Sumienie Abrahama

Dodane przez w w Sumienie

Rembrandt: Abraham i IzaakCzasami możemy znaleźć się  w sytuacji, w której nasze przekonanie na temat tego, co uważamy za swój obowiązek będzie niezgodne z powszechnie uznaną zasadą moralną. Mówi się wtedy, że sumienie nie daje nam przyzwolenia na coś, co zgodnie z tą zasadą powinniśmy uczynić.  Zdarzyć się tak może nawet wówczas, gdy w pełni będziemy zdawać sobie sprawę, że zgodne z sumieniem postępowanie – w przeciwieństwie do postępowania zgodnego z regułą moralną – doprowadzi do krzywdy i cierpienia niewinnych istot ludzkich. Wydaje się, że w takiej sytuacji musimy dać pierwszeństwo etyce i bezwzględnie zastosować się do zaleceń formułowanych przez zasady moralne. Choć trudno w to uwierzyć, jednak są osoby które sądzą, że nawet w takich okolicznościach winniśmy pozostać wierni własnym przekonaniom.

Najbardziej znanym przykładem takiego zachowania jest opisana w Starym Testamencie historia Abrahama i Izaaka:

… Bóg wystawił Abrahama na próbę. Rzekł do niego: „Abrahamie!” A gdy on odpowiedział: „Oto jestem” – powiedział: „Weź twego syna jedynego, którego miłujesz, Izaaka, idź do kraju Moria i tam złóż go w ofierze na jednym z pagórków, jakie ci wskażę.” Nazajutrz rano Abraham osiodłał swego osła, zabrał z sobą dwóch swych ludzi i syna Izaaka, narąbał drzewa do spalenia ofiary i ruszył w drogę do miejscowości, o której mu Bóg powiedział. Na trzeci dzień Abraham, spojrzawszy, dostrzegł z daleka ową miejscowość. I wtedy rzekł do swych sług: „Zostańcie tu z osłem, ja zaś i chłopiec pójdziemy tam, aby oddać pokłon Bogu, a potem wrócimy do was”. Abraham, zabrawszy drwa do spalenia ofiary, włożył je na syna swego Izaaka, wziął do ręki ogień i nóż, po czym obaj się oddalili.

Izaak odezwał się do swego ojca Abrahama: „Ojcze mój” A gdy ten rzekł: „Oto jestem, mój synu” – zapytał: „Oto ogień i drwa, a gdzie jest jagnię na całopalenie?” Abraham odpowiedział: „Bóg upatrzy sobie jagnię na całopalenie, synu mój”. I szli obydwaj dalej. A gdy przyszli na to miejsce, które Bóg wskazał, Abraham zbudował tam ołtarz, ułożył na nim drwa i związawszy syna swego Izaaka położył go na tych drwach na ołtarzu. Potem Abraham sięgnął ręką po nóż, aby zabić swego syna.

 Ale wtedy Anioł Pański zawołał do niego z nieba i rzekł: Abrahamie, Abrahamie!” A on rzekł: „Oto jestem”. [Anioł] powiedział mu: ”Nie podnoś ręki na chłopca i nie czyń mu nic złego! Teraz poznałem, że boisz się Boga, bo nie odmówiłeś Mi nawet twego jedynego syna”.[1]

Aby uwolnić tę przypowieść od niezrozumiałych racji supranaturalistycznych, dla których została uknuta opisana w niej intryga, i pozbawić ją choć części metafizycznej wiarygodności, jaka cechuje Pismo Święte, należałoby pokrótce opowiedzieć ją raz jeszcze jako typowo ludzką tragedię, tj. historię o ojcu, który z powodu własnych przekonań religijnych zamierzał zabić własnego syna. Choć zdajemy sobie sprawę, że opisuje ona w pełni bezpieczny sprawdzian, jakiemu Bóg poddaje jednego z ludzi, jednak nie możemy zapominać, że z punktu widzenia uwikłanego w nią Abrahama rzeczy mają się zupełnie inaczej: dla niego to nie jest gra, lecz rzeczywisty problem, gdyż chodzi o życie jego syna.

