Ignorowanie wegan

Dodane przez w w Zwierzęta
alt

Wiele mówi się dziś o dyskryminacji i nietolerancji wobec osób o odmiennych cechach czy poglądach. Najczęściej poruszane są kwestie dotyczące narodowości i orientacji seksualnej. Choć w obliczu takich historycznych doświadczeń, jak prześladowanie Żydów czy apartheid w RPA,  mówienie o dyskryminacji wegan wydać się może nie na miejscu, to  stanowią oni mniejszość, której interesy niejednokrotnie są pomijane.  Warto  zwrócić uwagę na obszary naszego życia, w których weganom jest prostu trudniej, choć wcale nie powinno.

Kim są weganie?

Weganie to osoby, które z różnych względów (etycznych, zdrowotnych, ekologicznych) odrzuciły ze swojej diety wszelkie produkty pochodzenia zwierzęcego, a także wyeliminowały (bądź starają się wyeliminować) z życia codziennego: wszystkie przedmioty, które wykonane zostały z ciał zwierząt bądź substancji pochodzenia zwierzęcego; produkty, które były testowane na zwierzętach lub zawierają odzwierzęce składniki oraz nie uczestniczą w rozrywce, w której wykorzystywane są zwierzęta. Dieta wegan jest zatem zrównoważoną dietą roślinną, opartą na świeżych owocach i warzywach, ziarnach, nasionach oraz grzybach. Weganin nie nosi skórzanego obuwia, toreb, nie korzysta z kosmetyków zawierających tłuszcze lub białko zwierzęce. Stroni również od cyrków, delfinariów, pokazów i walk z udziałem zwierząt.

Szacuje się, że liczba wegetarian w Polsce może wynosić od 500 tys. do nawet  3 mln. osób, trudno określić jak duży procent z tej liczby stanowią weganie, sądząc jednak po coraz większej popularność wegańskich restauracji, kawiarni, posiłków i produktów, może być to ok. 1/3 (to jednak jedynie domysły).

Dlaczego są pomijani?

Jak każda mniejszość światopoglądowa, dopóki jej liczba nie osiągnie pewnego pułapu, który stanie się ważny, bądź to dla polityków, bądź dla producentów, jest jedynie traktowana w kategorii osobistego wyboru danej jednostki i nie jest uwzględniania w szerszych planach dotyczących nowych przepisów, czy planów sprzedaży. Można by rzec, że trudno się dziwić, nie stworzono jeszcze systemu, w którym możliwe byłoby uwzględnienie interesów każdego wyznania, orientacji politycznej czy stowarzyszenia. Zanim jednak wsadzimy wegan do jednego worka ze wszystkimi innymi niezadowolonymi i sfrustrowanymi obywatelami, warto się przyjrzeć w czym tkwi problem.

Przedszkola, szkoły, uniwersytety

Powszechnie znanalte są nam problemy dotyczące obecności lekcji religii w szkołach czy neutralności wyznaniowej miejsca na ścianie tuż nad klasową tablicą. Przedszkole wydaje się jednak takich problemów unikać i kojarzy się raczej z dobrą zabawą i beztroską, niestety niekoniecznie dla wegan. Mowa oczywiście o przedszkolnych obiadach, które w większości przypadków zawierają mięso, a na pewno składniki odzwierzęce. Rodzice wegańskich dzieci mają czasem możliwość zamówienia opcji wegetariańskiej, ale zdarza się to tylko w niektórych, najczęściej prywatnych przedszkolach i nie spełnia kryteriów etycznych weganizmu. W takiej sytuacji rodzice starają się radzić sobie poprzez przynoszenie codziennie gotowych obiadów do odgrzania, często przygotowywanych tak, by wyglądem przypominały opcję mięsną (z uwagi na pragnienie dzieci bycia częścią grupy przedszkolnej). Ten brak wygody byłby jeszcze do zniesienia, ale najczęściej staraniom rodziców towarzyszą  bardzo nieprzychylne reakcje, zwłaszcza w przedszkolach publicznych, w których traktuje się ich prośby jako fanaberie i poucza o tym jak powinno się żywić dzieci w tym wieku. Często też dochodzi do nieporozumień przy przygotowaniu posiłków, gdy pani kucharka podaje dziecku zupę ugotowaną na kościach (uznając, że skoro mięso nie pływa w zupie to jest ona wegetariańska), czy ziemniaki zagniecione z masłem (bo to przecież nie jest mięso, więc co w nim złego).

Gdy dziecko jest starsze i świadomie podejmuje decyzje o tym co je, sprawa staje się łatwiejsza, ale znów altmożna trafić na opór. W ostatnim czasie we Francji z uwagi na uszanowanie tradycyjnej, mięsnej narodowej kuchni i rzekomo troskę o zdrowie dzieci, wydano rozporządzenie, w którym nakazano, by każdy posiłek podawany w szkolnych stołówkach zawierał zwierzęce białko, co jest już jawną dyskryminacją wegańskich konsumentów. Na szczęście w Polsce problem ogranicza się jedynie do dostępności wegańskich opcji. Moja ostatnia próba zjedzenia wegańskiego posiłku w stołówce uniwersyteckiej, zakończyła się kupnem gruszki - jako jedynej wegańskiej opcji. Przepytałam kucharkę o wszystkie potrawy. Usłyszałam: Ziemniaki to proszę pani zagniatane z masłem, gotowe do odgrzania. Pierogi - to z paczki, więc sama nie wiem co tam w nich jest. Pizza - do ciasta dajemy mleka. Surówka - z majonezem, albo śmietaną. Frytki - no na fryturze smażymy, a jak? Makaron - sos na śmietanie... W menu nie było ani jednego dania, ba, nawet dodatku do dania, które mogłabym zjeść. Nie zaoferowano mi przyrządzenia posiłku od podstaw, a jedyną rzeczą do zjedzenia, którą mogłam nabyć była gruszka bądź jabłko do wyboru. Oczywiste jest, że skoro nie ma zapotrzebowania, wegańskie opcje się nie pojawiają, szkoda tylko, że jako klientka sama musiałam dopytywać o każde danie, traktowano mnie z opryskliwością, a kilka miesięcy wcześniej podano mi w tym samym miejscu frytki (jakoby nie smażone na fryturze) oraz pierogi (jak mnie wtedy przekonywano, na pewno wegańskie).

Kawiarnie, restauracje, bary.

W największych polskich miastach pojawia się coraz więcej restauracji i kawiarni wegańskich bądź wegetariańskich, w których zamówić można wegańskie posiłki. Problem pojawia się, gdy nie mamy dostępu do takiego miejsca. W przeciętnej restauracji weganie i wegetarianie często traktowani są jak intruzi, a czasami wręcz oszukiwani. Niestety sama wielokrotnie padłam ofiarą takich oszustw, zanim nauczyłam się, by nigdy nie jadać w nie-wegetariańskich jadłodajniach. Wspomniałam już o małym przekłamaniu z uniwersyteckiej stołówki, kolejny przykład to chociażby chińska restauracja, gdzie z uwagi na moją dietę prosiłam o przygotowanie warzyw na osobnej, czystej patelni, tak by nie zawierały żadnych składników odzwierzęcych. Kelnerka zapewniała mnie wielokrotnie o tym, że dostaję wegański posiłek. Co więcej wybierałam go z listy dań wegetariańskich. W miejscu tym jadłam 3 razy, za każdym razem dopytując i prosząc o przygotowanie posiłków w sposób wegański. Dopiero za 4 razem nowa osoba poinformowała mnie: Ale przecież oni i tak do wszystkiego dodają bulion wołowy. Jak się okazało myślenie, że "jeśli mięsa nie widać to mamy danie dla wegan" jest bardziej powszechne niż potrafimy to przewidzieć. To oczywiście nie odosobniony przypadek, w restauracja meksykańskiej mój znajomy poszedł dopytać się o dostępność dań wegańskich, gdyż w karcie widniała cała grupa potraw wegetariańskich. Odpowiedź jaką otrzymał była zatrważająca: Wie pan, kucharz dodaje bulionu z kury do wszystkiego, ale gościom to nie przeszkadza. Cóż, ja też nie wyczułam dodatku bulionu wołowego w mojej chińszczyźnie, czy znaczy to, że można mnie oszukiwać podając do jedzenia produkty z ciał zwierząt, których życie i cierpienie szanuję?

Takiego traktowania doświadczyło za pewne wielu wegan, co więcej zdarzają się one w restauracjach wegetariańskich, w których obsługa często nie uchwytuje diametralnej różnicy pomiędzy dietą wegan i wegetarian. Lecz nie chodzi tylko o samą wiedzę weganin już na starcie powoduje irytację kelnerów, wypytując dokładnie o skład potraw, sosów, deserów. Kolejna porcja nerwów pojawia się przy odsyłaniu potraw. Nie będę więc chyba odosobnionym przypadkiem, gdy wspomnę o tym, jak kiedyś po niemal 60 minutach czekania, odsyłania potrawy i ponownie czekania wyszłam głodna z wegetariańskiej restauracji, nie mówiąc już o aroganckim i nieuprzejmym traktowaniu moich próśb.

Zakupy

altKolejnym problemem jest całkowite ignorowanie wegan przez producentów kosmetyków i żywności. Większość z nas ma zapewne za sobą pisanie e-maili z prośbą o listę produktów nie zawierających odzwierzęcych składników. Sama napisałam takich maili setki - do producentów kosmetyków czy margaryn. Otóż wydawałoby się, że wystarczy przecież przeczytać listę składników na etykiecie, sprawa nie jest jednak taka prosta. Jest wiele składników, które wytwarzane mogą być z surowców roślinnych bądź zwierzęcych, jak chociażby obecna w większości kosmetyków gliceryna czy wszechobecne w margarynach mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych. Na moje maile otrzymuję zwykle 2 do 3 odpowiedzi, które mają charakter wymijający: Nasza firma nie testuje kosmetyków na zwierzętach, ponieważ jest to niedozwolone w krajach UE a przecież pytałam o listę kosmetyków wegańskich (dokładnie opisując kryteria).  Oczywiście na rynku dostępne są już etyczne kosmetyki, zwłaszcza w sklepach internetowych. Niezrozumiałe wydaje mi się jednak ignorowanie pytań tysięcy  konsumentów.

Jakkolwiek w przypadku kosmetyków znalezienie wegańskich alternatyw jest dość łatwe, tak problemy pojawiają się w przypadku leków. Obecnie na rynku nie ma np. tabletek antykoncepcyjnych, które nie zawierałyby dodatków odzwierzęcych. Przy zwykłym przeziębieniu bardzo trudno znaleźć produkt, który oferowany byłby przez firmę zupełnie nie związaną z testowaniem na zwierzętach i choć na przeziębienie najlepsza jest herbatka z lipy z plasterkami imbiru i cytryną, to przy anginie, czy grypie sytuacja się komplikuje

U lekarza

Na mojej karcie pacjenta widnieje napis: weganka, wydawać by się mogło, że pojawił się tam w celu altprzypomnienia lekarzowi podczas wypisywania leków o moich preferencjach. Niestety, nie tylko. Gdy pewnej zimy czułam się osłabiona, a moje wyniki krwi były lekko poniżej normy, od razu zostałam wysłana na zastrzyki z witaminy b12, przezornie jednak sprawdziłam osobnym badaniem poziom tej witaminy (weganką byłam wtedy chyba od 6 lat) i był on jak najbardziej w normie. To z uwagi na moją dietę zostałam od razu zakwalifikowana jako anemiczka. Nie mówiąc już o każdorazowym upominaniu podczas wizyt o szkodliwości mojej diety mimo, że Światowa Organizacja Zdrowia zbilansowaną dietę wegańską uważa za zdrową, zarówno dla dorosłych jak i dzieci oraz kobiet w ciąży, a wręcz zalecaną dla osób chorych na cukrzycę, choroby serca czy nowotwory. Prośby o leki wegańskie kończą się zazwyczaj wielokrotnymi wycieczkami z apteki do lekarza i na odwrót, ponieważ lekarze nie dysponują informacjami czy dany lek ma otoczkę żelatynową, zawiera laktozę itd.

Kolejne trudności czekają wegan podczas wizyty w szpitalu. Powitani radosną wiadomością o możliwości zamówienia wegetariańskich posiłków, bardzo szybko napotykamy rozczarowanie, gdyż właściwie żaden z nich nie będzie wegański, co więcej nie będzie to również pełnowartościowy posiłek wegetariański. Podczas tygodniowego pobytu w szpitalu nie zjadłam ani jednego posiłku. Opcja wegetariańska składa się zazwyczaj z sera białego, topionego, żółtego (na śniadanie i kolację) oraz klusek z serem, pierogów z serem etc. (na obiad). Co więcej do śniadań i kolacji, a bardzo często również do obiadów nie podaje się świeżych warzyw. Po 3 dniach pobytu poprosiłam o zmianę diety na mięsną, ponieważ posiadała ona jako dodatki świeże warzywa,  surówki, które dostawałam i mogłam dodać do przyrządzanych przez siebie samodzielnie posiłków. Całe szczęście byłam w szpitalu tylko na ćwiczeniach ortoptycznych, nie wyobrażam sobie sytuacji wegan, którzy trafiają do szpitala na poważną operację. Wiązałoby się to chyba z koniecznością codziennej obecności kogoś z rodziny, kto przygotowywałby wszystkie posiłki.

