Konflikty moralne: Bóg

Dodane przez w w Religia

Nie róbcie ze mnie taniego demona. Ja będę po stronie porządku ludzkiego (i nawet po stronie Boga, choć nie wierzę) aż do końca moich dni; także umierając (Gombrowicz W., Dziennik 1957-1961)

Stworzeni na podobieństwo Boga, jak chce tego Kościół rzymskokatolicki, jesteśmy gatunkiem, przede wszystkim, społecznym, być może gdzieś w dalszym planie – boskim. Oddajmy jednak cesarzowi to, co cesarskie, a Bogu to, co boskie. W ogóle może nie mieszajmy w to Boga, bo on albo istnieje, albo nie istnieje, a wszystko zależy od tego, kim jesteśmy i w co wierzymy. Nie mamy dowodów na istnienie Boga, co nie oznacza, że Boga nie ma – mamy wtedy „wiarę w niewiarę”. Zostaje błędne koło, absurd, który najlepiej, jak dla mojego „ego”, określił J. P. Sartre – „Absurdem jest to, żeśmy się urodzili, i absurdem to, że umrzemy”. Boga trzeba w to wszystko wmieszać, to on, jeśli wierzyć komukolwiek lub czemukolwiek jest odpowiedzialny za, żeby wyjąć pierwszy lepszy przykład z rękawa, katastrofę II wojny światowej. Nie musimy jednak patrzeć wstecz, sięgać po podręcznikowe przykłady z historii i sypać krucjatami, epidemiami, krwawymi rewolucjami i wojnami – wystarczy, że włączymy telewizor lub uruchomimy przeglądarkę „Internet Explorer”. Historia dzieje się na naszych oczach, współczujemy i łączymy się w bólu z ofiarami rodzin niedawnego trzęsienia ziemi w Turcji, współweselimy się z Libijczykami po śmierci autorytarnego władcy-Kaddafiego oraz dajemy przykład Tunezji, też na nowej drodze życia do demokratyzacji państwa. I wszędzie Bóg i nasze ulubione „izmy” – to taki nasz mały romantyzm, konieczność dziejowa, że cierpimy; że w lesie katyńskim nasz odwieczny wróg wymordował polskich oficerów, a kilkadziesiąt lat później w Smoleńsku, nieopodal Katynia, z przyczyn wiadomych runął państwowy samolot z parą prezydencką na pokładzie.
     Niezależnie od tego, co „się” dzieje, wszędzie spotykamy Boga. Ktoś walczy o „słuszną sprawę” w jego imieniu, jest przekonany, że tego chciał Bóg, że taka jest jego wola. Że „my” stoimy po stronie „prawdy” oraz „dobrego”, „oni” po ciemnej stronie „fałszu” oraz „złego”. Bo przecież przez nasze usta przemawia Bóg, a przez inne diabeł, szatan, zły duch i zwał, jak zwał. Problem tylko na pozór banalny. Włącza się bowiem we współczesne konflikty moralne – te konflikty moralne to człowiek, człowiek, który swoje czyny usprawiedliwia niekiedy „chceniem” Boga albo zbywa aksjomatycznym zdaniem: taka jest wola Boga, to jego tajemnica, której my, śmiertelnicy, nigdy nie zrozumiemy, gdyż nie możemy równać się z boskością. Musimy jednak wierzyć, bo jak chciał tego B. Pascal, nic nie tracimy, a możemy jedynie zyskać – przebaczenie win i życie wieczne.
