasie tak szczodrą ręką rozdawać jak owe "frankowe" ... to jest zadziwiające kuriozum w tej całej aferze kredytowej i "mądrali" wymądrzających się co do tego jaki i czy , trzeba było brać kredyt ... wtedy ;)

  • Krzysztof Hubaczek
    Krzysztof Hubaczek piątek, 06 lutego 2015

    Strawman

    Co bardzo celnej uwagi Krzysztofa dodam inną: powyższy wywód opiera się na osobliwym - i dość sugestywnym w złym tego słowa znaczeniu - założeniu, że kredyt udzielany w walucie obcej jest ze swej natury "fikcyjny", zaś "rzeczywiste" raty są ratami w walucie w której zarabia kredytobiorca. Otóż obie kwoty - rata w walucie obcej i rodzimej - są równie rzeczywiste (można powiedzieć, że są też równie fikcyjne biorąc pod uwagę, że pieniądz w dzisiejszej gospodarce ma czysto fidiuciajny charakter - ale jak mniemam nie o to chodziło Autorowi). Ryzyko kursowe (nie mające jak błędnie sugeruje Autor charakteru "losowego" lecz wynikające z praw popytu i podaży na rynku walutowym) nie czyni naszego długu w walucie obcej ani trochę mniej rzeczywistym, choć oczywiście jeśli zarabiamy w innej walucie niż bierzemy kredyt, koszt tego ostatniego realnie sie dla nas zmienia. Wywody autora byłby przekonujące, gdyby postawił sobie skromniejszy cel: przekonanie czytelnika, że praktyka uniemożliwiająca spłatę przez kredytobiorce raty kredytu w walucie obcej (zakupionej choćby w kantorze) jest nieuczciwa. Tymczasem nieprzekonujące są próby podważenia dobrowolności zawieranej umowy czy obarczania banku ryzykiem kursowym, wynikającym ze zmiany kursu waluty na rynku. Każdy kredytobiorca informowany jest o ryzyku kursowym. I tu wracamy do Jana Roztropnego i Zanona Ryzykanta (bo tak powinien się nazywać ten ostatni) - czy można obarczać inne osoby odpowiedzialnością za ryzykowne decyzje (w tym ryzykowne zobowiązania) pewnych ludzi? Czy Zenon Ryzykant, biorąc kredyt w walucie obcej, grając na giełdzie, albo wykonując inne czynności, które są obarczone ryzykami ekonomicznymi, może liczyć na to, że jego zobowiązania zostaną przeniesione na inne osoby? Czy kontrahent (w tym przypadku bank) - wyjąwszy przypadki oszustwa, wprowadzania w błąd, niedoinformowania - ma ponosić odpowiedzialność za ryzykowne decyzje Zenona? Jeśli tak, to na podstawie jakich racji? Na te pytania nie znalazłem w powyższym tekście jasnej i przekonującej odpowiedzi.

  • Gość
    Baśka sobota, 23 maja 2015

    dlaczego

    Ja zapytam tylko, dlaczego w Polsce , tacy jak pan , równają kredyt z np grą na giełdzie , Dobrowolność, to bardzo trudny temat a kto przeczytał uważnie artykuł zrozumie, że nie ma dobrowolności tam, gdzie ktoś nie był całkowicie świadom tego narzędzia jakie podpisuje pod fikcyjną nazwą "kredyt"... po za tym jako podatnik , w takim razie , muszę ja i wielu innych w tym momencie, zacząć wyrażać protest i wystąpić o zwrot podatków, które poszły na spłatę odsetek z kredytów złotówkowych hipotecznych, bo przecież wielu takich kredytów nie brało albo nie dostało z powodu zawyżonej bardzo zdolności kredytowej.. a skoro ci ludzie mieli tak wysoką zdolność kredytową do kredytów złotówkowych jakim prawem nawet ludzie biedni w Polsce, spłacali im poprzez pieniądze z podatków , część odsetek ich kredytów.. jak fikcja to fikcja , ale z fikcji nie można w takim razie tworzyć realnych kosztów dla wszystkich.. a niestety... kredytów złotówkowych , stworzono realne koszty dla wszystkich ludzi, obciążając budżet państwa odsetkami od kredytów złotówkowych hipotecznych ale i realne koszty oszustwa na tzw kredytach indeksowanych i denominowanych, gdzie pieniądze podatników idą na spłatę narzędzia spekulacyjnego wciśniętego im przez banki, zasilają zyski owych banków i transferują się za granicę ... a budżet Polski coraz bardziej pusty... nie pies ni wydra to pana tłumaczenie i w tym wypadku , poprzez takie tłumaczenia, nigdy nie będzie ani solidarnej zgody pomiędzy samymi ludźmi, obywatelami naszego państwa, ani Polska nie będzie państwem dla Polaków ... zadziwia mnie jak sami Polacy działają poprzez takie logikowanie na szkodę własnego państwa... kto podcina gałąź na której sam siedzi, KIM JEST ? ;)

  • Gość
    naszfotoalbum.pl piątek, 06 lutego 2015

    :/

    Zachowanie banków czasami po prostu przeraża. Instytucje w każdej sprawie chcą ponieść jak najmniejsze straty, wiadomo jak wychodzą na tym kredytobiorcy.