Nie mogę tutaj również pominąć kobiet w ciąży, które jeśli nie trafią na oczytanego i mądrego lekarza oraz położną są niemalże oskarżane o stwarzanie zagrożenia dla życia swojego dziecka. Dopiero, gdy kolejne wyniki okazują się bardzo dobre, a dziecko rodzi się zdrowe lekarze przyznają się do błędu.

Wegańskie fanaberie.

altOpisane przeze mnie przykłady może nie są tak rażące jak pobicie kogoś z uwagi na kolor skóry, czy wyznawaną religię, na czym więc polega problem? Otóż przede wszystkim na trywializacji weganizmu, traktowaniu go jako indywidualną fanaberię danego klienta, czy pacjenta, z którą wcale nie trzeba się liczyć. Oczywiście takie postrzeganie wynika z wielowiekowej tradycji traktowania zwierząt jako towar, rzecz, owo mięso, czy serek, nie zaś istotę czującą, często społeczną, która może cierpieć i odczuwać radość, pamiętać urazy i czynić plany na przyszłość.

Zjedzenie kawałka mięsa dla mnie jako weganki jest tak, jak zjedzenie kawałka ludzkiego mięsa dla przeciętnego mięsożercy - nie do pomyślenia. Gdy dowiaduję się, że przez oszustwo w restauracji zjadłam fragmenty ciała zwierząt (np. w owym wołowym bulionie dodanym do moich warzyw), czuję nie tylko obrzydzenie, ale ogromną porażkę i smutek... porażkę moją, że nie udało mi się wszystkiego dopilnować (choć ewidentnie zostałam oszukana) oraz porażkę ludzkości, która nie potrafi dostrzec interesów zwierząt, tak jak kiedyś nie dostrzegała interesów czarnych, kobiet czy dzieci. Lekarz wypisując lek w żelatynowej kapsułce, traktując prośby pacjenta jako zwykłe widzi mi się, stawia go w bardzo trudnej sytuacji, nie każdy ma zapał i czas by szukać innych lekarzy, by chodzić i zamieniać recepty, a gdy ostatecznie okaże się, że zastępnika nie ma, znów pojawia się to poczucie porażki (bo przecież otoczka z olei roślinnych  byłaby dostępna dla wszystkich, mięsożerców i wegan), a jednak większość producentów wybiera produkt uboczny przemysłu rzeźnego.

Choć w dzisiejszym świecie (zwłaszcza w krajach wysokorozwiniętych, gdzie mamy dostęp do produktów z niemal całego świata) nie ma żadnej potrzeby by zwierzęta musiały cierpieć i umierać dla tak banalnej zachcianki jaką jest smak polędwicy, wciąż żyjemy w przekonaniu, że weganizm jest tylko kaprysem. Zapominamy, że jest to jedyny, w pełni etyczny, wybór szanujący status moralny, życie i cierpienie zwierząt. Weganie traktowani są jako naprzykrzający się klienci, ich prośby, listy, maile są ignorowane, przez niedouczony personel medyczny traktowani są wrogo i z wyższością.

Oczywiście to się dziś zmienia, dzięki tworzeniu przyjaznych weganom miejsc, jak przedszkola, kawiarnie, restauracje, dzięki przyjaznym lekarzom, dentystom i personelowi. Należy jednak pamiętać, że nasze życie to nie tylko sfera publiczna, weganin zaproszony do cioci na imieniny, też nie ma łatwo, a przecież w internecie i w księgarniach jest tyle przepisów z daniami wegańskimi i wegetariańskimi. Nie wystarczy tylko wyciągnąć kurę z rosołu, by podać ją weganom. Trzeba pamiętać, że to co może wydawać się jedynie dietetycznym wyborem, tak naprawdę jest poczuciem etycznej niesprawiedliwości i ogromnej krzywdy, która dzieje się zwierzętom. Nie można jej zwyczajnie lekceważyć, tylko dlatego, że lubimy jeść mięso. Należy uważniej przyjrzeć się temu, co weganie mają do powiedzenia, gdyż może się okazać, że to nie oni powinni się tłumaczyć i prosić o zrozumienie, ale wszyscy Ci, którzy w XXI wieku pozwalają na zabijanie i cierpienie miliardów zwierząt rocznie.

Aktualnie zajmuje się tematem moralnego statusu zwierząt w Zakładzie Etyki Uniwersytetu Szczecińskiego. Od czasu do czasu publikuję artykuły popularnonaukowe związane z tematyką mojej pracy oraz prowadzę wykłady o prawach i interesach zwierząt pozaludzkich.
Spodobał Ci się artykuł? Subskrybuj biuletyn i podziel się z innymi!

Komentarze

  • Gość
    Adam Hajduk wtorek, 15 listopada 2011

    Koszernie nie jest łatwo...

    Przypomniał mi się dziennikarz,którzy pisał artykuł o tym,jak by się żyło przestrzegając Tory. Przez bodajże rok stosował się do wszystkich przepisów.

    Myślę, że waganie mają podobnie.

    Odpowiedz Anuluj
  • Gość
    Mr. X środa, 16 listopada 2011

    A co z roślinami?

    Autorka wykazuje rażącą ignorancję odnośnie cierpień roślin, innymi słowy, przedkłada jedno istnienie nad drugie. Prof. Karpiński z SGWW w Warszawie odkrył, że rośliny uposażone zostały w precyzyjny układ nerwowy i pamięciowy, pomagający im między innymi na regulację i zaabsorbowanie światła do konkretnej pory dnia i roku. Fakt, że rośliny nie mają układu nerwowego charakterystycznego dla zwierząt, nie oznacza, że nie reagują na zewnętrzne bodźce. Inteligencja roślin od dawna jest przedmiotem badań naukowców, dowiedli oni, że wiele z nich posiada zdolność do porozumiewania się między sobą oraz i insektami za pomocą rodzaju i ilości emitowanych gazów. Posiadają również zdolność do rozpoznawania siebie samych. Już w ubiegłym wieku w publikacji „Sekretne życie roślin” przedstawiono kontrowersyjny pogląd, w którym uzasadniono, że rośliny odczuwają ból. Wielu naukowców głosiło tezę, że rośliny posiadają unikalny rozum, który jest nośnikiem większej inteligencji, porozumiewania ze wszechświatem. http://www.guardian.co.uk/notesandqueries/query/0" rel="nofollow">http://www.guardian.co.uk/notesandqueries/query/0,,-83446,00.html

  • Gość
    Aneta niedziela, 24 marca 2013

    Rośliny nie mają centralnego układu nerwowego

    Nie ma usprawiedliwienia dla okrucieństwa i głupoty jedzenia padliny.

  • Gość
    radzio środa, 30 stycznia 2013

    rubaszny wegański wujek

    będąc wegetarianinem lub tym bardziej weganem przyczyniasz sie do smierci mniejszej ilości roślin niż jedząc produkty od zwierząt ktore byly cale życie karmione głownie roślinami. np 90% swiatowej uprawy soi jest na pasze dla zwierząt hodowlanych. już nie pamiętam tej proporcji że do produkcji mięsa zuzywa się chyba z 10-20x więcej roslin niż pokarmu roslinnego o tej samej ilości białka... przerobiłem to lata temu i juz nie pamiętam, w każdym razie żyje sobie dobrze na weganiźmie, nie chodze do lekarzy, nie choruje, przeszedł mi reflux i poczatki astmy które miałem w mięsno-mlecznych czasach, gotowanie jest proste i przyjemne. czasem jest to troche kłopot na mieście lub u rodziny/znajomych ale bez takiego wyolbrzymiania jak w artykule. pozdrówki:)

  • Urszula Zarosa
    Urszula Zarosa środa, 16 listopada 2011

    Nie takie to życie trudne - odp. Adamowi :)

    Wydaje mi się, że weganizm, zwłaszcza na początku wymaga po prostu dobrego zorganizowania - znalezienia dobrego lekarza, opracowania systemu przygotowywania posiłków, wyszukania miejsc w których można zjeść dania wegańskie itd. Nie ma też więc co pokazywać weganizmu jako wielkiego wyzwania.

    Niemniej to, co jest najbardziej uporczywe, to mentalność ludzi, która zawsze sprowadza weganizm do fanaberii/wymysłu, która pozwala im na oszukiwanie klientów, pouczanie, czy traktowanie z wyższością. Jako weganka czasem mam po prostu dość opryskliwości kelnerek, pouczeń członków dalszej rodziny czy znajomych, oraz braku rozwiązań systemowych dla wegan (jak posiłki w szpitalach, przedszkolach etc.) Więc myślę, że warto by o to troszkę powalczyć, chociażby pokazując ludziom, że nie można naszych przekonań trywializować.

  • Gość
    Ewa Kowalska wtorek, 22 listopada 2011

    Ewa

    "Wydaje mi się, że weganizm, zwłaszcza na początku wymaga po prostu dobrego zorganizowania - znalezienia dobrego lekarza, opracowania systemu przygotowywania posiłków, wyszukania miejsc w których można zjeść dania wegańskie itd. Nie ma też więc co pokazywać weganizmu jako wielkiego wyzwania."

    Ja na odwrót: od lekarzy trzymam się z dala, pysznie gotuję sama, a weganizm to najłatwiejsza i najsmaczniejsza dla mnie "dieta" na świecie!

  • Gość
    Kamil K. środa, 16 listopada 2011

    kamil.

    Wierzysz w to, że [przykładowy] rubaszny wujek Antoni nie będzie tłumaczył podczas n-tej kolacji wigilijnej że facet wege to sobie w łożu nie poszaleje bo mięso ważne jest lub kelnerka nie będzie zdziwiona gdy zamawiasz pizze i żądasz pizzy bez sera i sosów.

    Oj ja już nie.

    Pozdrawiam

    ps. zaznaczam że do powyższych akcji podchodzę z uśmiechem :D

    Odpowiedz Anuluj
  • Kazik Pogoda
    Kazik Pogoda czwartek, 17 listopada 2011

    Wegańska antykoncepcja

    Tym razem niekoniecznie etyczne, ale za to praktyczne hinty. Kiedyś przypadkiem trafiłem na wątek odnośnie "ekologicznej antykoncepcji" i na takie urządzenie:

    http://www.mypearly.com/" rel="nofollow">http://www.mypearly.com/

    Tu jest też link do badania, zresztą przeprowadzonego w Polsce, z którego wynika, że przy właściwym stosowaniu index pearla jest porównywalny z antykoncepcją hormonalną.

    http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/21365899" rel="nofollow">http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/21365899

    Nie jestem specjalistą w tym temacie, ale urządzenie wydaje się też "koszerne" dla katolików. ;)

    A ciągnąc dalej temat porad w związku z cyklem menstruacyjnym - znane mi użytkowniczki bardzo chwalą też mooncup:

    http://www.mooncup.co.uk/" rel="nofollow">http://www.mooncup.co.uk/

    Odpowiedz Anuluj
  • Gość
    Raa środa, 17 października 2012

    Antykoncepcja dla wegan

    Czy Ty w ogole wiesz o czym piszesz? Wskaznik Pearla okresla liczbe kobiet na 1000 stosujacych dana metode przez rok (tudziez 13 cykli), ktore mimo to zajda w ciaze. Im nizszy wskaznik Pearla, tym skuteczniejsza antykoncepcja.

    Ja wegankom polecam spirale niehormonalna. Bez skladnikow odzwierzecych, wygodna w uzyciu, dlugotrwala i o bardzo niskim wskazniku Pearla.