     Nie da się zaprzeczyć, że Watykan znajduje się obecnie w ślepym zaułku, bo albo „taka jest wola Boga” i trudno walczyć z wiatrakami, albo „wola człowieka”. Zarówno ta pierwsza, jak i druga przesłanka traktująca o tym, że „coś” się dzieje w wyniku ręki Boga albo decyzji człowieka, ma się nijak do samego człowieka – stworzenia myślącego, stawiającego trudne pytania. Gdyby wyjść z religijnego założenia, że Bóg wszystko wie i przenika nasze myśli – bo w końcu jego atrybutem jest wszechwiedza i wszechmoc – trzeba wskazać pewną niedorzeczność, antytezę, gdzie jedno zdanie wyklucza drugie. W dość obiektywny i dosadny sposób ujął to, niestety już nieżyjący, Wacław Mejbaum: „Po trzecie: nie bój się Boga. To znaczy: w Boga można wierzyć albo mu ufać. Wybierz to drugie. Jeśli Mu ufasz, to On albo cię kocha, albo ma Cię w dupie. W obu przypadkach nie ma sprawy. Jeżeli zaś w Niego wierzysz, to musisz dopuścić, że Bóg jest sadystą, który cieszy się cudzym bólem. Będzie zatem smażyć Cię w smole przez całą rozległą [Erenburg] wieczność. No cóż, mówi się: trudno. Znajdziesz zawsze dość czasu, aby Bogu współczuć” (fragment „Testamentu”). Możemy rzecz jasna ufać Bogu, swoim życiem dawać świadectwo życia Jezusa Chrystusa i głosić „dobrą nowinę” o życiu wiecznym. Wystarczy przyjąć wiarę oraz praktykować „to i owo”, czyli niedzielna, przynajmniej, wizyta w Kościele i przyjmowanie wszystkich kościelnych sakramentów. Życie w raju mamy jak w banku, wystarczy że wszyscy będziemy Hiobami, i mimo że los doświadcza cierpieniem i bólem, nie należy bluźnić wobec Boga i mu złorzeczyć, bo On ma plan-życzenie. A cierpieć musimy...
     Cierpieć musimy i tępym, chłodnym okiem przyglądać się tak zwanemu cierpieniu niezawinionemu, bo przecież nasi protoplasci, Adam i Ewa, zgrzeszyli, zbuntowali się przeciw Bogu, za co zostali wygnani z Edenu. W tym miejscu kwestia odpowiedzialności zbiorowej – jeżeli „ja” jest odpowiedzialne za grzech wobec Absolutu, to analogicznie możemy poprowadzić wniosek, że współczesne Niemcy odpowiedzialne są za katastrofę II wojny światowej i dalej będziemy pałać nienawiścią do naszych zachodnich sąsiadów. Czy możemy zatem mierzyć ludzi równą miarą?     Próbę usprawiedliwienia Boga za istniejące zło podjął w XVII wieku niemiecki filozof – Gottfired W. Leibniz. Jego teodycea opiera się na przekonaniu, że Bóg stworzył świat najlepszy z możliwych. Bóg, jak wiemy z Pisma Świętego, jest miłością, wszystko, co istnieje, jest przez Boga – miłość jest z Boga i przez Boga („Bóg jest miłością” – list św. Jana Apostoła). Skąd zatem zło na świecie? Czy Bóg wybrał spośród dostępnych światów najlepszy z możliwych czy też taki nieidealny stworzył? Warto wspomnieć również o sławetnej myśli samego Platona: „Czy bogowie lubią to, co zbożne, dlatego, że ono jest zbożne, czy też ono jest dlatego zbożne, że je bogowie miłują” („Eutyfron”), czyli: „coś jest dobre, bo chciał tak Bóg” albo „Bóg tak chciał, bo to „coś” jest dobre” – chrześcijanie deklasują przesłankę drugą przekonaniem (bo nie dowodem), że Bóg jest nieskończenie dobry, dlatego też, Bóg zawsze chce dobra. W takim razie, powtórzę pytanie, skąd zło na świecie? A może postawić kropkę i pracę skończyć dość racjonalną dedukcją: coś jest dobre, coś lub ktoś jest przyjemne i miłe, jeżeli to znamy, doświadczamy empirycznie (węchem, wzorkiem, czy dotykiem). O przeczytanej książce możemy powiedzieć, że jest stara, brudna (np. poplamiona kawą i tłustymi odciskami palców) z twardą okładką – będą to fakty, coś obiektywnie istniejącego. Siłą rzeczy „ta” książka jest dla „ja” dobra i rewelacyjna, jest wartością – lub wartością nie jest, czyli dla mnie nic nie znaczy. O Bogu, czymś abstrakcyjnym, powiedzieć nie sposób – Bóg nie może być dobry i nie może być zły; Bóg nie może być sprawiedliwy i nie może być tyranem; Bóg nie może być kobietą i nie może być mężczyzną – Boga nikt nie widział, nikt nie doświadczył – tak naprawdę nic o nim nie wiemy.