Tok narracji mógłby wyglądać na przykład tak:

Pewnego razu człowiek o imieniu Abraham usłyszał głos, który nakazał mu zabić własnego syna. Nie miał najmniejszej wątpliwości, że polecenie to pochodzi od Boga, którego od dawna czcił i miłował. Skierowane pod jego adresem żądanie sformułowane było stanowczo, jednak w sposób nadzwyczaj lapidarny; oprócz informacji o miejscu, w którym zbrodnia miała zostać popełniona, nie zawierało ani wyjaśnienia, dlaczego zostało wyrażone, ani uzasadnienia dla dokonania tak odrażającego czynu. Abraham nie wykazał zainteresowania powodami, dla których Bóg sformułował takie niecodzienne żądanie, nie poprosił go o cofnięcie tego nakazu ani też nie wykonał żadnego gestu i nie powiedział niczego takiego, z czego można by wnosić, że jest zdumiony czy oburzony, i że polecenia tego nie wykona. Tak naprawdę nie wiemy nawet, czy był nim zaskoczony i czy przyjął je z pokorą czy też z gniewem.

Pomimo, iż data zabójstwa nie została określona, przystąpił do wykonywania prowadzących do niego czynności już następnego dnia rano. Co robił w nocy, która poprzedzała te przygotowania? Nie wiadomo. Mógł spokojnie spać, ale też mógł zdesperowany i przygnębiony chodzić wiele godzin po pokoju i ubolewać nad tym, że zabije własnego syna, a gdy wreszcie zasnął śniły mu się same koszmary.

Podróż na miejsce, w którym miał dokonać tej okrutnej zbrodni trwała aż trzy dni, jednak nic konkretnego nie możemy powiedzieć o jej przebiegu. Ciekawe, czy ojciec i syn rozmawiali ze sobą i żartowali, czy też Abraham cały czas uparcie milczał? A może było tak, że Izaak zadawał jakieś pytania o swoją lub ich wspólną przyszłość, może radził się ojca, jak ma kierować swoim dalszym życiem, i był zdziwiony, że ten nie odpowiada a jedynie bezmyślnie wpatruje się w pusty horyzont?

Abraham skrzętnie ukrywał rzeczywisty cel ich wędrówki zarówno przed towarzyszącymi mu służącymi, jak i przed swoim synem. Nie należy się jednak temu dziwić. Żadnemu ojcu nie byłoby łatwo dzielić się z innymi ludźmi informacją, że niebawem zabije własne dziecko. Nikt też nie może rozumnie przypuszczać, że byłoby łatwo powiedzieć o tym własnemu dziecku. Z tego właśnie powodu zmuszony był dwukrotnie kłamać. Pierwszy raz, gdy przed wyruszeniem na miejsce zbrodni zapewniał swoich służących, że po oddaniu Bogu hołdu powrócą obydwaj z synem. Drugi raz, gdy utwierdzał syna w błędnym przekonaniu, że idą tam głównie po to, aby złożyć Bogu ofiarę z owcy.

Po przybyciu na miejsce Abraham bez słowa związał zdziwionego jego zachowaniem Izaaka, ułożył go na przygotowanych do podpalenia szczapach drewna, które wcześniej kazał mu dźwigać, i wyjął specjalnie przygotowany na tę okazję nóż aby zrobić to, co zamierzał – zabić własnego syna!

Tak opowiedziana historia zamierzonej, lecz niedokonanej, zbrodni z pewnością wzbudzi grozę u każdego, kto potrafi wyobrazić sobie, jak mocne i głębokie uczucia miłości i oddania można żywić wobec własnych dzieci. Ci natomiast, którzy na postępowanie Abrahama patrzą wyłącznie z punktu widzenia jego rodzicielskich zobowiązań nie będą prawdopodobnie mogli powstrzymać się od moralnej dezaprobaty, albo doświadczą dużo bardziej gwałtownych emocji, które nazywane są niekiedy mianem odrazy moralnej. Nie przesadzę chyba jeśli powiem, że gdybyśmy tę historię opowiedzieli w taki sposób dzieciom, miałyby one podobne odczucia.