  • Gość
    AD czwartek, 12 lutego 2015

    Zastrzeżenie do zastrzeżenia

    "Co bardzo celnej uwagi Krzysztofa dodam inną: powyższy wywód opiera się na osobliwym - i dość sugestywnym w złym tego słowa znaczeniu - założeniu, że kredyt udzielany w walucie obcej jest ze swej natury "fikcyjny", zaś "rzeczywiste" raty są ratami w walucie w której zarabia kredytobiorca."
    .... Przepraszam, ale jest to nietrafiona uwaga, ponieważ autor dał wyraźnie do zrozumienia iż nazwa produktu - kredyt udzielany w walucie obcej jasno oznacza przelanie środków w walucie obcej ... wtedy nie jest fikcyjny i zobowiązuje do spłaty w walucie obcej (więc skończmy nazywać te kredyty "w walucie obcej" bo te kredyty były tylko INDEKSOWANE). Produkt, który powinien mieć nazwę - zakład walutowy z wynikiem prawie pewnym co do kierunku zmian a jedynie nie pewnym co do ich skali" .

    " Ryzyko kursowe (nie mające jak błędnie sugeruje Autor charakteru "losowego" lecz wynikające z praw popytu i podaży na rynku walutowym) nie czyni naszego długu w walucie obcej ani trochę mniej rzeczywistym, choć oczywiście jeśli zarabiamy w innej walucie niż bierzemy kredyt, koszt tego ostatniego realnie sie dla nas zmienia."
    .... I tu znowu skucha, ponieważ na powierzchni pływa prawo popytu i podaży, ale pod wodą czają się trudne do przewidzenia, losowe czynniki - konflikty wojenne, nieodpowiedzialna polityka, interwencje na rynkach walutowych, szoki ekonomiczne itp. Więc jeśli Pan potrafi przewidzieć zmiany kursów walutowych to zapewne ma Pan 300 m kw. Dom Na Kajmanach, bez kredytu, a w garażu więcej luksusowych aut niż szejk Mohamad.

    "Tymczasem nieprzekonujące są próby podważenia dobrowolności zawieranej umowy czy obarczania banku ryzykiem kursowym, wynikającym ze zmiany kursu waluty na rynku. Każdy kredytobiorca informowany jest o ryzyku kursowym. I tu wracamy do Jana Roztropnego i Zanona Ryzykanta (bo tak powinien się nazywać ten ostatni). Czy Zenon Ryzykant, biorąc kredyt w walucie obcej, grając na giełdzie, albo wykonując inne czynności, które są obarczone ryzykami ekonomicznymi, może liczyć na to, że jego zobowiązania zostaną przeniesione na inne osoby? Czy kontrahent (w tym przypadku bank) - wyjąwszy przypadki oszustwa, wprowadzania w błąd, niedoinformowania - ma ponosić odpowiedzialność za ryzykowne decyzje Zenona? Jeśli tak, to na podstawie jakich racji? Na te pytania nie znalazłem w powyższym tekście jasnej i przekonującej odpowiedzi."