     Usprawiedliwianie Boga i zrzucanie odpowiedzialności za zło na człowieka: jest nie do pogodzenia z boską wszechmiłością i wszechpotęgą. Tłumaczenie ubytku dobra, zła, działaniem stworzenia ludzkiego, jego wolną wolą tudzież wolnością jest wysoce teorią wygodną, która niczego nie wnosi do sprawy, a stoi, podkreślę, w sprzeczności z bożym miłosierdziem. Poza tym o „wolnej woli” można byłoby pisać w nieskończoność: mogę powiedzieć, że narodziny nie były moją wolną wolą – idąc tropem egzystencjalistów, zostaliśmy wrzuceni do brutalnej rzeczywistości bez pytania. Po drugie: człowiek jest jednostką społeczną, ze wszech miar determinowaną środowiskowo, politycznie, filozoficznie, religijnie i etc.
     Z jednej strony Bóg obdarzył nas, przy założeniu, wolną wolą i wolnością, z drugiej strony nauka Kościoła rzymskokatolickiego wymusza na „ja” określony cel życia. Powinniśmy dążyć do Boga, przestrzegać prawa zapisanego w Starym i Nowym Testamencie i kochać bliźniego swego, jak siebie samego. To doprawdy piękne, iście platońskie – bo już sam starożytny filozof wieścił, że nie ten, kto został skrzywdzony, jest naprawdę pokrzywdzony, ale ten, który krzywdę wyrządza.  Co to za wolność i wolna wola, jeżeli za nieposłuszeństwo, bunt straszy się piekłem, a pokornym obiecuje się życie po życiu? Całkiem niedawno mogliśmy usłyszeć: „My jesteśmy tu, gdzie wtedy, oni tam, gdzie stało ZOMO”. Jeżeli nie chcesz stać po stronie Piekła, musisz wierzyć w Boga i pokornie przyjąć nauki Kościoła, inaczej biada z Tobą... Nie martw się jednak: z pocieszeniem pośpieszył św. Augustyn i uznał: mimo że Bóg powinien nas skazać na nieskończone katusze, to jego immanentną cechą... nie, żadna cecha, Bóg sam w sobie jest miłością i lubi przebaczać – i przebaczy nam nasze winy, bo nas kocha.
     Bóg – konflikt moralny, bo konfliktem moralnym nie jest zapewne homoseksualizm czy samobójstwo. Przyjrzyjmy się „sodomitom”, których Bóg tak umiłował, że do dziś ogranicza się ich wolność i prawa. W Starym Testamencie możemy przeczytać: „Nie będziesz obcował z mężczyzną, tak jak się obcuje z kobietą. To jest obrzydliwość!” (Kpł 18, 22), z kolei św. Paweł wtóruje: „Podobnie też i mężczyźni, porzuciwszy normalne współżycie z kobietą, zapałali nawzajem żądzą ku sobie, mężczyźni z mężczyznami uprawiając bezwstyd i na samych sobie ponosząc zapłatę należną za zboczenie” (Rz 1,27). Właściwie nie ma o czym pisać, wszystko się zgadza – Bóg powiedział, że nie jest dobre, bo jak może być dobre, jak dobre nie jest. Z doświadczenia przeszłości i teraźniejszości można wyprowadzić przewrotny wniosek: Bóg na tyle jest dobry, na tyle nas kocha, na ile jesteśmy mu posłuszni, albo: Bóg na tyle nas umiłował, że zgotował ludzkości piekło. I wszystkie te przesłanki mogą być prawdą lub nieprawdą. Prawdą, faktem, empirią jest to, że człowiek gejem albo lesbijką się rodzi – czy w takim razie taka wola była człowieka (sic!), czy też Boga? Oczywiście niczego tutaj nie wnosi kultura starożytnych Greków. Homoseksualizm był antycznym „pięknem”, niekiedy akt seksualny reprezentantów tej samej płci dopełniał ich męskość. Kultura antyczna pozostawia sobie wiele do życzenia, wystarczy wspomnieć o systemie niewolniczym oraz podrzędnej roli kobiety, „mówiącego narzędzia”.
     Osobom homoseksualnym zarzuca się nie tylko niewłaściwy wybór, ale to, że ich orientacja jest niezgodna z naturą. Ktoś, kiedyś powiedział, że czymś bardziej nienaturalnym od homoseksualizmu jest chodzenie w piżamie. Nie będę mnożył przykładów na to, że ta „inna” orientacja jest tak naprawdę bardzo „nie-inna”. Pociąg seksualny do osobnika tej samej płci jest właściwy nie tylko dla zwierzęcia człowiekowatego – w świecie przyrody/natury, życiu innych ssaków i zwierząt w ogóle „praktyki” homoseksualne są dość powszechne.