Wszyscy jednak od pokoleń przyzwyczajeni jesteśmy do interpretacji teologicznej,  zgodnie z którą historia ta opisuje przede wszystkim próbę wiary, na jaką Bóg wystawił oddanego mu człowieka. Polecenie uśmiercenia Izaaka, jak i konsekwentnie zmierzające do jego realizacji postępowanie Abrahama, nie mają w tej perspektywie dramatycznej wymowy, gdyż są częścią większego, i co ważniejsze, metafizycznego planu, który w żadnej z możliwych sekwencji zdarzeń nie przewiduje realnej tragedii. To, iż o tym wiemy powoduje, że słuchając o mających miejsce wydarzeniach nie skupiamy się bezpośrednio na postępowaniu Abrahama – na tym, na przykład, jakie motywy leżały u podstaw jego zachowania – ani na skutkach, do których ono nieuchronnie prowadzi, lecz głównie na fenomenie jego bezgranicznej ufności wobec racji stojących za nakazem uśmiercenia jego syna, których przecież do końca nie rozumiał, i na bezosobowych kwestiach natury normatywnej: czy powinien spełnić wyznaczone warunki subordynacji zakładanym kosztem oraz czy nakazy autorytetu moralnego mogą mieć w tej sytuacji priorytet względem ludzkiego dobra i powszechnie przyjętych zasad moralnych. Z tego punktu widzenia Abraham przedstawiany jest najczęściej jako przykład zasługującego na naśladowanie teisty, który swoją uległością wobec woli prawodawcy dowodzi prymatu wiary nad dobrem innego człowieka. Dla wielu chrześcijan jego postępowanie jest godne najwyższej aprobaty głównie dlatego, że zdecydował się wykonać boskie zalecenie pomimo tragicznych konsekwencji, jakie miały go spotkać z tego powodu.

Jak to się jednak dzieje, że człowiek, który chciał zabić własnego syna wydaje się nam nagle moralnym ideałem? Mechanizm prowadzący do takich wniosków jest stosunkowo prosty i polega na dokonanym niepostrzeżenie odwróceniu hierarchii wartości. Zamiast wskazywać na zło, jakim jest pozbawienie życia Izaaka, eksponuje się głównie krzywdę, którą w wyniku tego doznaje Abraham. To powoduje, iż niektórzy łatwo nabierają przekonania, że z moralnego punktu widzenia mamy tu do czynienia przede wszystkim z dramatem Abrahama, gdyż to on rozgrywa główną partię i bierze na siebie całe brzemię cierpień i odpowiedzialności, natomiast to, co ma się przytrafić Izaakowi jest w porównaniu z tym jakby mniej istotne, a na dodatek stanowi tylko jeden z licznych problemów, z którymi musi zmagać się jego ojciec. Próbka tego rozumowania wygląda na przykład tak:

… jeśli nawet nakaz Boga okaże się ex post jedynie „kuszeniem”, stawia on w owym momencie Abrahama na rzeczywistym „rozdrożu miłości”, na którym musi on stoczyć samotną walkę nie tylko o to, by ocalić uwikłane w kolizję wartości: życie swego jedynego syna, wiarę swego syna w Boga, a w końcu przecież i przychylność Boga dla siebie .… . Abrahamowi nie chodziło więc wyłącznie o ocalenie fizyczne życia „syna obietnicy”. Chodziło mu o coś nieporównanie ważniejszego: o ocalenie życia większego niż fizyczne, o uratowanie wiary swojej i wiary Izaaka w dobrego, świętego Boga, wiary w miłość Boga….[2]

Z fragmentu tego jasno wynika, że ostatecznym celem Abrahama nie było uratowanie życia własnego syna, lecz doprowadzenie do utrzymania przez nich obu wiary w dobroć prawodawcy, który skazuje Izaaka na śmierć i wymaga od Abraham, aby wykonał czyn, przeciwko któremu przemawia jego ojcowska miłość i znane mu zasady moralne.