    ODP. Zgodzę się z Panem co do kwestii dobrowolności bo to trudno zakwestionować prawnie, ale etycznie to tak jak przedstawił to Pan Mirosław Rutkowaki. Wiadomo też, że bank przerzuca na kontrahenta całe ryzyko. Tylko musimy cały czas pamiętać o kontrahncie, którego przekaz medialny i profesjonalny "doradcy" zapewniali o produkcie atrakcyjnym i tanim, obarczonym bliżej nieokreślonym ryzykiem. Pytanie tylko gdzie było Państwo, które powinno stać na straży bezpieczeństwa finansowego kraju i być świadome iż takie ryzyko może być ogromnie duże i wiązać się z dramatem setek tysięcy ludzi i ich rodzin. Pytanie czy bank, który jako instytucja profesjonalna jest traktowana w pewnym sensie jako inst. zaufania publicznego może szachować ludzkim życiem? Czy tak ma wyglądać nasza demokracja?. Czy prośba Rządu do banków o uwzględnienie ujemnych stóp procentowych (obowiązkowa według wielu umów) to nie jest kpina z naszego systemu sprawiedliwości. Proszę o głębsze zastanowienie ponieważ problem dotyczy jednego produktu oraz setek tysięcy ludzi, więc także proszę o nie ujmowanie tematu czysto w kwestii moralnej odpowiedzialności względem podjętej decyzji. Wiemy że te decyzje mogą być skutkiem nakłaniania do złej praktyki. Jednakże również nie uważam, że całkowite ryzyko powinno być przenoszone na bank. Sądzę, że to trzy strony zawiodły A) Banki jako oferenci spekulacyjnego instrumentu B) Instytucje nadzorcze-Państwo, które przymykały oko na to co się dzieje C) Kredytobiorcy, którzy powinni wykazać się większą rozwagą. Dlatego też koszty powinny być rozdzielone w powyższy sposób.
    Poza tym jakich ludzi ma Pan na myśli? Kredytobiorcy nie chcą pomocy od trzecich osób. Chcą aby Państwo zajęło stanowisko w sprawie niezgodnego z prawem przeliczania kursów walutowych, oraz żądają uznania w części odpowiedzialności banku za wadliwy i społecznie nie akceptowalny produkt spekulacyjny oraz wyjaśnienia kwestii prawa bankowego czy jeżeli dostali kredyt w wysokości Xzłotych +odsetki to czy muszą oddawać X zlotych *2 +odsetki.
    Co do tendencyjnych nazw przytoczonych odnośnie "Zenona" można zatem dodać: także te "Zenon CoNieMożeDostaćWzłotowkach", Zenon"CoZaryzykujeBoNiktMuNiePomożeAchceZałożyćRodzinę", Zenon"CoRyzykujeIRynekDeweloperskiIGospodarkęRozkręca" itd. czy w końcu Zenon"CoUsłyszałOdDoradcyZeFrankDobrąIStabilnąWalutąJest". Czy Pan myśli że wszyscy kredytobiorcy grali na giełdzie i rynku walutowym, czy w ogóle się na niej choć trochę znali.

    Stawianie przez Rząd i niektóre media problemu jako "czy Rząd i reszta obywateli powinien pomóc Frankowiczom" jest baaardzo nie sprawiedliwe i zamąca naturę tego problemu. Nikt nie zadaje pytań w stylu "Czy Rząd powinno zainteresować udzielanie produktu spekulacyjnego o potężnej wartości 700 tyś rodzin w Polsce", "Czy Banki powinny wykasować z umów zapisy niezgodne z prawem i oddać niesłusznie przeliczane nadwyżki kursowe".

  • Krzysztof Hubaczek
    Krzysztof Hubaczek piątek, 13 lutego 2015

    meta meta zastrzeżenie ;)

    "Przepraszam, ale jest to nietrafiona uwaga, ponieważ autor dał wyraźnie do zrozumienia iż nazwa produktu - kredyt udzielany w walucie obcej jasno oznacza przelanie środków w walucie obcej ... wtedy nie jest fikcyjny i zobowiązuje do spłaty w walucie obcej "

    Gdyby wczytał się Pan w mój komentarz zauważyłby Pan, że akurat co do tego przyznaję Autorowi rację - iż o wiele uczciwiej byłoby, gdyby kredyt zaciągnięty we frankach można było spłacić we frankach. Natomiast jeśli jest spłacany w innej walucie, to trudno żeby nie był indeksowany. Problemem jest tu przymus spłaty w złotówkach, ale to zupełnie inny problem niż rzekoma "fikcyjność" kredytu w walucie obcej.

    "I tu znowu skucha, ponieważ na powierzchni pływa prawo popytu i podaży, ale pod wodą czają się trudne do przewidzenia, losowe czynniki - konflikty wojenne, nieodpowiedzialna polityka, interwencje na rynkach walutowych, szoki ekonomiczne itp"

    Nie bardzo rozumiem Gdzie Pan tu widzi "skuchę" - oczywistym jest dla każdego kto choć trochę liznął ekonomii, że na wielkość popytu i podaży mają wpływy czynniki losowe, ergo (via prawo popytu i podaży) - cena zależy od czynników losowych. Jest to jedno z wielu ryzyk ekonomicznych jakie spotykamy w życiu. Skoro kurs waluty zależy od czynników losowych, to wszelkie powiązane z nim koszty (w tym koszty kredytów) również. Każdy podejmujący takie ryzyko musi sobie z tego zdawać sprawę a nie protestować na wypadek wpadki. Im większe ryzyko podejmujemy tym bardziej zachowujemy sie jak hazardzista - a trudno poważnie traktować hazardzistę który organizuje protesty, bo przegrał...