  • Urszula Zarosa
    Urszula Zarosa czwartek, 17 listopada 2011

    Rośliny też ludzie ;) - odp. do Mr.X

    1) Po pierwsze autorka nie wypowiadała się ani słowem na temat jej stosunku do etyki zwierząt, tego czy przedkłada jakieś istnienia nad inne itd., rozumiem jednak, że takie nawiązanie ma służyć wszczęcia dyskusji na temat czucia roślin.
    2) Krótka i dość dobra odpowiedź jaka mi się nasuwa częściowo została już ujęta w linku, który został przez Mr.X podany, mówię o wpisie autorstwa Susan Deal, Sheffield, UK. Cytując samego Mr X. "Fakt, że rośliny nie mają układu nerwowego charakterystycznego dla zwierząt, nie oznacza, że nie reagują na zewnętrzne bodźce." można dodać: a to, że reagują na zewnętrze bodźce nie znaczy wcale, że świadomie czują ból. To, co jest ważne z perspektywy etyki, to fakt, czy zwierzęta mają choćby proste stany mentalne, w których uświadamiają sobie, że w danej chwili odczuwają ból bądź przyjemność. O tym jakie warunki muszą zostać spełnione aby tak było można przeczytać w literaturze fachowej. Polecam "Umysły zwierząt" twórcy etologii poznawczej D. Griffina
    3) Przyjmijmy jednak, że rośliny w jakimś niewielkim stopniu zdolne są do odczuwania bólu. Jeśli jestem weganką nie znaczy, że uważam bezwzględnie, że nigdy w żadnym wypadku żadnej istoty nie można zabić, gdyż jeśli jestem np. weganką-utylitarystką, mogę uważać, że w dzisiejszym świecie nie ma potrzeby by zabijać zwierzęta i powodować ich cierpienie, co nie znaczy, że gdybym znalazła się w sytuacji Innuitów, zmuszona głodem nie zjadłabym ryby. Jeśli okaże się, że wszystkie organizmy żywe czują ból, to będziemy musieli zwracać większą uwagę na nasze postępowanie względem nich, ale zjadanie roślin, będzie jak najbardziej usprawiedliwione, gdyż nie mamy obowiązku poświęcać swojego życia by mogły one przeżyć. Mamy jednocześnie obowiązek zjadać te organizmy, które najmniej ucierpią z naszego powodu, no i tak się składa, że są to rośliny.

    4) Na koniec: Uprzejmie proszę o podpisywanie swoich komentarzy Imieniem/ Imieniem i nazwiskiem - wyznaję bowiem zasadę: "jeśli wstydzisz się swoich poglądów, może nie powinieneś ich głosić"

  • Urszula Zarosa
    Urszula Zarosa czwartek, 17 listopada 2011

    Krótko o rubasznym wujku - odp. Kamilowi

    Nie tylko wierzę, ale czasem ktoś potrafi mnie miło zaskoczyć. A to mama byłego chłopaka robiąca wegańskie ciasto, a to pani w barze rozumiejąca wyrażenie: bez składników pochodzenia zwierzęcego. Bardzo wiele dobrego zdziałał program UWAGA z udziałem Darka: http://uwaga.tvn.pl/46949" rel="nofollow">http://uwaga.tvn.pl/46949,wideo,256097,weganie_zyja_dluzej,weganie_zyja_dluzej,reportaz.html
    To właśnie po nim ciocia do mnie zagaiła: Ula, a Ty jesteś tą weganką tak? No słyszałam właśnie w telewizji mówili, że to takie zdrowe, ja to się staram też mięso ograniczać. Myślę, że może z jakieś 5 tysięcy osób zapamiętało po tym programie o co chodzi tym weganom :)
    NO ale po to w sumie mój tekst, by się ludziom przypomnieć, a co najciekawsze to najczęściej rodzina zapomina o uwzględnieniu wegańskiego menu podczas imprez. Do tej pory nie mogę zrozumieć tego fenomenu :)

  • Gość
    Andzej czwartek, 17 listopada 2011

    weganin

    Pierwszy akapit możnaby rozszerzyć do nastąpującej wersji :)

    Weganin nie nosi skórzanego obuwia, toreb, rękawiczek, pasków, nie używa też skórzanych siodełek, mebli czy oparć w samochodzie. Nie nosi futer ani żadnych produktów zawierających elementy futerkowe. Nie korzysta z kosmetyków testowanych na zwierzętach ani kosmetyków zawierających tłuszcze lub białko zwierzęce. Stroni również od cyrków, delfinariów, oceanariów, zoo, pokazów i walk z udziałem zwierząt. Nie korzysta z ofert szkół jazdy konnej ani nie popiera sportów z udziałem koni czy innych zwierząt.

    Odpowiedz Anuluj
  • Urszula Zarosa
    Urszula Zarosa piątek, 18 listopada 2011

    Vegan as f***

    A jeszcze w temacie weganizmu widzianego przez społeczeństwo jako fanaberii, właśnie polecono mi świetny artykuł w języku angielskim, który doskonale wkomponowuje się w ostatnie zdanie mojego tekstu : http://www.richarddeboo.com/vegan-as-f" rel="nofollow">http://www.richarddeboo.com/vegan-as-f

  • Gość
    Karol Górski piątek, 18 listopada 2011

    Dyskryminacja

    Absolutnie zgadzam się z powyższym tekstem! Ja jestem wegetarianinem i wcale nie mam łatwiej niż weganin/weganka. Moja babcia, która twierdzi, że bez mięsa zachoruję i umrę, kiedyś ugotowała mi zupę na kościach, wielokrotnie zapewniając, że jest inaczej. Od tamtej pory jadłem u niej tylko kanapki. W szpitalu masakra - zazwyczaj wcale nie ma opcji wege, więc trzeba zjeść albo suchy chleb albo z masłem. Kiedyś w Poznaniu (była noc, dość zimno, wszystko pozamykane) chciałem zjeść coś ciepłego. Trafiłem na bistro... Na tablicy wielki napis: "Hamburger wegetariański". Zamówiłem. Usiadłem przy stoliku i słyszę, jak sprzedawczyni mówi do swojej koleżanki: "Co to w ogóle za wymysł, ten hamburger wegetariański?!" - po chwili dostałem bułkę z kilogramem kapusty wewnątrz... Innym razem jedyne, co mogłem dostać bez mięsa, to... kebab bez kebabu! W dodatku w tej samej cenie, co z mięsem... Takich sytuacji jest mnóstwo. Niestety.

  • Gość
    K Forkasiewicz piątek, 18 listopada 2011

    Rośliny rośliny rośliny

    Jeśli chodzi o świadomość roślin, przytoczę fragment dłuższej wypowiedzi Johna Sanbonmatsu, prof. filozofii politycznej z Worcester Polytechnic Institute. W moim mniemaniu, nikt tak ciekawie nie odniósł się do tego wciąż wskrzeszanego "argumentu" wymierzonego przeciwko wyzwoleniu zwierząt. Jego wypowiedź jest częścią dłuższej wymiany z Derrickiem Jensenem, ale ma sens nawet wyjęta z tego kontekstu. Wyróżniłem kursywą najważniejsze, moim zdaniem, fragmenty wypowiedzi.

    "Jensen cannot be disabused of his fantasy that plants are sentient. In my article, I maintained that no reputable scientist believes that plants are sentient, by which I meant and mean thinking and feeling and having the sensuous capacity for consciousness. I hold to that position, with one possible and partial exception (see below). Jensen claims that plant sentience and even consciousness is an established and widely accepted fact, the common sense of our time. And to demonstrate the point, he cites popular scientific accounts in mainstream media journals and refers his readers to the work of scientists at the International Laboratory of Plant Neurobiology. I confess that I had never heard of the latter. So after learning a little about the Laboratory I contacted Frantisek Baluska, one of the lead researchers there, and asked him whether he and his colleagues really believed that plants were sentient and conscious, experienced emotions like animals, and so forth. Baluska wrote me that while someday it “might turn [out] that…plant-specific sentience and consciousness will be even more complex than the animal/human ones,” in fact, “Unfortunately we cannot say anything about emotional lives of plants as the current science is still not matured enough to pose these questions.” In other words, they don’t know, and they wouldn’t make the claim.

    The director of the Lab, Stefano Mancuso (cited by Jensen), answered my similar query to him with the words, “Frantisek already answered you as I would have done.” However, Mancuso did add that “I can not imagine a living organism [of any kind] being unconscious.” Thus, Mancuso himself seems personally to believe that plants are conscious and sentient—so chalk one up for Jensen: the one scientist in the world, apparently. Nevertheless, as I have just indicated, even members of Mancuso’s own research staff, whom he says he agrees with, admit that ascribing internal psychological and emotional states to plants is simply not something that the existing science permits them to do. In his email to me, moreover, Mancuso added, “At the end [of the day] it is [also] not possible even to be sure [of] the consciousness of our brother humans, of course you know the problem of ‘other mind[s]’....” In other words, Mancuso cannot say anything more decisive about the existence of plant consciousness than he can say about human consciousness. These are speculative matters. The most he and his peers can do is theorize about plant “intelligence,” without however being able to prove that they are “intelligent” in the sense of having consciousness and feelings.

    My exchange with Mancuso and Frantisek led me to delve a bit further into this emerging discourse about plant sentience and “intelligence.” Why are Jensen and Keith so intent to blur the distinction between plants and animals, a primordial ontological distinction acknowledged by most if not all human civilizations throughout history? And why was Jensen, a back to the land primitivist, now coming out as a technoscience junkie (he cites Wired magazine and even the TED Conference, where the corporate literati now go to get their draughts of good technologic cheer)? I found this key clue on the International Laboratory of Plant Neurobiology’s website: the Laboratory, it says, embraces the “view [that] sees plants as information processing organisms with complex communication throughout the individual plant.” In other words, if some of the researchers at the laboratory are comfortable speaking of plant intelligence it is because they are setting out from an essentially mechanistic way of understanding life and consciousness—as information processing.

    One of the most fateful mistakes of our age has in fact been to depict consciousness and sentience as nothing more than “information processing,” and to suggest that interior mental states and experiences can be represented as algorithms and reduced to external behaviors. This view of biology is of extremely recent vintage, the outcome of half a century of reified technological thinking about the nature of life. More and more in the scientific literature we are seeing a reified discourse in which biological processes are being conflated with mind and feelings. In his brief email to me, for example, Dr. Mancuso wrote of his belief that plants must experience their world sensuously because “plants are able to sense continuously and concurrently at least 20 different chemical and physical parameters; much more than any animal.” In other words, because researchers can identify “20 different chemical and physical parameters” of information processing in plants, it seems logical to attribute sensuous experiences to them.

    What we are seeing is the emergence of a new metaphysics rising (ironically) out of the most positivistic and ostensibly most anti-metaphysical of scientific disciplines, computer science and its theoretical counterpart, cybernetics theory. As Jaron Lanier, one of the founders of the internet and democratic hacking culture, has recently warned, the pernicious conflation of living beings and consciousness with “information,” bits and bytes of information, to be exact, has become a kind of evangelical religion among technologists [4] The origins of this disease of the human imagination can be traced back to cybernetics theory, the theoretical branch of information, systems, and control science, which by the 1950s had become little more than an extension of the US national security state. For decades, the goal of cybernetics has been to create mathematical and logical models for predicting and controlling the behavior of both inanimate objects and systems—machines, computers, societies—and living beings. One of the axioms of cybernetic theory, and indeed the ideological and practical goal of cybernetics research, is to achieve control over all systems—a kind of grand unification of matter based on the seductive notion that everything can be reduced to information, everything is a “system,” hence can be known, manipulated, and controlled.

    As the natural sciences became completely dependent on computer science and computer modeling by the 1980s, information and systems thinking came to replace the older, mechanistic and behavioral models of life. The question of whether other entities, including machines, can exhibit “intelligence” and even sentience has become entangled in this techno-capitalist juggernaut. The obsession within computer science with the Turing Test is emblematic. Turing famously proposed that if a computer could be programmed to answer questions posed to it by a human being, in such a way that it could fool the human into thinking that it was human, then we could consider that computer to be “intelligent.” In recent decades, technologists have gone even further than Turing intended to suggest that such a “smart” machine would also be sentient and conscious. As Jaron Lanier notes of Silicon Valley culture, “intelligence” and even properties of conscious minds are today being attributed willy-nilly “to machines, crowds of fragments, [and] other nerd deities.” Commenting on the Turing Test in particular, Lanier writes:

    You can’t tell if a machine has gotten smarter or if you’ve just lowered your own standards of intelligence to such a degree that the machine seems smart. If you have a conversation with a simulated person presented by an AI program, can you tell how far you’ve let your sense of personhood degrade in order to make the illusion work for you? [5]

    What has all this got to do with Jensen’s fascination with Mancuso and his plant lab? In his writings, Jensen presents his philosophical conflation of plants and animals as though it were rooted in indigenous thought, when in fact it is an historical artifact, and ideological after-image, of the irresistible movement in technoscience to reify life by eroding the distinction between subjects and objects, persons and things. Recently, the hegemony of information and systems thinking in the sciences has led some researchers, though thankfully as yet very few, to adopt the term “sentience quotient” as a way of getting around the awkward fact that while computers and plants may process information, they are not in fact conscious, do not experience their worlds, and do not have emotions and feelings. In the 1980s, Robert A. Freitas, Jr., a research fellow at the Institute for Molecular Manufacturing who has been on the forefront of creating nano-sized robotic devices, coined the term “Sentience Quotient.” According to Freitas, “sentience quotient” (SQ) signifies a relationship between the estimated information processing rate of some “information processor,” measured in bits per second, plus the weight or size of the unit, plus the total number of processing units. Freitas had no problem, in an early essay, finding that human beings qualify for an SQ rating of 13 on his intelligence scale, which put our “sentience” only slightly above an Apple II (SQ 5) and a Cray I supercomputer (SQ 9) [6]. Subsequent technologists have tried to estimate the SQ of plants, with one scientist attributing “a peak of 1” to the venus flytrap. Presumably, the plants in Derrick Jensen’s garden have a sentience rating somewhere between a supercomputer and Michelle Bachmann. But I would have to look at the math.