Myślenie takie rodzi jednak trudne do rozwiązania problemy. Pierwszy związany jest z zakładaną reakcją psychologiczną Abrahama na tego rodzaju żądanie. Niektórzy mogą bowiem  zadawać sobie pytanie, czy możliwa byłaby jego niezachwiana wiara w dobroć Boga, który świadomie stawia go w takim położeniu. Innymi słowy, czy z psychologicznego punktu widzenia można w wiarygodny sposób zakładać, że ojciec, który kocha własnego syna będzie mógł jednocześnie żywić szczere przekonanie o dobroci tego (nawet jeśli nie należy on do rodzaju ludzkiego), kto bez jakiegokolwiek uzasadnienia nakazuje mu go zabić? Odpowiedź pozytywna wydaje się niezgodna z naszą wiedzą o mechanizmach funkcjonowania ludzkiej psychiki; jest również kontrintuicyjna. Gdyby jednak jakimś trafem zdarzyło się tak, że pewna osoba w podobnej sytuacji potrafiłaby uczynić zadość tym niemożliwym, wydawałoby się, do spełnienia warunkom, to wszyscy bylibyśmy z pewnością zdumieni jej zachowaniem i prędzej czy później doszlibyśmy do przekonania, że ma ono znamiona głębokiej patologii.

Problem drugi jest bardziej istotny, gdyż dotyczy sposobu, w jaki przebiega przedstawione rozumowanie. Otóż, nie jest do końca jasne na jakiej podstawie można zakładać, że Abrahamowi „chodziło o to lub owo” albo, że „miał on taki lub inny cel”. Prawdziwość tego typu przypuszczeń moglibyśmy ustalić stosunkowo łatwo, gdyby wyraził na ten temat jakąkolwiek opinię. Ponieważ tego jednak nie zrobił, pozostaje nam zatem jedynie domniemywanie na ten temat na podstawie tego, co czynił. Każdy, kto zna Stary Testament wie jednak, że to, co zostało tam powiedziane o jego zachowaniu nie może w żadnym wypadku literalnie uzasadniać tezy, że „chodziło mu o uratowanie wiary swojej i wiary Izaaka w dobrego Boga”. Nie ma tam bowiem niczego, co mogłoby o tym świadczyć, gdybyśmy doszli do słusznego wniosku, że na pewno nie przemawia za tym szybkość, z jaką zabrał się do wykonania nakazu Boga, ani też wykazywana konsekwencja i skrupulatność w dążeniu do celu.

Ponadto, czy rzeczywiście mamy myśleć, że Abrahamowi „nie chodziło wyłącznie” o ocalenie syna? Gdyby tak faktycznie było, to można by przypuszczać, że mogło mu również i o to chodzić. Ale na jakiej podstawie możemy snuć takie przypuszczenia, skoro z jego postępowania jednoznacznie wynika, że nie blefował i że naprawdę zamierzał go zabić?

Niektórych błędów można uniknąć, gdy zmieni się opisany bieg wydarzeń. Uczynił tak Kierkegaard przedstawiając własne, odbiegające od oryginału, uzasadnienie dla sposobu, w jaki Abraham dążył do zachowania wiary Izaaka:

Abraham … rzekł: „Głupi chłopcze, czy myślisz, że jestem twoim ojcem? Jestem czcicielem bałwanów. Myślisz, że to z rozkazu Boga? Nie, to dla mojej zachcianki”. … Zadrżał wtedy Izaak i zawołał przerażony: „Boże w niebiosach, zmiłuj się nade mną, nie mam ojca na ziemi…”. Ale Abraham powiedział w duchu: „… przecież lepiej jest, by myślał, że ja jestem nieludzki, niż gdyby miał przestać wierzyć w Ciebie” .[3]

Teatr, który Abraham odgrywa przed synem, ma według Kierkegaarda dowodzić, że nie było mu rzeczą obojętną jak głęboka będzie wiara Izaaka w momencie śmierci, i że doszedł najwyraźniej do wniosku, iż lepiej posłużyć się kłamstwem niż obserwować, jak przeobraża się ona w rozpacz lub być świadkiem jej całkowitego zaniku. Świadczy jednak dobitnie również o tym, że życie Izaaka nie stanowiło dla niego wartości na tyle dużej, aby przewyższyć, czy choćby nawet zrównoważyć, wartość własnego posłuszeństwa wobec nakazu idola.