    Gdy w pierwszym komentarzu pisalem, ze zmiany nie maja charakteru "losowego" to tylko w takim sensie, że nie są one zupełnie generowane losowo - niczym rzut kostką - ale zależą od popytu i podaży na daną walutę - które oczywiście nie śa do końca przewidywalne. Chodzi po prostu o to, że kurs walutowy nie jest generowany przez jakiś generator liczb losowych ;)

    "Zgodzę się z Panem co do kwestii dobrowolności bo to trudno zakwestionować prawnie, ale etycznie to tak jak przedstawił to Pan Mirosław Rutkowaki. Wiadomo też, że bank przerzuca na kontrahenta całe ryzyko."

    Sek w tym ze dobrowolność to nie tylko kategoria prawna ale i etyczna. Jeśli ktoś zaproponuje mi wątpliwy interes, umowę którą wiąże sie z dużym ryzykiem, dużymi możliwymi kosztami dla mnie etc. a ja sie na to zgadzam to do kogo mogę mieć pretensje? Odpowiedzialna (moralnie) jednostka raczej będzie miała pretensje do siebie. No chyba, że mówimy tu o oszustwie, niedoinformowania, wprowadzaniu w błąd klientów banków poprzez takie czy inne praktyki mające osłabić świadomość ryzyka, jakie wiąże sie z daną umową kredytową - tu jak najbardziej odpowiedzialność leży po stronie banku i państwa - tego ostatniego w tym zakresie ze powinno ono strzec, by takie oszustwa nie miały miejsca. Dlatego oddzielmy od siebie dwie kwestie - odpowiedzialność ludzi za ryzykowne decyzje finansowe od kwestii uczciwości banków i ewentualnych nadużyć. Nie należy obu kwestii przeciwstawiać - nie ma tu albo-albo. Dlatego zgadzam sei ze wszystkie strony zawiodły, choć jednak na innym poziomie.

  • Tymoteusz Knapik
    Tymoteusz Knapik poniedziałek, 16 lutego 2015

    punkt widzenia

    Jeżeli podmiot A i B zawarł umowę, to zakładając, że podmiotem C było by Państwo. Podmiot C powinien dbać o każdego obywatela, a więc nie robić wyjątkowo co do pomocy w kredytach walutowych czy w naszej walucie. (Taki obowiązek Państwa ). Natomiast wypadałoby się zastanowić , czy na zawirowania walutowe rząd ma jakiś większy wpływ. Jeżeli jesteśmy w stanie udowodnić , że tak, to jak najbardziej Podmiot C jest Obligowany do pomocy. Jednak jeśli nie jesteśmy w stanie tego udowodnić to jak najbardziej nie powinno się pomagać. Nie powinno brać się odpowiedzialnośći za coś na co nie mamy dużego wpływu. Podmiot C ma u nie ma obowiązku pomocy zależnie od tego jakim Państwem jest. Moim zdaniem Polska jest zbyt mało wpływów i nie ma na tyle wystarczających możliwości aby oddziaływać na kursy walut. (Co innego USA ) pozdrawiam

  • Gość
    Baśka sobota, 23 maja 2015

    kursy walut

    Na kursy walut nie ma wpływu , bo na nie ma wpływ giełda i działania banków właśnie m.in... ale na wartość walutową złotówki, jak najbardziej... gdyby rządzący odpowiednio dbali o gospodarkę naszego kraju i jego autonomię a nie tworzyli z Polski lennika wszystkich wokół...

  • Gość
    jac środa, 04 marca 2015

    Banki kreuja pieniadz

    Jaka jest różnica pomiędzy kredytem a pożyczką. Pożyczki może udzielić każdy i pożycza te pieniądze które ma natomiast kredytu udzielić może tylko bank i pożycza fikcyjne pieniądze oparte na tzw. lewarze. W polsce aby utworzyć bank musimy posiadać 1 milion EUR kapitału (i w określonym czasiem musimy się dokapitalizować do 5mln EUR). Posiadając 1 milion EUR bank może udzielić kredytu w wysokości 28 mln EUR !!!!! Udzielając kredytu w wys. 28 mln EUR oprocentowanych na np. 10% po roku bank zarabia 2,8 mln EUR !!!! Jaka firma inwestując 1 mln. EUR jest w stanie osiągnąć stope zwrotu na takim poziomie ???? Przecież to jest chory stystem zatruwający finanse kraju. Mówienie o tym że bank udzielając kredyt (który z definicji polega na kreowaniu pieniądza) jest niepoważne.