    The beauty of such definitions for technologists like Freitas—and similar definitions of plant “personhood” for anti-animal critics like Jensen and Keith—is that they make it possible to conflate the ontologies of computers, plants, and animals (including humans). As Manfred Stanley observed back in 1978, the goal of cybernetics theory was “to avoid treating collectivities as [distinct] classes of ontological entities (organisms, machines, group minds)” [7]. This is why Norbert Wiener and other leading figures in cybernetics research could torture and kill animals with such a clean conscience, electrocuting their isolated or severed limbs and so forth, believing that they were “proving” that animals—including human animals—were merely cybernetic systems who were no different in essence from other “information systems,” including machines."

    oryginał pod adresem http://uppingtheanti.org/news/article/response-to-derrick-jensens-letter-from-john-sanbonmatsu/" rel="nofollow">http://uppingtheanti.org/news/article/response-to-derrick-jensens-letter-from-john-sanbonmatsu/

  • Gość
    Dorota niedziela, 20 listopada 2011

    Utrudnienia

    Cześć, jestem wegetarianką już od 18 lat, mój mąż i syn również. Na przestrzeni tych lat zauważyliśmy, że coraz rzadziej musimy innym tłumaczyć słowo "wegetarianin", coraz łatwiej znaleźć przyjazne restauracje, bary i półki z wege-żywnością w supermarkecie (prawdę mówiąc, tylko w wielkich miastach, my, mieszkańcy wsi mamy z tym o wiele trudniej). Ale też z upływem czasu mamy coraz większe oczekiwania. Wolelibyśmy wyjeżdżać na wakacje w prawdziwie przyjazne wegetarianom miejsca, a nie tylko oferujące opcję "na życzenie - kuchnia jarska". Chcielibyśmy nie musieć odpowiadać na pytania w rodzaju: a ryby jecie? lub: a na czym ugotować wam zupę? Nie wszyscy znajomi przyzwyczaili się do naszych fanaberii i wciąż uważają, że z nami to tylko kłopot na imprezie... Jeśli wybieramy się na zabawę karnawałową, to na pewno jako jedyny zamiennik mięsa w posiłku, za który przecież zapłaciliśmy, dostaniemy jedno lub dwa sadzone jajka... Zupełnie nie wyobrażam sobie, jak w takich sytuacjach radzą sobie weganie i podziwiam Waszą wytrwałość! Jesteśmy dojrzałymi ludźmi i za nasze pieniądze oczekujemy czegoś w zamian! Zwłaszcza, że internet aż kipi od pomysłów na wege-pyszności, wystarczy wykazać trochę inicjatywy. Ale mam wciąż wrażenie, że jesteśmy traktowani jako klienci drugiej, trzeciej kategorii, takie "piąte koło u wozu", które nie wiadomo czego chce od organizatorów zabawy, wczasów, warsztatów. W kartach dań wielu restauracji w dziale "wegetariańskie" spotkać można głównie dania z ryb i te bojkotujemy w szczególności. Naprawdę, mogliby się douczyć!
    Jak sobie więc radzimy? Oczywiście głównie gotując w domu, na wakacjach też często sami przygotowujemy posiłki. W naszym otoczeniu nie ma żadnych wegetarian, na szczęście jest trochę ludzi tolerancyjnych i sprzyjających naszym wyborom. Niektórzy świetnie się bawią, wymyślając nowe potrawy przeznaczone dla nas, których oczywiście chętnie próbują wszyscy pozostali goście. Ale generalnie uważamy, że choć nie jest tragicznie, to jednak po tylu latach zmagań - świadomość i tolerancja mogłyby być większe, przecież mamy XXI wiek!
    Dziękuję bardzo za ten artykuł, nazywa po imieniu wszystkie nasze problemy i rozterki i tak pięknie ubiera w słowa to, czego sami nie potrafimy wyrazić. Bo na wszelkie nasze małe bunty rodzina i znajomi zwykle reagują: "O co wam chodzi, przecież dostaliście makaron zamiast kotleta, więc wszystko gra!"
    Pozdrawiam - Dorota.

  • Gość
    Bartek niedziela, 20 listopada 2011

    Jak ja to dobrze znam...

    Z życia wiem, że w niewege restauracji najlepiej przy zamawianiu potraw bez produktów pochodzenia zwierzęcego "wykorzystać" alergików i dorzucić informację, że zamawiam takie a nie inne jedzenie, bo mam bardzo silną alergię. Często dodanie info o możliwym wstrząsie anafilaktycznym jest również pomocne. Takie życie, że trzeba szukać sposobów. W końcu dyby się powiedziało, że to dla dobra zwierząt to kelnerka popatrzy tylko na nas z politowaniem ;)

    Dodałbym jeszcze, że niektórzy weganie (dziwne, że stosunkowo mało wegetarian o tym wie!) nie piją niektórych alkoholi, bo są klarowane np żelatyną wieprzową, albo barwione zmielonymi chrząszczami (smacznego :p ).

  • Urszula Zarosa
    Urszula Zarosa niedziela, 27 listopada 2011

    Skąd ja to znam?

    Niestety, to bardzo przykre, że aby zostać potraktowanym serio w restauracji, to trzeba wymyślać sobie schorzenia. Ja też tak czasem robiłam, by uniknąć nieporozumień i zdobyć informacje o składnikach potrawy. Przykre, że w innym przypadku niektórzy nie traktują naszych pytań serio.

  • Gość
    Imię i nazwisko jest sprawą prywatną niedziela, 20 listopada 2011

    Starscream

    Postaw się trochę w roli takiej kelnerki, lekarza, przedszkolanki: Są urobieni po łokcie. Praca w handlu detalicznym, gastronomii i usługach jest stresująca i trzeba się ciągle uśmiechać. Nawet jak klienci znęcają się psychicznie. Niczego im nie wybaczają. Muszą pamiętać o wielu klientach jednocześnie. Taki, który wypytuje o każdy atom dania wprost wywołuje myśli samobójcze. To są pytania skierowane do szefa kuchni. Gdyby kelnerka nim była, nie pracowałaby przy stolikach. Jak już, to zażądaj rozmowy z nim w cztery oczy, a nie używaj biednej dziewczyny jako gońca. Ona się nie nudzi. Jest psychicznie tak zmęczona jak górnik fizycznie. Przedszkolanka ma jeszcze gorzej. Jedno zadrapanie u jednego podopiecznego, a ląduje na dywaniku. Musi mieć oczy dookoła głowy i mózg jak komputer kwantowy. Niezadowoleni rodzice są bezlitośni. Podobno ortodoksyjni weganie dopuszczają zabicie zwierzęcia wyłącznie wtedy, gdy jest to niezbędne do przeżycia. Czy fakt, że lekarstwo ma Cię uratować nie jest dostatecznym pocieszeniem iż zawiera żelatynę? Miliony nie zdają sobie sprawę, że prawie nie ma na rynku niczego co nie zawiera choć trochę zwierzaka, a nie jest mięsem. Znajdowanie i organizowanie ortodoksyjnie wegańskich produktów dla tak małej mniejszości to tytaniczne, czasochłonne i może bezcelowe zadanie. Bo do samego końca taki ktoś nie ma pewności czy nie zadasz pytania, które spowoduje iż jego wysiłki pójdą na marne. A tam czeka cała dywizja innych klientów, gotowych być torturować psychicznie. W końcu znajdą Ci takie produkty. Za taką samą pensję. A robota jak w kamieniołomie nago na środku Sahary przy akompaniamencie bicza. Twoje wymagania nie są gwiazdorzeniem, broń Boże! Ale dla tych ludzi jest to tak odczuwalne. Popracuj trochę w handlu detalicznym i gastronomii. Naucz się kompromisu. Śmietana w makaronie to nie hamburger.

  • Urszula Zarosa
    Urszula Zarosa czwartek, 24 listopada 2011

    To nie kwestia fanaberii! - odp. do Starscream (imię i nazwisko jest prywatną sprawą)

    Choć chciałam uniknąć odpowiedzi na anonimowe posty, to nie chciałabym też cenzurować wypowiedzi krytycznych ani pozostawić ich bez odpowiedzi. Skąd tytuł mojej odpowiedzi - a to przede wszystkim dlatego, że autor stawianych mi niejako zarzutów (jakoby nie potrafię się wczuć w sytuację pracowników) mylnie chyba założył, że nigdy nie pracowałam w wymienionych zawodach. W ogóle wypowiedź jest pełna mylnych założeń do których pragnę się pokrótce odnieść.

    No więc pracowałam jako kelnerka w gastronomii. Bywały dni kiedy na kilkadziesiąt osób do obsłużenia w jednej chwili w różnych pomieszczeniach przy różnym sposobie podawania, musiały wystarczyć 2, 3 kelnerki. Było ciężko, ale wymagano od nas nienagannych manier, uśmiechu, odpowiedzi na wszelkie pytania gości, traktowania ich z szacunkiem, wręcz sympatią. Nawet po wielu godzinach pracy nie obarczałam nikogo moim zmęczeniem, czy frustracją. Tak samo pracując w domu starców, starałam się każdego traktować ze zrozumieniem, potrzeby traktować serio, nie kwestionując niepotrzebnie i nie traktując z góry, ani z opryskliwością mimo 13 h zmian 4 dzień z rzędu. Uważam, że osoba, która nie potrafi schować swoich emocji i traktować pytań i potrzeb pacjentów/klientów z szacunkiem - zwłaszcza, gdy jest to kluczowe dla jej pracy - nie powinna po prostu pracować z ludźmi. Ah no i kelner nie tylko powinien z uśmiechem dowiedzieć się wszystkiego od szefa kuchni, ale wręcz znać każde danie i wiedzieć z czego się składa (ja po ponad miesiącu pracy wiedziałam, a jak czegoś nie pamiętałam biegłam dopytać). Przedszkolanka, która opiekuje się dziećmi nie odpowiada za posiłki - więc nie wiem czego dotyczyła kolejna uwaga anonimowego autora.

    Kolejny wątek - to lekarstwa i żelatyna. Oczywiście weganin, jeśli nie istnieje inna opcja leczenia może jak najbardziej sięgnąć po lekarstwo ze składnikami pochodzenia zwierzęcego. Zrobi to jednak zwykle tylko w ostateczności, a problem nie dotyczy tego typu sytuacji, ale prozaicznego faktu, jakim jest brak informacji o składzie leków na etapie wypisywania recepty. Co ciekawe moja lekarka posiada na swoim komputerze spis leków i może sprawdzić ich skład, ale nie zawsze jej się chce i stąd - moje wielokrotne wędrówki, bo zastępniki często są dostępne.

    No i kolejny nieprzemyślany argument: "prawie nie ma na rynku niczego co nie zawiera choć trochę zwierzaka", autor zaś chyba jest jednym z niewielu, który nie zdaje sobie sprawy, że na rynku są miliony produktów, które nie zawierają "choć trochę zwierzaka".

    NAJWAŻNIEJSZE:

    Dyskusję z tego typu argumentami można by kontynuować w nieskończoność, autor jednak pominął najważniejszą kwestię. WEGANIZM dla większości wegan NIE JEST FANABERIĄ! Dla mnie nie jest to kwestia mojej ortodoksyjności, mody, hobby.
    Moja walka i domaganie się BRANIA INTERESÓW ZWIERZĄT POD UWAGĘ W NASZYCH DECYZJACH MORALNYCH - nie wynika z światopoglądu, ideologii, ale GŁĘBOKIEGO POCZUCIA, ŻE UŻYWANIE ZWIERZĄT DLA NASZYCH KORZYŚCI JEST NIEETYCZNE i równie niesprawiedliwe jak wykorzystywanie niewolników, dyskryminacja kobiet, pomijanie interesów dzieci itd.
    Jak już wspominałam. Dla weganina zjedzenie produktu odzwierzęcego może być jak zjedzenie mięsa ludzkiego dla przeciętnego mięsożercy. Umycie się mydłem z łoju zwierzęcego to tak jakby przeciętny mięsożerca miałby się umyć mydłem wykonanym podczas Holocaustu z ciał zamordowanych Żydów. (Te porównania nie zrównują zwierząt i ludzi, mają jedynie zobrazować emocje, których może doświadczać weganin!)

    WEGANIZM NIE JEST KWESTIĄ IDEOLOGII/fanaberii!
    TO JEST WALKA O ETYCZNĄ SPRAWIEDLIWOŚĆ - o to byśmy dostrzegli wreszcie cierpienie, świadomość i życie istot, które nie są jedynie przedmiotami, roślinami. Wiele osób może jej nie rozumieć, ale nie ma prawa z tego tytułu: traktować nas wegan z góry, oszukiwać nas, wyładowywać na nas swoje zmęczenie, czy frustrację.