Aby zrozumieć postępowanie Abrahama kluczową sprawą wydaje się określenie motywów, które leżały u podstaw jego decyzji. Gdyby wynikała ona jedynie z woli spełnienia skierowanego pod jego adresem nakazu dla samego nakazu, to nie wiadomo byłoby dlaczego mielibyśmy uważać, że uosabia on moralny ideał wiary. Serwilizm, choć bywa przyczyną ludzkich dramatów, nigdy nie konstytuuje moralnego paradygmatu, ani – tym bardziej – bohaterstwa czy heroizmu. Decyzja ta nie może również wynikać ze zdolności do samodzielnej refleksji moralnej, ani z szacunku wobec zewnętrznie istniejących powinności, albowiem na poziomie teologicznym postępowanie takie byłoby niemożliwym do zaakceptowania symbolem bezwzględnego prymatu etyki nad wiarą, natomiast z metaetycznego punktu widzenia stanowiłoby mocny argument na rzecz autonomii samej etyki. W tej perspektywie Bóg nie stanowi już jednak wartości moralnych; co gorsze, nie może ich również poręczać – ani jako najbardziej wiarygodny ekspert, ani jako jedyna uprawniona do tego istota.        

Jeśli nie chcemy podejrzewać Abrahama o immoralizm, to musimy w końcu postawić pytanie o to, jaki przeżywa dramat. Każdy, kto uznaje moralną doniosłość jego postępowania, lecz sprzeciwia się twierdzeniu, że ma ona swoje źródło jedynie w posłuszeństwie wobec boskiego nakazu, musi w tej sytuacji odrzucić zarówno tezę, że istotą dramatu Abrahama jest konflikt między tym, co dyktuje mu jego ojcowska miłość do syna a tym, co wymaga od niego Bóg, jak również i to, że jest nią rozdźwięk między boskim nakazem a – uznawanymi również przez niego – zasadami moralnymi.    

Aprobata tego, co Abraham robi w celu zadośćuczynienia woli Boga wymaga, aby nie było różnicy między treścią nakazu a tym, co – także według niego –  jest moralnym obowiązkiem, jak  również między treścią nakazu a tym, co czuje do syna jako ojciec. Jego dramat nie może polegać zatem na walce z boskim nakazem uśmiercenia Izaaka, bo byłaby to również walka z własną wiarą i moralnym autorytetem nakazodawcy, lecz na walce o uznanie tego nakazu i o ten właśnie autorytet. Przyjmując bez zastrzeżeń wyrok na syna, Abraham postępuje według własnych przekonań na temat tego, co w tej sytuacji jest jego moralnym obowiązkiem. Tym samym można przyjąć, iż uznaje, że powinien go zabić.

Istotą dramatu Abrahama może być zatem rozdźwięk między miłością ojcowską do syna a tym, co dyktowało mu sumienie lub rozdźwięk między sumieniem a tym, co dyktowały mu zasady moralne. Nigdy nie dowiemy się, jaki konflikt miał faktycznie miejsce. Opisane w Księdze Rodzaju postępowanie Abrahama dowodzi jednak niezbicie, że w rozgrywce tej ani uczucia ojcowskie, ani zasady etyczne nie okazały się na tyle mocne, aby przeważyć głos jego sumienia. Jeżeli uznamy, że działanie, które podjął, było świadome i przemyślane, to możemy założyć, że nie tylko sądził, iż jego obowiązkiem jest zabicie syna ale również, że ma moralny obowiązek to uczynić jeśli tak właśnie sądzi. W ten sposób staje się jasne, że usiłując zabić syna nie sprzeniewierzył się swoim przekonaniom, ani nie pogwałcił swej autonomii. Postępował po prostu pod wpływem własnego sumienia[4].

Jego żarliwa wiara uniemożliwia jednak przypuszczenie, że samodzielnie doszedł on do przekonania, iż powinien pozbawić Izaaka życia; z tych samych powodów uniemożliwia też twierdzenie, że przekonanie to nabył niezależnie od skierowanego pod jego adresem nakazu takiego właśnie postępowania. Wszystko wskazuje na to, że Abraham działał zgodnie z

regułą sumienia heteronomicznego, która zakłada, że każdy ma moralny obowiązek wykonać czynność x, kto w swoim sumieniu uważa, że wykonanie x jest jego obowiązkiem, pod warunkiem, że obowiązek ten istnieje zewnętrznie i ma charakter bezosobowy, bądź też został ustanowiony albo poręczony przez jakiś zewnętrzny autorytet moralny.