  • Gość
    Jarek środa, 04 marca 2015

    Jaro

    Jeżeli chodzi ryzyko kursowe to trudno mieć do kogoś pretensje, w mojej umowie jest zapis, że zostałem o nim poinformowany, choć w nikt z obu stron nie pomyślał o 100% różnicy. Ale ok zostałem poinformowany.
    Szlak mnie trafia za to, że marża za udzielenie kredytu miała wynosić 2300 zł. A z czasem się okazało, o czym nie było zapisu w umowie, że jest coś takiego jak spread i już w dniu otrzymania kredytu zamiast pożyczonych 100000 zrobiło się 102000 zł. W dodatku kurs z dnia przeliczenia na chf również został określony przez bank i oczywiście niekorzystnie dla mnie następne 2000 zł w plecy. Na mojego maila z banku otrzymałem teraz odpowiedź, że bank ma dowolność na ustalanie kursu i spreadu więc w dniu 15.01.20015 podniósł spred o 100% na 12% i tego już było za wiele. A to był dopiero początek. Gdyż UNWW okazało się następnym zyskiem dla banku a dla mnie stratą. Gdyby nie ostatni bunt Frankowiczów matematyka banków wyglądałaby następująco 1% marża - 0,86% Libor = 1% zysku należny bankowi, choć w umowie jest jasno napisane że jest to suma tych 2 składników. A Państwo jest odpowiedzialne za niechronienie swoich obywateli, UOKIK i KNF na który płacimy podatki dał i dalej daje ciała. Mam nadzieję, że prokuratura i sądy ukażą winnych tego syfu.

  • Gość
    kim środa, 04 marca 2015

    ooo

    DRODZY FRANKOWICZE I INNI POSZKODOWANI PRZEZ BANKI -
    Trzeba partię zakładać innej drogi nie widzę, jak sami na siebie zagłosujemy z rodzinami (1,5 mln głosów) to mamy ok 10% poparcia (przy 50% frekwencji) a to jest ok 40 posłów a to jest już jakaś siła aby było nas słychać we wszystkich mediach i w sejmie. Jak rządzący nie załatwią sprawy frankowiczów do wyborów to na pewno nas oleją po wyborach, i nie dajcie się nabrać Pisowi i innym, że jako oni wygrają to nam pomogą, więc nie złażenie partii i nie startowanie w wyborach będzie nieodwracalnym błędem frankowiczów, który całkowicie zamknie nam drogę do ukarania oszustów i złodziei bankowych.

    Pozdrawiam, życzę wam i sobie wytrwałości.

  • Gość
    Grażyna czwartek, 05 marca 2015

    uwagi do artukułu

    Panie Profesorze. To świetny artukuł i bardzo trafnie sformułowane najważniejsze kwestie.
    Podstawową wina władzy jest brak klarownych, sprawiedliwych i chroniacych obywateli przepisów prawa w tym zakresie. TAKA JEST WINA WŁADZY. Jest bardzo dobre i stare powiedzeniew tej kwestii.
    "gdy kota nie ma to myszy charcują:
    W Polsce mamy wciąż marne koty, które niby sa a jakby ich nie było. Bo trudno mi jednak uwierzyć, że biora w tym szwindlu udział!
    Jeszcze raz dziękuję bardzo za Pański głos,
    Grazyna,
    wciąż oszukiwana przez BM

  • Gość
    orelie piątek, 05 sierpnia 2016

    orelie

    Dowody na poważne i szybkie pożyczki w ciągu 24 godzin
    Pozwól mi przedstawić się Nazywam się maegan Miguel, istnieje zbyt wiele oszustwo
    w szczególności oferuje pożyczki. Znalazłem uśmiech
    To dzięki Lebron Jule
    To dało mi pożyczkę w wysokości 16.000 , co mam do zwrotu ponad 32 miesięcy
    z bardzo niskie zainteresowanie jego udziału lub 3%, niezależnie od kwoty
    zgłoszony, okres spłaty wynosi od 1 do 25 lat, zarówno według
    suma wypożyczony 16000 i dwóch moich kolegów również niektórych otrzymałeś
    rano gotowy piątek 29/07/2016 otrzymałem pieniądze bez protokołu.
    Następnie radzę skontaktować się i będzie można zaspokoić wszystkie
    usługi, które możesz zadać.: kontakt adres
    Następny: lebronjule68@gmail.com
    Dobra kontynuacja. I nie zapomnij podzielić się pomóc
    swoimi przyjaciółmi.

Zostaw komentarz

Gość środa, 26 kwietnia 2017
Blog Naukowy Etyk Praktycznej

Aktywne grupy

Brak aktywnych grup.