  • Gość
    W imię wolności słowa, zastrzegam sobie nie podawanie danych osobowych czwartek, 24 listopada 2011

    Starscream

    To wszystko pięknie brzmi w teorii. Skoro nie masz litości dla kelnerek, które po pracy są wrakiem człowieka w sensie psychologicznym, miej chociaż ją dla pielęgniarki. Gdy idzie do pracy, umiera ze strachu. Iż spędzi noc w areszcie pod zarzutem nieumyślnego spowodowania śmierci lub kalectwa. Albo zostanie zlinczowana. Pytanie Fermiego: Ilu przeciętna pielęgniarka ma podopiecznych? Każdy jest inny. Kowalskiego musi traktować tak, Nowaka inaczej, Malinowskiego już zupełnie... Jeśli się pomyli o pół tabletki czy złapie główkę dziecka o dwa niutony za mocno jeden z nich zginie lub nie wstanie z wózka nigdy. Najmniejszego błędu się nie wybaczy do trzeciego pokolenia, choć nie jest komputerem kwantowym. Zarabia tyle iż można powiedzieć: "Praca jest zapłatą samą w sobie". Tyranie i zaznawanie pogardy. Nic czasu na przyjemności, nawet jeśli mąż zarabia dość. Poziom wymaganej odpowiedzialności nie niższy niż w przypadku chirurga. A w hierarchii pracowników niżej jest tylko... No kto? Wymagać jeszcze aby pamiętała iż temu czy innemu pacjentowi nic a nic nie wolno dawać twarogu, sera, masła chociaż nie jest uczulony na to... To jak brać niewolnika z cegielni w Indiach i kazać czyścić wóz właściciela szczoteczką do zębów. Pielęgniarka nie będzie dbała o Twoje zamówienie nie dlatego, że jest leniwa, czy złośliwa. Chce jak najniższego prawdopodobieństwa aresztu z zarzutem nieumyślnego spowodowania śmierci. Tobie raczej się to nie stanie. Ale schorowanemu Kowalskiemu na pewno. Do jakiego stopnia można człowieka przeciążać? Poza tym, o ile nie leczysz się w prywatnie, szpitale są biedne. Gdy w miejscu pełnym biednych ludzi dają jeść, faux pas jest wybrzydzanie. Pielęgniarka może zapamiętać, żeby nie dawać Ci kotleta. Ale żeby kazać jej pilnować kucharki by tylko Twoja racja spośród kilkudziesięciu nie była polana śmietaną... To nie ludzkie. Zrobi to, proszę. I da Nowakowi złą tabletkę, bo za bardzo myślała o sosie...

    Raczej nie rozgniewasz się na mnie za to zdanie. Z podniesioną głową przyjęłaś poprzedni mój wątek, to pewnie i ten choć bardzo brutalny: Weganizm NIE JEST fanaberią. Tylko dla wegan. Nie oceniam Twojego motywu. Oceniam odczuwanie z perspektywy wielu stron. Umiem wczuwać się w role najróżniejszych osób. Empatia. To że dałem kelnerce napiwek, nie daje mi prawa by wypruć jej żyły, bom klient. We wszystkim należy zachować umiar. Kelnerka przenigdy nie napluje do jadła klienta, który potraktował ją jak człowieka. Istotę myślącą, czującą i z godnością. Nie jak robota sterowanego przez komputer kwantowy.

  • Urszula Zarosa
    Urszula Zarosa niedziela, 27 listopada 2011

    Mnożenie przykładów nie zmienia istoty rzeczy!

    Wydaje mi się, że muszę doprecyzować poprzednią wypowiedź. Nie wiem skąd bierze się zarzut, iż "nie mam litości dla kelnerek" - po prostu wiem, jak należy poprawnie wykonywać ten zawód i traktować ludzi za szacunkiem - dotyczy to obu stron - konsumenta i obsługi. Grzecznie pytam o informacje, grzecznie odsyłam dania, jeśli ktoś się pomyli.

    Pielęgniarki:
    Autor wypowiedzi wykazuje nieznajomość reali szpitali (ale to może dobrze). Po pierwsze w szpitalach jedzenie jest dostarczane z zewnątrz, następnie podawane przez salowe/panie od posiłków (nie wiem jak nazwać dobrze osoby za to odpowiedzialne), nie przez pielęgniarki. Pielęgniarka nie ma nic wspólnego z wydawaniem posiłku, decydowaniu o jego zawartości itd., od tego są panie "kucharki". Przy zapisywaniu się do szpitala można wybrać tzw. opcję wegetariańską (niestety jest to dieta oparta 90% o białko zwierzęce) problem więc leży w tym, że catering dostarczający jedzenie do szpitali, nie potrafi ułożyć dobrze zbilansowanej diety wegetariańskiej/tym bardziej wegańskiej). Nie mam więc pretensji do pielęgniarek z tytułu tego, że nie są w stanie zapewnić opcji wegańskiej.
    Zarzut polega jedynie na tym, że zdarza się iż pielęgniarki/położne kwestionują dietę wegańską, pouczają, czy traktują z góry pacjentów, choć nie mają ku temu żadnych podstaw.

    Na koniec - nie sądzę, by weganizm nie był fanaberią jedynie dla wegan. Motywy moralne, które za nim stoją są traktowane z całkowitą powagą, chociażby przez grona uniwersyteckie, przez wielu lekarzy, pisarzy, ludzi wszelkich zawodów. Niestety osoby, które spotykają się z nim pierwszy raz, lub niewiele wiedzą na temat zdrowego odżywiania - bądź to uważają go za niezdrowy i pouczają nas (choć nie posiadają odpowiedniej wiedzy), bądź nasze poglądy na temat statusu moralnego uważają za będące wbrew naturze, tradycji itd. i traktują jako nowoczesny wymysł - choć tak naprawdę nigdy się nad tym poważniej zastanawiały.



    Raczej nie rozgniewasz się na mnie za to zdanie. Z podniesioną ową przyjęłaś poprzedni mój wątek, to pewnie i ten choć bardzo brutalny: Weganizm NIE JEST fanaberią. Tylko dla wegan. Nie oceniam Twojego motywu. Oceniam odczuwanie z perspektywy wielu stron. Umiem wczuwać się w role najróżniejszych osób. Empatia. To że dałem kelnerce napiwek, nie daje mi prawa by wypruć jej żyły, bom klient. We wszystkim należy zachować umiar. Kelnerka przenigdy nie napluje do jadła klienta, który potraktował ją jak człowieka. Istotę myślącą, czującą i z godnością. Nie jak robota sterowanego przez komputer kwantowy.

  • Gość
    Starscream. W imię wolności słowa, zastrzegam sobie nie podawanie danych osobowych wtorek, 29 listopada 2011

    Nic więcej nie mogę dodać.

    Skoro nie zamierzasz patrzeć innymi oczyma jak wyłącznie wegan i zwierząt, bezcelowe jest dalsze naciskanie z mojej strony. Interes tych dwóch grup ponad wszystko i basta. Skoro w szpitalach jest tak jak mówisz, spełnienie Twojego zamówienia jest jeszcze bardziej czasochłonne i skomplikowane niż myślałem. W produkcji masowej nie ma miejsca na indywidualność. Gdyby wybór ortodoksyjnie wegańskich produktów był taki duży, nie byłoby tak trudno ich wydusić. Umiar przede wszystkim.

  • Urszula Zarosa
    Urszula Zarosa wtorek, 29 listopada 2011

    Umiar przede wszystkim?

    Nie bardzo rozumiem co to znaczy weganizm ortodoksyjny i jaki byłby np. nieortodoksyjny (może to już nie byłby weganizm?)

    Problem polega na tym, że moja postawa nikomu nie szkodzi,a wręcz ma maleńki wpływ na poprawę losu zwierząt, natomiast postawa osób o których wspominam (np. oszustów i frustratów) ma ogromny wpływ na jakość naszego życia. Parę postów poniżej napisałam o staraniach jakie wkłada Viva, czy nawet ja, by tą jakość życia wegan ulepszać, ale nie mam wpływu na to jak będą mnie traktowali ludzie - elementarna doza szacunku należy się każdemu bez względu na jego przekonania (zwłaszcza, gdy nie są to przekonania sprzeczne z ogólnie przyjętymi zasadami, a wręcz wyrażające większą niż przeciętna empatię i zaangażowanie).

  • Gość
    magda sylburska niedziela, 20 listopada 2011

    re Andrzej

    generalnie się z tobą zgadzam chociaż uważam że mocno przesadzasz wykreślając wszystkie sporty związane ze zwierzętami. Nie uważam żeby agility albo canicross jakkolwiek szkodziły zwierzętom, podobnie z jazda konna. Trzeba po prostu poszukac stajni szanującej prawa zwierząt.
    Podobnie rzecz się ma z zoo które są wogóle kontrowersyjnym tematem. Nie można na przykład odebrać zoom zasług z reintrodukcji i pomocy w przetrwaniu zagrożonym gatunkom.

  • Urszula Zarosa
    Urszula Zarosa niedziela, 27 listopada 2011

    Sporty z udziałem zwierząt.

    Wydaje mi się, że warto podjąć nieco dokładniejszą analizę tego tematu. Osoby, które zostały weganami z uwagi na interesy/prawa zwierząt mogły by np. zarzucić agility, traktowanie zwierząt przedmiotowo - mają np. zaspokoić ego i chęć zdobywania trofeów przez człowieka. W canicross, można by np. zarzucić osobom biorącym udział w zawodach, że zwiększają popyt na pewne gatunki psów (kupują określone rasy), zamiast opiekować się psami ze schronisk. W jeździe konnej używa się chociażby uzdy z wędzidłem- która nie jest zdaje się wielką przyjemnością dla konia (choć się do niej przyzwyczaja). Czasem nie chodzi więc jedynie o brak cierpienia zwierząt, ale również o ich autonomię, prawo do przyjemnego życia, bez konieczności zadowalania ludzi. To samo może tyczyć się ZOO, przywracanie gatunków może się odbywać w specjalnie tworzonych Sanktuariach, nie potrzebujemy do tego zamykania w klatkach wielu dzikich gatunków dla wątpliwych celów edukacyjno-rozrywkowych.
    Zapraszam więc do dokładniejszej analizy tego tematu, może na naszym blogu.

  • Urszula Zarosa
    Urszula Zarosa poniedziałek, 21 listopada 2011

    Ah te rośliny - a propos K. Forkasiewicz

    Rzeczywiście J. Sanbonmatsu potraktował problem poważnie. Ja troszkę go trywializuję, bo przypomina mi to argumentacje chociażby typu: wróżki istnieją, dzisiejsza nauka jeszcze nie jest w stanie tego dowieść, ale za kilkadziesiąt lat, jak technologia pójdzie do przodu, to okaże się, że od zawsze istniały, a my żyliśmy w wielkiej ignorancji. Oczywiście nie twierdzę, że nigdy nie dowiedziemy czucia, u roślin - jeśli coś mi rozsądek podpowiada, to z pewnością jest to sceptycyzm w kwestii wypowiadania sądów rozstrzygających. Problem w tym na ile będzie to relewantne moralnie, a właściwie na ile jest ważne już dziś, to czy rośliny okażą się zdolne do odczuwania i jakichś prostych stanów mentalnych. Pozostaniemy raczej wciąż w ramach debaty - kiedy możemy poświęcać jakiś żywy organizm w celu naszego przetrwania, oraz przed wyborem - tego organizmy, który najmniej ucierpi z powodu naszej decyzji.
    na tym ucierpi.

  • Urszula Zarosa
    Urszula Zarosa poniedziałek, 21 listopada 2011

    Z podziękowaniami - odp. Dorocie

    Bardzo dziękuję za komentarz. Celem napisania tego tekstu była właśnie po pierwsze chęć pokazania, że my weganie-wegetarianie istniejemy i to jako pokaźna grupa konsumentów, usługobiorców, z którą należy zacząć się liczyć. Chciałam też jednak by przeczytali go ludzie tacy jak ja, którzy po prostu muszą znosić opryskliwe osoby, czy to w postaci kelnerki,kucharza,lekarki,ekspedienta etc., w odpowiedzi nie na nasze kulinarne fanaberie, ale głębokie przemyślenia etyczne, które mają bardzo mocne ugruntowanie w faktach na temat współczesnego traktowania zwierząt. Ja jestem weganką od 10 lat, to naprawdę niedługo, ale zostałam wychowana w domu, w którym spożywa się mięso, więc o wyborze diety zdecydowałam dopiero w okresie dorastania. Obserwuję znaczną poprawę w dostępności produktów wegańskich nawet w małych miasteczkach, natomiast zbyt mało obserwuję świadomości tego czym zazwyczaj jest wegetarianizm/weganizm, jak ważnym i przemyślanym wyborem. (Większość wegetarian/wegan, których znam zostało nimi na skutek własnych przemyśleń i decyzji, nie z powodu urodzenia, kultury, religii; co wydaje mi się niezwykle ważne, bo świadczy o doniosłości tego stanowiska etycznego; choć oczywiście nie należy lekceważyć osób, które wybrały ten sposób żywienia z względów zdrowotnych, czy ekologicznych).