Kierując się tak rozumianym sumieniem nie stosował się do nakazów czy zasad postępowania jedynie z tej racji, że są to nakazy autorytetu moralnego czy obiektywnie istniejące zasady moralne. Uniknął w ten sposób zarzutu o posiadanie podszytego strachem pragnienia spełnienia nakazu dla samego nakazu, albowiem wynikający z niego obowiązek moralny wiązał go zasadniczo poprzez jego własne przekonania, tj. od wewnątrz. Choć postępował zgodnie z sumieniem, to jednak w ostatecznym rozrachunku posłuszny był nie sobie samemu, lecz wielbionemu przez siebie Bogu, którego nakaz zabicia Izaaka zinternalizował tak skutecznie, że w niedostrzegalny dla siebie sposób uczynił z niego nie tylko treść własnego sądu, ale również moralny akt własnej woli.    

Osoby postępujące – jak Abraham – pod wpływem sumienia heteronomicznego traktowane są często jako jeden z najważniejszych dowodów na to, że antynomia zewnętrznego autorytetu, który narzuca swoją wolę i oczekuje bezwzględnego posłuszeństwa, oraz sumienia działającego podmiotu może być pozorna. Stanowić to powinno ostrzeżenie zarówno dla tych, którzy uważają, że każdy z nas ma moralne przyzwolenie, aby wykonać czynność, którą w swoim sumieniu uważa za swój obowiązek, jak i, szczególnie, dla tych, którzy zgodne z sumieniem działanie uważają za przedmiot obowiązku, a samo sumienie za najwyższą instancję w hierarchii władz moralnych. Jeśli przyjmuje się bowiem, że moralnie dozwolone jest postępowanie według przekonań o tym co powinniśmy czynić, nawet gdy przekonania te nie są usprawiedliwione żadnymi innymi racjami poza faktem ich stanowienia bądź poręczenia przez własne sumienie, to w odniesieniu do osób postępujących pod wpływem sumienia heteronomicznego może to oznaczać moralne przyzwolenie na czynienie przez nich rzeczy, które są przedmiotem każdego skierowanego pod ich adresem żądania lub nakazu, bez względu na to czego on dotyczy i jaki jest jego moralny status.

Zdeterminowanie i konsekwencja Abrahama w dążeniu do realizacji tak nikczemnego celu nie mogą być moralnie uzasadnione ani wielkością jego wiary, ani tym bardziej asercją jego sądów o dobroci istoty, która cel ten wyznaczyła. Uznając, że ma obowiązek zabić syna, a następnie postępując zgodnie z tym przekonaniem dowiódł, jak niebezpieczne i nieodwołalne konsekwencje może mieć bezgraniczne zaufanie wobec doskonałości własnych autorytetów i wynikające stąd przeświadczenie o słuszności tego, co się później samemu czyni. Przypadek ten uczy nas, że ludzie tacy jak Abraham, kierujący się w swoim postępowaniu heteronomicznym sumieniem, zdolni są wykonać każde, nawet najbardziej zbrodnicze polecenie, jeśli wyda im je ktoś, kogo mogą uznać za wystarczająco wiarygodnego idola.      

[1] Pismo Święte, Poznań-Warszawa 1994, s. 40

[2] T. Styczeń, Etyka niezależna, Lublin 2012, t. 2, s. 291

[3] S. Kierkegaard, Bojaźń i drżenie. Choroba na śmierć, Warszawa 1969, s. 9

[4] T. Styczeń, Etyka niezależna…, s. 293; K. Kiciński, Rozkaz – zabić, w: Bóg, szatan, grzech, t. 2: „Dzieje grzechu, obszary grzechu”, red. J. Kurczewski, W. Pawlik, Kraków 1992, s. 108

 

Profesor Uniwersytetu Szczecińskiego, kierownik Zakładu Etyki Instytutu Filozofii US. Autor kilku książek naukowych z dziedziny metaetyki i etyki praktycznej
Spodobał Ci się artykuł? Subskrybuj biuletyn i podziel się z innymi!
URL Trackback dla tego wpisu na blogu

Komentarze

  • Gość
    Piotr środa, 13 lutego 2013

    Być może Abraham od początku wiedział, że Bóg mu nie pozwoli zabić syna?

    Interpretację historii Abrahama znam w dwóch wersjach. Pierwsza, najpopularniejsza, do której nawet Pan się odwołuje, pochodzi od Kierkegaarda. Drugą, mniej znaną i nieco bardziej kontrowersyjną, zaproponowała (a może tylko rozpowszechniła?) amerykańska filozofka Eleonore Stump. Miałem okazję słuchać wykładów pani Stump na KULu i jej zdaniem na historię Abrahama należy spojrzeć znacznie szerzej - powinniśmy cofnąć się do opowieści o niewolnicy Hagar i jej synu - Izmaelu. Warto też wcześniej pamiętać jak wyglądała relacja Abrahama z Bogiem. Wbrew pozorom nie była to relacja niewolnik - Pan; Abraham zwykł się z Bogiem o pewne rzeczy wykłócać (z tego co pamiętam, to np. o epizod ze zniszczeniem Sodomy), pertraktował, miewał wątpliwości - przed "incydentem" z poświęceniem syna, wydawał się całkiem rozsądnym gościem.

    Jak wiemy z Biblii Sara nie mogła mieć dzieci. W wyniku różnych melodramatycznych perypetii, Abraham zapłodnił Hagar - ich niewolnicę. I tak urodził się Izmael. Nieco później Bóg obiecał Abrahamowi, że Sara zajdzie w ciążę i zapoczątkuje "królewską linię". Mimo wątpliwości obojga (wszak jedno i drugie było już w podeszłym wieku), tak się rzeczywiście stało i na świat przyszedł Izaak. Jednak Izmael dokuczał ponoć Izaakowi, jak to dzieci, a Sara się o to wściekała i kazała Abrahamowi wygnać Hagar wraz z Izmaelem (co w tamtych okolicznościach sprowadzało się właściwie do skazania ich na śmierć). Abraham z oczywistych względów nie bardzo chciał to zrobić, więc skonsultował się w tej sprawie z Bogiem. Ten mu powiedział, żeby słuchał żony, przy czym zapewnił również Abrahama, że zaopiekuje się jego synem oraz Hagar. No i Bóg dotrzymał słowa - przynajmniej tak twierdzi Biblia.

    O historii z Izmaelem warto pamiętać w kontekście "ofiary Izaaka", ponieważ pokazała ona Abrahamowi, że Bóg jest, nie wiem, godny zaufania. Że Bóg wie co robi i dotrzymuje słowa - obiecał Abrahamowi i Sarze, że będą mieli dziecko - i tak się stało, obiecał, że zaopiekuje się Hagar - i tutaj dotrzymał słowa. W chwili, gdy Bóg nakazał Abrahamowi złożyć w ofierze swojego syna, można założyć, że Abraham pamiętał również o obietnicy Boga, że Izaak zapoczątkuje królewski ród - wszak gdyby Izaak zginął, z królowania nici - z tego mogłoby wynikać, że Abraham po prostu wiedział, że Bóg mu w kluczowym momencie zabić syna po prostu nie pozwoli. Nie jestem zbyt dobry w wyciąganiu teologicznych wniosków, ale takie ujęcie "testu wiary", jako próba zrobienia czegoś, co jest niesłuszne, wierząc przy tym, że Bóg i tak "nie pozwoli mi tego zrobić", wprowadza nieco subtelności w motywację Abrahama. No, nie zmienia to faktu, że w oczach Izaaka jego ojciec pewnie nie wyglądał jak wzór cnót. Ale to już inna opowieść.

    Przepraszam za dłużyzny i pozdrawiam.,
    PB

    Odpowiedz Anuluj
  • Wojciech Zieliński
    Wojciech Zieliński niedziela, 17 lutego 2013

    Pewnie, że filozofia może zająć się wszystkim

    Link do tego artykułu (Sumienie Abrahama) oraz mój komentarz pozwoliłem sobie zamieścić tutaj: http://wojciechzielinski.blogspot.com/2013/02/pewnie-ze-filozofia-moze-zajac-sie.html;

    cyt.:
    Pewnie, że filozofia może zająć się wszystkim
    ale też, że nie wszystko w filozofii się zmieści.