    Dziękuję za podzielenie się swoimi przemyśleniami.
    Ostatnio w celu ułatwienia życia wegańskim konsumentom zaczęłam tworzyć wegańskiego bloga, do którego współtworzenia serdecznie zachęcam: http://weganskiepysznosci.blogspot.com/" rel="nofollow">http://weganskiepysznosci.blogspot.com/

  • Gość
    Dorota poniedziałek, 21 listopada 2011

    znów Dorota

    Ojej, wpisałam się dwa razy, przepraszam:)
    My też staliśmy się wegetarianami ze względów etycznych i była to głęboko przemyślana decyzja. Zrobiliśmy to, gdy nasze dziecko miało już 4 lata, a my byliśmy naprawdę dorośli. Ze względu na rodzinę i jej troskę o małego człowieka - było ciężko... Nasz syn ma łatwiej - nie pamięta smaku mięsa, w związku z tym nie zna jedzenia innego, niż wegetariańskie (oczywiście na własnym talerzu:). Jednak my pomimo trudności nie żałujemy swojego wyboru, a dla syna taki sposób odżywiania jest oczywistością. Jest pełen uroku osobistego i zawsze umiał okręcić sobie wokół palca kucharki na wszelkich wycieczkach, obozach, w szkolnej stołówce, a nawet w przedszkolu. Napiszę Ci, bo to ciekawostka. W wieku 5 lat (we wrześniu) musieliśmy przenieść synka do innego przedszkola. Zaraz pierwszego dnia przy obiedzie oświadczył wychowawczyni, że "my w domu nie jemy mięsa, bo kochamy zwierzęta" (w poprzednim przedszkolu nie prosiliśmy o zmianę diety, bo i dla nas była ona nowością i nie chcieliśmy robić zamieszania). Pani zareagowała cudownie - zaraz po południu dopadła męża odbierającego dziecko i spytała, czy to prawda. Potwierdził, a wtedy ona sama obiecała, że nie będą mu podawać mięsa... Zdaję sobie sprawę, że wiele z tych dań nie spełniało wymogów wegetarianizmu, ale na początku lat 90-tych to i tak był wyczyn. Myślę, że jednak liczą się chęci i inicjatywa wychowawczyni w państwowym bądź co bądź przedszkolu. Nie masz pojęcia, jaka byłam dumna z naszego dziecka... Raz jeszcze pozdrawiam - D.

  • Gość
    Dominik bigoń poniedziałek, 21 listopada 2011
  • Urszula Zarosa
    Urszula Zarosa niedziela, 27 listopada 2011

    Nie takie znowu wegańskie

    Niestety nie wszystkie przepisy są wegańskie, więc nie mogę polecić Pana strony niestety i już się z niej wypisałam.
    Natomiast na stronie Stowarzyszenia Empatia znajdziemy całą listę blogów z wegańskimi przepisami: http://empatia.pl/przepisy" rel="nofollow">http://empatia.pl/przepisy POLECAM!

  • Gość
    piotrek jaworski środa, 23 listopada 2011

    urażone uczucia

    dochodzi obszar przekazów werbalnych i wizualnych tak silnie oddziałujących na emocje. cała przestrzeń publiczna jest nimi wręcz naszpikowana. programy kulinarne o sposobach ćwiartowania mięsa, bilbordy z hiper realistycznymi zdjęciami schabu w promocji, reklamy przypraw do mięsa i z mięsa, dzieci delektuje się jogurtami, kobiety w skórzanych płaszczach, ludzie odgryzający na ulicy wielkie kęsy kebabu - wymieniać można w nieskończoność.
    Jeśli weganizm nie jest tylko dietą ale postawą i światopoglądem proszę zwrócić uwagę na ile sposobów urażane są uczucia weganina.

  • Urszula Zarosa
    Urszula Zarosa niedziela, 27 listopada 2011

    Nie taki znowu weganin wrażliwy ;)

    Wydaje mi się, że nie o to chodzi, by te przejawy okrucieństwa wobec zwierząt traktować w kategoriach emocji zwierząt. Możemy się czuć źle traktowani, gdy ktoś nas poucza, nie bierze naszych przekonań pod uwagę itd. Natomiast kwestia otaczającej nas rzeczywistości epatującej śmiercią zwierząt, raczej winna być rozpatrywana nie z perspektywy urażania uczuć wegan, lecz ogromu krzywd jaka dzieje się zwierzętom.

  • Urszula Zarosa
    Urszula Zarosa niedziela, 27 listopada 2011

    poprawka

    Z jakiegoś powodu nie mogę poprawić poprzedniego wpisu. Pierwsze zdanie miało brzmieć: "Wydaje mi się, że nie o to chodzi, by te przejawy okrucieństwa wobec zwierząt traktować w kategoriach emocji wegan."

  • Gość
    Marta Magrean środa, 23 listopada 2011

    Świetny artykuł

    Miałam podobną sytuację, jak Ty, w kafeterii studenckiej. Kiedy pytałam, czy jest jakaś potrawa wegańska, najpierw było wielkie zdziwienie, po wytłumaczeniu i przestudiowaniu menu pani mnie poinformowała, że jest rollo z warzywami, które nie ma sera... Przyszło z serem na zewnątrz i w środku, dodatkowo polane sosem majonezowym. Kiedy odesłałam, dostałam tym razem bez sera i sosu, ale z twarogiem w środku... Tragedia... Czy my naprawdę prosimy o coś niemożliwego?
    Dodatkowo pytanie - co jest nie tak z fryturą? Pracowałam w restauracjach i z tego co wiem, frytura jest w 100% na olejach roślinnych (palmowy lub rzepakowy).
    I czy mogłabym prosić o jeszcze jedno? Ja sama jestem ovo-wegetarianką i zawsze mnie zastanawiało, czemu weganie nie jedzą jajek, nawet tych od kur z wolnego wybiegu. Mogłabyś mi wytłumaczyć?

    Aha, na marginesie - Małgorzata Desmond na wykładzie o weganizmie powiedziała, że w Wielkiej Brytanii w szpitalach jest dostępna opcja wegańska i nie na zasadzie fanaberii, tylko jest tam takie prawo. Warto też wspomnieć o możliwości zamówienia wegańskiego posiłku w samolotach niektórych linii. :) To tak, żeby było pozytywniej.

  • Urszula Zarosa
    Urszula Zarosa niedziela, 27 listopada 2011

    Frytura i jajka

    Frytura może (choć nie musi) zawierać tłuszcze odzwierzęce np. wieprzowe. W większości miejsc używa się palmowej, ale warto za każdym razem pytać. (Kupowałam kiedyś frytki, w którym dopiero za 3 razem pani poinformowała mnie, że korzystają z frytury niewegańskiej, poprzednie 2 mnie okłamywano, więc polecam uważać).

    Najprościej na temat jajek: http://img859.imageshack.us/img859/3345/tabelajajka.jpg" alt="http://img859.imageshack.us/img859/3345/tabelajajka.jpg" />
    Powyższy rysunek jest częścią świetnego artykułu na ten temat, który bardzo serdecznie polecam:
    http://www.ferma.viva.org.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=131&Itemid=1" rel="nofollow">http://www.ferma.viva.org.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=131&Itemid=1

  • Gość
    Jakub Sulkowski czwartek, 31 maja 2012

    jajko

    mam pytanie ktore nasunelo mi sie po obejrzeniu tej tabelki. Czy nie zalezone jajko to kura czy nie zaplodniony kurzy period?

  • Gość
    Jarek VeganSpirit Zawisza środa, 23 listopada 2011

    PTW - jest potrzebne :)

    W większości miejsc gdzie "coś" w sprawie postrzegania weganizmu się zmienia istnieje instytucja pod tytułem Vegan Society lub jego lokalne odpowiedniki (nawet w Etiopii!)... A u nas jak nie było tak ni ma, jeśli już w ogóle jakiś polak kojarzy z czymkolwiek weganizm... to jedynie z hałaśliwymi manifestacjami ulicznymi pod auspicjami obdartych ze skóry stworzeń :(
    "Mięso to morderstwo" a i owszem ale co zamiast? Ludzie żeby nas docenić potrzebują kompleksowej propozycji odnośnie zmiany stylu życia... nie każdy jest "empatykiem" z natury, ba myślę nawet że jest nas mniejszość w takim razie co z całą resztą? Czy oni nie mają szansy na weganizm? Czy powołanie do życia organizacji certyfikującej żywność i inne produkty oraz zajmującej się promocją weganizmu jako stylu życia dla każdego a nie tylko jako radykalna postawa obrońców praw zwierząt to naprawdę fanaberie? Mam już serdecznie dosyć maili z propozycją zakładania 666-tej organizacji obrony praw zwierząt (a wierzcie mi dostałem ich już trochę przez wszystkie te lata) niechże ktoś wreszcie zainteresuje się prawami wegan!!! Pewnego dnia nieopatrznie wypowiedziałem się w pewnej dyskusji że warto by było stworzyć jakieś polskie certyfikaty przynajmniej żywności... i jakież było moje zdziwienie kiedy zostałem zgromiony za swa wypowiedź i naprostowany słowami że skoro my mieliśmy ciężko to czemu młodzi mają mieć lżej :(
    No sorki ale w moim mniemaniu taka postawa to kompletna żenada i jeszcze setki lat miną, zanim ktokolwiek zacznie traktować nas poważnie jeśli sami nie chcemy innym pomóc w przechodzeniu na weganizm to czego oczekujemy od innych?
    z serdecznym Go Vegan jarek ♥
    ps. Piotrek znowu się z Tobą zgadzam, celna uwaga ;)

    Odpowiedz Anuluj
  • Krzysztof Saja
    Krzysztof Saja czwartek, 24 listopada 2011

    prawa wegan

    Mam już serdecznie dosyć maili z propozycją zakładania 666-tej organizacji obrony praw zwierząt (a wierzcie mi dostałem ich już trochę przez wszystkie te lata) niechże ktoś wreszcie zainteresuje się prawami wegan!!!

    Pomysł mi się bardzo podoba. Myślę, że weganie powinni iść w tę stronę i starać się zmienić postawy ludzi na fali "antydyskryminacyjnej" i "praw mniejszości". (Choć moim zdaniem te "fale" często mają bardziej perswazyjny niż merytoryczny charakter). Ja jestem przykładem takiej nieempatycznej istoty: przyznaję rację weganom, lecz nie mam motywacji (wystarczających emocji) aby walczyć osobiście z uciążliwością opisaną w artykule.

  • Urszula Zarosa
    Urszula Zarosa niedziela, 27 listopada 2011

    DUŻO DOBRYCH POMYSŁÓW z małą siłą przebicia

    No więc ciągle podejmowania są starania, by ułatwić życie weganom.

    Fundacja Viva! wprowadziła np. znak jakości, którym certyfikuje produkty wegetariańskie i wegańskie, ale jeszcze nie rozwinęła dostatecznie tej kampanii:
    1) http://vege.com.pl/znak-jakosci-vege" rel="nofollow">http://vege.com.pl/znak-jakosci-vege

    Aby ułatwić ludziom przejście na weganizm Fundacja Viva! stworzyła specjalny program:
    2) http://www.zostanwege.pl/" rel="nofollow">http://www.zostanwege.pl/

    Fundacja Viva! prowadzi także świetny Magazyn Vege - w którym co miesiąc można znaleźć mnóstwo artykułów pomocnych dla wegan, już na samej stronie magazynu znajdziemy wiele cennych wskazówek:
    3) http://vege.com.pl/zdrowie-2/jak-czytac-weganska-piramide.html" rel="nofollow">http://vege.com.pl/zdrowie-2/jak-czytac-weganska-piramide.html

    Jak już wspomniałam Stowarzyszenie Empatia stworzyła stronę z linkami do blogów z całą masą wegańskich przepisów:
    4) http://empatia.pl/przepisy" rel="nofollow">http://empatia.pl/przepisy

    Dla ułatwienia życia konsumentów stworzyłam dwa blogi, które dopiero się rozwijają:
    Gdzie kupić wegańskie produkty: http://weganskiepysznosci.blogspot.com/" rel="nofollow">http://weganskiepysznosci.blogspot.com/
    Wegańskie kosmetyki: http://weganskiekosmetyki.blogspot.com/" rel="nofollow">http://weganskiekosmetyki.blogspot.com/

    Oczywiście przydało by się Vegan Society w Polsce, no ale zbyt mało mamy aktywistów, większość osób, która ma realny czas na działania skupia się na pierwszych potrzebach - jakimi są doraźna pomoc katowanym zwierzętom, interwencje, adopcje itd. W społeczeństwach takich jak np. UK, organizacje mają więcej ochotników, mogą zatrudniać więcej osób do pracy a tym samym prężniej działać.