    (I na niewiele zdadzą się wytłuszczenia w tekście i tym podobne retoryczne zabiegi, by przekonać odbiorców, że być może inaczej).
    ________________
    Napisane na marginesie artykułu Mirosława Rutkowskiego, pt. Sumienie Abrahama, zamieszczonego na stronie “Etyki Praktycznej” (http://etykapraktyczna.pl/wpis/2013/02/13/sumienie-abrahama).

    Ale lepszy komentarz napisano już tutaj: 1 Kor 1, 17-31…


    Z poważaniem,
    Wojciech Zieliński
    ............................
    Zapraszam na stronę
    http://wojciechzielinski.pl

  • Krzysztof Hubaczek
    Krzysztof Hubaczek poniedziałek, 03 czerwca 2013

    sumienie a moralność

    Cały artykuł opiera się na jednym, aczkolwiek w moim przekonaniu wysoce wątpliwym założeniu: iż poprzez "sumienie" należy rozumieć coś innego niż "subiektywne poczucie powinności". Stąd pojawią się w tekście przeciwstawianie sumienia regułom moralnym. Jeśli dobrze rozumiem, przeciwstawienie to nie sprowadza sie jedynie do przeciwstawienia tego co subiektywne, temu co obiektywne (jak subiektywne rozpoznawanie normy moralnej można by przeciwstawiać samej tej normie). Tymczasem, jestem przekonany, że jeśli byśmy zapytali Kowalskiego, czy kieruje sie raczej sumieniem czy poczuciem obowiązku moralnego, respondent byłby skonsternowany, gdyż nie widziałby żadnej różnicy. Stawiam tezę, iż większość użytkowników języka mówiąc: "kieruję sie w życiu sumieniem" ma na myśli dokładnie "staram się robić to co jawi mi się jako moralnie słuszne".

    W kontekście powyższej uwagi teza artykułu: "Jeśli przyjmuje się bowiem, że moralnie dozwolone jest postępowanie według przekonań o tym co powinniśmy czynić, nawet gdy przekonania te nie są usprawiedliwione żadnymi innymi racjami poza faktem ich stanowienia bądź poręczenia przez własne sumienie, to w odniesieniu do osób postępujących pod wpływem sumienia heteronomicznego może to oznaczać moralne przyzwolenie na czynienie przez nich rzeczy, które są przedmiotem każdego skierowanego pod ich adresem żądania lub nakazu, bez względu na to czego on dotyczy i jaki jest jego moralny status." jest niespójne, a dokładniej mówiąc niespójne jest w tym kontekście mówienie o nakazie sumienia o nieznanym statusie moralnym. Wymóg zas dodatkowego potwierdzania racji ("przekonania te nie są usprawiedliwione żadnymi innymi racjami poza faktem ich stanowienia bądź poręczenia przez własne sumienie") - uderza on właściwie w każdą intuicję etyczną, która nie jest (aktualnie) dyskursywnie uzasadniona przez podmiot.

    A co do casusu samego Abrahama... myślę, że wiele osób (w tym niżej podpisany) byłoby skłonnych w pierwszym odruchu raczej powiedzieć, iż zabicie syna przez Abrahama oznaczałoby brak sumienia, a nie jego wyraz.

  • Gość
    Izabela Korzeniowska wtorek, 20 października 2015

    Izabela Korzeniowska

    Artykuł ciekawy, choć tendencyjny, bo sugeruje wniosek: Abraham był zły, bo był bezgranicznie posłuszny Bogu. Oczywiście cała ta sytuacja jest bardzo trudna zarówno z perspektywy Abrahama, jak i jego syna - Izaaka. Uważam jednak, że pomijamy pewien ważny aspekt tego zdarzenia, a mianowicie nie wiemy, jakie myśli miał Abraham. Naturalnie na pewno był w rozpaczy i postępował wbrew sobie (jako ojcu), ale mógł także mieć nadzieję na miłosierdzie Boga. Na górę Moria szedł z synem 3 dni i myślę, że to były najtrudniejsze dni w jego życiu, a co robi człowiek oddany Bogu w obliczu trudności? Modli się. Myślę, ze on także żarliwie modlił się i prosił Boga o zachowanie życia jego syna. Co jak wiemy z dalszego ciągu tej historii, zostało wysłuchane.

Zostaw komentarz

Gość środa, 24 maja 2017
Blog Naukowy Etyk Praktycznej

Aktywne grupy

Brak aktywnych grup.