    Fundacja Viva! zrobiła w ostatnich latach ogromny postęp w swoim działaniu, więc myślę, że jest naprawdę coraz lepiej.

  • Gość
    Aneta Ky. czwartek, 24 listopada 2011

    Weganka abstynentka = co ty masz z życia?:)

    Pisałam pracę mgr o Społecznej percepcji wegetarianizmu w średniej miejscowości. Wyniki badań: oficjalnie nikt nic nie ma przeciwko ale nie rozumie po co (moda?) i sam nie zamierza zrezygnować z mięsa. Oczywiście odpowiedzi wymuskane i poprawne politycznie:) Teraz jestem weganką i abstynentką - to dopiero ciekawe w społeczeństwie polskim zjawisko!:) Pytana jestem często co mam z życia odpowiadam: To co Wy, ta samą rzeczywistość, tylko mocniej, piękniej i bardziej świadomie. Kto ma uszy niechaj słucha, kto ma oczy niechaj patrzy:)

  • Krzysztof Saja
    Krzysztof Saja czwartek, 24 listopada 2011

    magisterka

    A dobra jest ta praca magisterska? Może warto byłoby ją opublikować jako ebook lub we fragmentach na naszym blogu? (będziemy niedługo wydawali takie ebooki w serii "Debiuty Etyki Praktycznej". Jest wiele ciekawych prac magisterskich itd., które marnują się w szufladach)

  • Gość
    Jakub Sulkowski czwartek, 31 maja 2012

    weganka abstynentka

    Ha, to ci rzeczywiscie zjawisko, jakbys dolozyla do tego jeszcze "ateistka" to smialo moglbym powiedziec , ze idzie na lepsze :)

  • Gość
    Aneta piątek, 01 czerwca 2012

    :)

    Hej, dziwniej jeszcze - po wyprawie do Indii, gdzie szukałam swojej drogi nawróciłam się na...Chrześcijaństwo:) Tylko nie takie smutne tylko ŻYWE i naprawdę jestem szczęśliwa.
    Obecnie jestem w ciąży i chwilowo zmieniłam weganizm na wegetarianizm (bardzo zmienił mi się smak i większość zamienników mi nie smakuje) no ale wszystko przede mną. Nadal popieram weganizm całym sercem.
    Pozdrawiam!

  • Gość
    Aneta Ky. czwartek, 24 listopada 2011

    Aneta Ky

    Nie mi oceniać, niby na 5:) podaj adres e-mail to wyślę.

  • Krzysztof Saja
    Krzysztof Saja piątek, 25 listopada 2011

    adres

    Jak w stopce: redakcja@etykapraktyczna.pl

  • Gość
    Kasia Wilk czwartek, 24 listopada 2011

    Jest lepiej

    Ja jestem wegetarianka od 10 lat, od 6 abstynentką a od miesiąca witarianką. Także pisałam pracę mag dotyczącą wege, na temat postrzegania wegetarian przez najbliższe środowisko. Moje decyzje były przemyślane i świadome ale droga długa i kreta. Przebijanie się przez stereotypy i powtarzane naście lat temu poglądy towarzyszą mi na co dzień, jednak sytuacja ulega poprawie.

  • Krzysztof Saja
    Krzysztof Saja piątek, 25 listopada 2011

    magisterka

    A dobra jest ta praca magisterska? Może warto byłoby ją opublikować jako ebook lub we fragmentach na naszym blogu? (będziemy niedługo wydawali takie ebooki w serii "Debiuty Etyki Praktycznej". Jest wiele ciekawych prac magisterskich itd., które marnują się w szufladach)

    Jeśli praca jest dobra to można ją nam podesłać: redakcja@etykapraktyczna.pl

    Odpowiedz Anuluj
  • Gość
    Hubert R czwartek, 24 listopada 2011

    Hubert

    Marta M: odnośnie jajek, pójdę na łatwiznę i wkleję cytat z http://humanemyth.org/cagefree.htm" rel="nofollow">http://humanemyth.org/cagefree.htm (polecam stronę):

    "Hens used for egg production come from hatcheries, where male chicks (none of which can lay eggs) are killed immediately after hatching. Each year, hundreds of millions of these vulnerable beings are suffocated or ground up alive to produce fertilizer or feed.

    Chickens used to produce eggs, including eggs labeled "cage-free," have their beaks forcibly mutilated to minimize the damage they cause each other when crowded together.

    At all farms, large-scale and small-scale, laying hens are killed when their production declines, typically within two years, as feeding these worn-out individuals cuts directly into profits. Often the bodies of "spent" hens are so ravaged that no one will buy them, and they are ground into fertilizer or just sent to a landfill.

    If allowed to live free of exploitation and slaughter, chickens can live ten years or more. They protect, feed, and nurture their young, just like other animals."

  • Gość
    Marta Magrean piątek, 25 listopada 2011

    Hubert R - dzięki

    Dzięki za informację. :) Ja mam to szczęście, że mam dziadka, który hoduje kurki i ma do tego nioski, więc jestem pewna, że kury są pod dobrą opieką, nie mają obcinanych dziobów i na pewno nie są zabijane.
    Pozdrawiam

  • Gość
    Adam Hajduk,170808 środa, 30 listopada 2011

    Mocny argument ;-)

    Jak tak czytam Twoją uwagę,że jedzenie mięsa zwierząt jest dla Ciebie jak jedzenie mięsa ludzkiego,to myślę sobie,że do wielu osób dotarłoby,czym jest "fanatyzm" wegański,gdybyś im zaproponowała,że masz zaprzyjaźnionego Wietnamczyka,który na zapleczu swojego sklepu prowadzi mini restaurację dla innych imigrantów z Azji,i że zapraszasz ich na zupkę z pieska, zaznaczając przy tym,że podobno jest bardzo zdrowa.

  • Gość
    Aleksandra C niedziela, 11 grudnia 2011

    B12

    Od jakiegoś czasu myślę nad przejściem nad weganizm, jednak cały czas jedna kwestia nie daje mi spokoju. Mianowicie witamina B12. Z wielu źródeł wyczytałam, że trzeba ją suplementować będąc na diecie wegańskiej, z uwagi na możliwość wystąpienia niedoboru z powodu nie jedzenia nabiału.
    Kłóci się we mnie strona etyczna i zdrowotna, tzn. boleść nad wykorzystywaniem krów i kur vs. przekonanie, że dieta nie jest zdrowa jeśli koniecznością jest jakakolwiek suplementacja.
    Widzę, że są tu mądrzy ludzie znający się na rzeczy, więc proszę o oświecenie. :D

  • Urszula Zarosa
    Urszula Zarosa niedziela, 11 grudnia 2011

    b12

    Najlepszym źródłem opinii na temat witaminy b12 jest oczywiście Vegan Society: http://www.vegansociety.com/lifestyle/nutrition/b12.aspx" rel="nofollow">http://www.vegansociety.com/lifestyle/nutrition/b12.aspx
    W krótkim podpunkcie: "A natural, healthy and compassionate diet" - w skrócie ujęta dlaczego weganie decydują się na suplementację witaminy b12.

    Zastanawiałam się kiedyś nad tą naturalnością, ale dla mnie wygrała troska o los zwierząt. Witamina b12 pochodzi z mikroorganizmów obecnych w brudnej wodzie, czy glebie, którą zwierzęta spożywają przy okazji karmienia. Człowiek pije dziś jedynie oczyszczoną wodę i je czyste pokarmy, higieniczny tryb życia pozbawił go opcji na zdobywanie b12 inaczej niż przez jedzenie mięsa. Zauważ, że np. jedno jajko zawiera 0.33μg wit. b12 czyli 6% zapotrzebowania. Pomyśleć ile jajek w ciągu dnia trzeba by zjeść, żeby otrzymać jej wystarczającą ilość, tak samo wypić co najmniej 3 szklanki mleka dziennie. To by było dopiero nienaturalne. Coraz częściej samo mięso zawiera mało b12 z uwagi na pestycydy używane w hodowli zwierząt.
    b12 w tabletce czy fortyfikowanym jedzeni pochodzi z mikroorganizmów, nie widzę różnicy między tym, czy najpierw zje je zwierzę , a potem ja zjem zwierzę, czy dostanę te organizmy od razu, np. w płatkach śniadaniowych fortyfikowanych, mleku sojowym, czy suplemencie.

  • Urszula Zarosa
    Urszula Zarosa niedziela, 11 grudnia 2011

    p.s.

    Tzn. różnica jest, ostatnie zdanie jest niefortunne. Bo wybierając weganizm wybieramy nie tylko krótszą drogę, ale etyczną.

  • Gość
    Darek Raszyński czwartek, 29 grudnia 2011

    B12 — bardzo logiczny wywód!

    Wielce interesujący artykuł i komentarze, aż miło było czytać. Dziękuję :D

    Co do meritum:
    — weganizm jest elitarny,
    — jest częścią etosu inteligenckiego,
    — głosi prymat kultury i etyki nad naturą (naturą rozumianą potocznie i powszechnie jako wyraz "plebejskiej mądrości").

    Stąd rozumiem niechęć i frustracje jakie wywołuje roszczeniowy osobnik — ortodoksyjny (a może być inny?) weganin, tropiący łojowe frytury i żelatynowe otoczki ;)

    Rozumiem tę niechęć, nie pochwalam, ale cóż, taka jest zawsze mniejszości dola.
    Zamiast kłótni czy uświadamiających tyrad wybieram zrozumienie, uśmiech i suchą bułkę (z multiwitaminowym napojem ma się rozumieć, ach ta nieszczęsna B12!).

    Pozdrawiam
    :)
    Darek

  • Yvonne Aleksandrowicz
    Yvonne Aleksandrowicz niedziela, 22 stycznia 2012

    Najważniejsza etyka - wewnętrzne poczucie racji.

    Z wielką przyjemnością czytam ową dyskusję, ale czasami mam wrażenie, że zachodzi pewne zagubienie/niezrozumienie pojęć.
    Autorka przedstawia problemy ludzi, którzy po przestudiowaniu, przemyśleniu lub bazując na emocjach, odrzucili spożywanie produktów odzwierzęcych ze względów etycznych.
    To, co zamierzam napisać, może być odebrane jako prowokacja i głupie szukanie dziury w całym. Zacznę więc od tego, iż przestałam jeść mięso mając lat 11. Tak, może to i śmieszne, ale będąc na wsi i wracając ze spacerów nie mogłam pogodzić oczu krów, ich łez (spokojnie, proszę przyjąć to słowo jako neutralne emocjonalnie [swoją drogą do tej pory nie znalazłam publikacji wyjaśniającej ten fenomen u ssaków - pomijając ludzi i czysto mechaniczną reakcję biologiczną]0 oraz tego, co miałam na talerzu. Przechodziłam przez wiele etapów. Dopiero pojawiały się nazwy diet, które dla mnie jednak nie były dietami tylko wyborami etycznymi. Obecnie nadal nie jem mięsa. Moje stanowisko jednakże może wydać się dla niektórych przerażające... Do rzeczy.
    Jem tylko to, co mogę zabić samodzielnie bez wyrzutów sumienia oraz wykorzystać wszystkie elementy owego bytu bez obrzydzenia. Przykładowo, jeśli jest to ryba, łowię ją i nie odwracam się z obrzydzeniem od łbów lecz wykorzystuję wszystko, co w danym momencie jest mi potrzebne do utrzymania biologicznej kontynuacji mojego "istnienia". Mam to szczęście, że mogę dokonywać wyborów - jest to trudne i uciążliwe, co zostało już napisane, ale nie niemożliwe. Spojrzałam jednak na sytuacje z trochę innej perspektywy i zrodził się problem.
    Dla mięsożerców nie powinien istnieć problem spożywania przysmaków z gatunku homo sapiens. Podążając za smakiem, patrząc na przeludnienie, coraz większe aspiracje dlaczego kanibalizm, dość rozpowszechniony w naturze, budzi tak wielkie kontrowersje?
    Dobrze, zapewne usłyszę w odpowiedzi, że to "nieludzkie"...
    To znaczy? Osobiście jestem przeciwna rasizmowi gatunkowemu. Ludzie jedzą krowę, niedźwiedzie rozsmakowują się w ludziach. Gatunki zjadają siebie nawzajem również wśród przedstawicieli siebie samych. Jeżeli więc nie ma poczucia niemoralności w zjedzeniu krowy czemu jest w zjedzeniu człowieka?
    Nie, nie myślę tu o "farmie ludzkiej" lecz normalnej kolei rzeczy, kiedy ci, którzy są zdrowi i giną w wypadkach zamiast stawać się pożywieniem dla smakoszy, "zaludniają" przestrzeń tych, co chcą żyć jak najlepiej...
    Odrzućmy element religijny. Nie przedstawiono dotąd skutecznego dowodu czy i kto posiada duszę. Skupmy się więc na racjonalnych przesłankach...
    Już słyszę, że priony, że choroba kuru, ale każde mięso odpowiednio przygotowane nie stanowi zagrożenia epidemiologicznego. Nie ukrywajmy, stajemy się padliną. Wszystko jedno czy to konina, wołowina czy "ludzizna". Osobiście nie miałabym nic przeciwko temu, żeby zatwardziały mięsożerca po mojej śmierci i przebadaniu mnie, pobraniu wcześniej narządów, poeksperymentowaniu w celach medycznych, przyrządził sobie ze mnie kotlet, parówkę czy gulasz. Czym różni się moje mięso od mięsa psa dla mieszkańców Azji? Że zabijanie. Dobrze, jestem egzystencjalnym sceptykiem i stwierdzam, że już się nażyłam. Popełniam najmniej szkodliwy dla późniejszej obróbki sposób samobójstwa i jestem cała wasza.
    Nie wysyłajcie mnie do psychiatry, nie w tym rzecz. Chcę zrozumieć, dlaczego z lubością zjecie polędwice z krowy, która odczuwała, ale nie była w stanie wyrazić swojej woli a odrzuci was na świadomość, że to jest najprzedniejszy fragment mojego truchła, które przed śmiercią życzyło wam smacznego?
    Powtórzę, nie jest to prowokacja, nie jest zachęta do zabójstw oraz łamania prawa (kanibalizm jest zakazany), nie znalazłam jednak do tej pory dyskursu prowadzonego z tego puntu widzenia etyki.
    Argumenty ciągłości kulturowej są dla mnie równie sprzeczne i łatwe do podważenia.
    Jeżeli temat ten odbiega od głównego nurtu - wybaczcie, ale do tej pory wegetarianie oraz weganie przedstawiają swoje argumenty, mięsożercy swoje, natomiast nikt nie zająkną się na właśnie ten temat...
    Mięsożercy, człowiek w smaku przypomina renifera, jest lekko słodkawy, w zależności od sposobu życia może mieć ciekawe akcenty smakowe (vide masowane sake krowy) i przy okazji rozwiązuje to problemy przeludnienia a przecież większość ludzi chce żyć i cmentarze MOGĄ się wydawać zbyteczne.

  • Yvonne Aleksandrowicz
    Yvonne Aleksandrowicz niedziela, 22 stycznia 2012

    Najważniejsza etyka - wewnętrzne poczucie racji.

    Z wielką przyjemnością czytam ową dyskusję, ale czasami mam wrażenie, że zachodzi pewne zagubienie/niezrozumienie pojęć.
    Autorka przedstawia problemy ludzi, którzy po przestudiowaniu, przemyśleniu lub bazując na emocjach, odrzucili spożywanie produktów odzwierzęcych ze względów etycznych.
    To, co zamierzam napisać, może być odebrane jako prowokacja i głupie szukanie dziury w całym. Zacznę więc od tego, iż przestałam jeść mięso mając lat 11. Tak, może to i śmieszne, ale będąc na wsi i wracając ze spacerów nie mogłam pogodzić oczu krów, ich łez (spokojnie, proszę przyjąć to słowo jako neutralne emocjonalnie [swoją drogą do tej pory nie znalazłam publikacji wyjaśniającej ten fenomen u ssaków - pomijając ludzi i czysto mechaniczną reakcję biologiczną]0 oraz tego, co miałam na talerzu. Przechodziłam przez wiele etapów. Dopiero pojawiały się nazwy diet, które dla mnie jednak nie były dietami tylko wyborami etycznymi. Obecnie nadal nie jem mięsa. Moje stanowisko jednakże może wydać się dla niektórych przerażające... Do rzeczy.
    Jem tylko to, co mogę zabić samodzielnie bez wyrzutów sumienia oraz wykorzystać wszystkie elementy owego bytu bez obrzydzenia. Przykładowo, jeśli jest to ryba, łowię ją i nie odwracam się z obrzydzeniem od łbów lecz wykorzystuję wszystko, co w danym momencie jest mi potrzebne do utrzymania biologicznej kontynuacji mojego "istnienia". Mam to szczęście, że mogę dokonywać wyborów - jest to trudne i uciążliwe, co zostało już napisane, ale nie niemożliwe. Spojrzałam jednak na sytuacje z trochę innej perspektywy i zrodził się problem.
    Dla mięsożerców nie powinien istnieć problem spożywania przysmaków z gatunku homo sapiens. Podążając za smakiem, patrząc na przeludnienie, coraz większe aspiracje dlaczego kanibalizm, dość rozpowszechniony w naturze, budzi tak wielkie kontrowersje?
    Dobrze, zapewne usłyszę w odpowiedzi, że to "nieludzkie"...
    To znaczy? Osobiście jestem przeciwna rasizmowi gatunkowemu. Ludzie jedzą krowę, niedźwiedzie rozsmakowują się w ludziach. Gatunki zjadają siebie nawzajem również wśród przedstawicieli siebie samych. Jeżeli więc nie ma poczucia niemoralności w zjedzeniu krowy czemu jest w zjedzeniu człowieka?
    Nie, nie myślę tu o "farmie ludzkiej" lecz normalnej kolei rzeczy, kiedy ci, którzy są zdrowi i giną w wypadkach zamiast stawać się pożywieniem dla smakoszy, "zaludniają" przestrzeń tych, co chcą żyć jak najlepiej...
    Odrzućmy element religijny. Nie przedstawiono dotąd skutecznego dowodu czy i kto posiada duszę. Skupmy się więc na racjonalnych przesłankach...
    Już słyszę, że priony, że choroba kuru, ale każde mięso odpowiednio przygotowane nie stanowi zagrożenia epidemiologicznego. Nie ukrywajmy, stajemy się padliną. Wszystko jedno czy to konina, wołowina czy "ludzizna". Osobiście nie miałabym nic przeciwko temu, żeby zatwardziały mięsożerca po mojej śmierci i przebadaniu mnie, pobraniu wcześniej narządów, poeksperymentowaniu w celach medycznych, przyrządził sobie ze mnie kotlet, parówkę czy gulasz. Czym różni się moje mięso od mięsa psa dla mieszkańców Azji? Że zabijanie. Dobrze, jestem egzystencjalnym sceptykiem i stwierdzam, że już się nażyłam. Popełniam najmniej szkodliwy dla późniejszej obróbki sposób samobójstwa i jestem cała wasza.
    Nie wysyłajcie mnie do psychiatry, nie w tym rzecz. Chcę zrozumieć, dlaczego z lubością zjecie polędwice z krowy, która odczuwała, ale nie była w stanie wyrazić swojej woli a odrzuci was na świadomość, że to jest najprzedniejszy fragment mojego truchła, które przed śmiercią życzyło wam smacznego?
    Powtórzę, nie jest to prowokacja, nie jest zachęta do zabójstw oraz łamania prawa (kanibalizm jest zakazany), nie znalazłam jednak do tej pory dyskursu prowadzonego z tego puntu widzenia etyki.
    Argumenty ciągłości kulturowej są dla mnie równie sprzeczne i łatwe do podważenia.
    Jeżeli temat ten odbiega od głównego nurtu - wybaczcie, ale do tej pory wegetarianie oraz weganie przedstawiają swoje argumenty, mięsożercy swoje, natomiast nikt nie zająkną się na właśnie ten temat...
    Mięsożercy, człowiek w smaku przypomina renifera, jest lekko słodkawy, w zależności od sposobu życia może mieć ciekawe akcenty smakowe (vide masowane sake krowy) i przy okazji rozwiązuje to problemy przeludnienia a przecież większość ludzi chce żyć i cmentarze MOGĄ się wydawać zbyteczne.

  • Gość
    Wegański "burak"? niedziela, 08 lipca 2012

    Pan Bóg dał nam pożywienie, diabeł kucharzy i dietetyków.

    Z dużym zainteresowaniem przeczytałem powyższe wypowiedzi.
    Jeśli idziesz do restauracji i Twoja obecność przyczynia się do nerwowości personelu to jesteś dużego kalibru egoistą.
    Wymuszając na kelnerce swoje wegańskie racje ani na jotę nie przybliżysz "bezmięsności".
    Co uzyskasz, no swoje danie + porcje ptialiny i bakterii próchniczych.

    Kilka osób napisało że ma problemy z "lekarstwami bez otoczek żelowych".
    Ludzie, weganie, przecież zdrowo jecie!
    Pomijając kwestię urazogennych wypadków nie masz prawa chorować.
    Uważasz się za "weganina" i przytrafiają się Tobie choroby, to znaczy że jesteś niedouczony.
    Kłania się Kuchnia chińska i jej Pięć przemian.

    Czy rośliny czują?
    W artykule "Małpie dialogi" wykazano że można porozumieć się i porozmawiać z naczelnymi.
    Podchodzisz do grządki i krzyczysz, Ty marchewka. Ona nic. Trącasz ją motyczką, ona nic.
    Pochylasz się, łaps za nać i do góry. Ona nic.

    Wikipedia-marchew zwyczajna.
    Biologia i ekologia
    Roślina dwuletnia, hemikryptofit. W klimacie umiarkowanym w pierwszym roku wegetacji roślina tworzy różyczkę liści oraz gruby korzeń. W drugim roku z korzenia wybija łodyga z kwiatostanem, roślina wytwarza nasiona zużywając zawarte w korzeniu substancje zapasowe i obumiera.

    Marchewka ŻYJE, gdy ją wykopujesz jesienią.

    Nie słyszysz rzężenia marchewki?
    To jest kwestia czasu, znajdą odpowiednią technologie by wymienić poglądy z marchwią.

    Weganinie jeśli gryziesz marchewkę i z wyższością patrzysz na jedzącego kurczaka z rożna, to wiedz że jesteś gorszy od niego.
    On zjada martwą materię, ty "pożerasz" żywą istotę.
    On zjada mięso kury która krótko cierpiała, ty przyczyniasz się do niewyobrażalnego cierpienia.

    To co robić?
    Jem mięso źle, jem warzywa nie wiele lepiej.
    Nie odkrywać Ameryki, została dawno temu odkryta.

    Księga Rodzaju (1-29)
    I rzekł Bóg: "Oto wam daję wszelką roślinę przynoszącą ziarno po całej ziemi i wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie: dla was będą one pokarmem.

    Tu na Ziemi jest to najidealniejszy, najbardziej moralny sposób odżywiania.
    Masz ochotę na jabłko nie idziesz po siekierę, gdy masz ochotę na chleb nie pozbawiasz życia łanu pszenicy.
    Weganinie, jesz inaczej niż Bóg przykazał?
    Weganinie przestań być hipokrytą.

  • Gość
    Diana środa, 25 czerwca 2014

    bzdury

    Czy alergik w restauracji także jest egoistą? Albo osoba z wrzodami żołądka ?
    Jak można porównywać zjedzenie marchewki do jedzenia zwierząt?

  • Gość
    m4cav sobota, 29 czerwca 2013

    Kosmetyki...

    Od jakiegoś czasu szczęśliwie zauważam wzrost zainteresowania tematem wege/vegan przez firmy produkujące kosmetyki , lecz nie potrafię się przekonać do nich . W głębi serca ciągle mam przekonanie że to produkt uboczny koncernów mający na celu opanowanie dodatkowej luki w potrzebach rynku . Ratunku poszukuje w małych firmach stworzonych i prowadzonych przez osoby z odpowiednim , podobnym do mojego spojrzeniu na świat jak choćby Zielone Laboratorium , którzy wiedzą że veganizm to nie tylko jedzenie ale także styl ubierania się a nawet dbania o ciało . Jak widać powoli świat robi się przyjaźniejszy dla nas ...

  • Gość
    . piątek, 07 marca 2014

    Taki drobiazg.

    Ale frytura jest roślinna przecież.
    Pierdoła, wiem, ale zazwyczaj frytura nie ma nic odzwierzęcego.

  • Gość
    Iwona czwartek, 27 marca 2014

    Byłam weganką, jestem wegetarianka

    Przez przypadek znalazłam ten artykuł w internecie. Oddaje on wszystko to, co czuję i z czym muszę się zmagać. Jestem wegetarianką i pragnę przejść na weganizm. Przez kilka miesięcy przestrzegałam wszystkich reguł wegańskich. Weganizm jest zgodnym z moim wnętrzem. To co spowodowało, że się poddałam to niesprzyjający świat zewnętrzny. Ciężko było w nim funkcjonować jako weganka. Nadal próbuję wrócić do weganizmu, jednak jest to dla mnie trudne. Całe dnie (nawet weekendy) spędzam poza domem. Wstaję rano i wracam późnym wieczorem. Największy problem mam, kiedy chcę coś zjeść na mieście. Do wyboru mam tylko "jabłko i gruszkę".

Zostaw komentarz

Gość sobota, 02 sierpnia 2014
Blog Naukowy Etyk Praktycznej

Aktywne grupy

Brak aktywnych grup.