     Kościół nigdy nie popierał związków nieheteroseksualnych – właściwie trzeba byłoby wyjść od tego, że seks jest, a przynajmniej był przez kilkanaście wieków, wrogiem nauk Watykanu. Cielesność to zaprzeczenie chrześcijańskiej czystości, pokory oraz ascezy – ciało/materia to antagonizm ducha i synonim zła. Człek powinien całe swoje życie skierować do Boga, bo to on jest jedynym źródłem szczęścia i sensem życia. Współżycie seksualne „tak”, ale tylko dla par heteroseksualnych – jednak i tutaj z pewną klauzulą. Celem seksu ma być nowe życie, dziecko – nie przyjemność i upust popędu seksualnego.
     Jan Paweł II – umiłowany przez młodzież na całym świecie – potępił w 1994 roku stanowisko Parlamentu Europejskiego, który nadał sankcje prawne homoseksualistom: „[...] rezolucja Parlamentu Europejskiego domaga się prawnego uznania nieładu moralnego. Parlament w sposób nieuprawniony nadał walor prawny zachowaniom dewiacyjnym, niezgodnym z zamysłem Bożym: wiemy, że człowiek ulega słabościom, ale Parlament w ten sposób poparł ludzkie słabości”. Ten sam Jan Paweł II milczał, kiedy w 1998 roku Alfredo Ormando dokonał samospalenia na placu św. Piotra. Włoski pisarz tym dramatycznym czynem zaprotestował przeciwko postawie i polityce Kościoła katolickiego wobec chrześcijan o orientacji homoseksualnej. W pożegnalnym liście napisał: „Mam nadzieję, że zrozumieją, co chcę przekazać: to forma protestu przeciwko Kościołowi, który demonizuje homoseksualność, tym samym demonizując naturę – bo homoseksualność jest jej córką. Błagam o wybaczenie, że się urodziłem, że zatrułem powietrze mym oddechem, to samo powietrze, którym oddychacie i Wy, że ośmieliłem się sądzić, iż jestem wolnym człowiekiem, że nie zaakceptowałem twierdzenia, iż jestem inny niż Wy, że uważałem homoseksualizm za wytwór Matki Natury, za to, że czułem się równy heteroseksualistom, że chciałem zostać pisarzem, że marzyłem i śmiałem się” – trudno o bardziej wymowne słowa. Ta „wymowność”, dramat człowieka i jego ból nie przekonały papieża.
     Skąd niechęć i ignorancja wobec osób homoseksualnych? Kościół katolicki wychodzi z założenia, że człowiek to „coś” więcej niż zwierzę. Zakłada się również, że Bóg nie toleruje „dewiacji”, możemy zatem wyprowadzić tezę: że Bóg jest bardzo heteroseksualny i ma prosty kręgosłup moralny, a homoseksualista był jakimś wypadkiem przy pracy.  
     Nie bez kozery A. Schopenhauer był pesymistą – życie ludzkie to cierpienie, a dobro to jedynie ubytek tego cierpienia. Jednak życie to nie tylko „życie człowieka”, przypadkiem się składa, że również innych zwierząt – a na te patrzy się z góry, bo nie mają duszy (tak zwany szowinizm gatunkowy): „Lecz nawet gdybym uwierzył w Boga, to i tak katolicka postawa wobec natury byłaby dla mnie niemożliwa, sprzeczna z całą moją świadomością, z moim odczuwaniem – a to ze względu na sprawę bólu. Katolicyzm zlekceważył wszelkie stworzenie, poza człowiekiem. Trudno wyobrazić sobie bardziej olimpijską obojętność na »ich« ból - »ich«, zwierząt czy roślin. Ból człowieczy ma dla katolika sens – podlega zbawieniu – wszak człowiek ma wolną wolę, więc to kara za grzechy, wszak życie przyszłe wynagrodzi najściślej krzywdy tego życia. Ale koń? Robak? O nich zapomniano. To cierpienie pozbawione jest sprawiedliwości – nagi fakt ziejący absolutem rozpaczy [...] Niech cierpią! To go nic nie obchodzi. Przecież nie mają duszy. Niech cierpią zatem – bez sensu” (Gombrowicz W., Dzienniki 1957-1961) – zacytowany fragment nie wymaga żadnego komentowania. Nic dziwnego, że pozycje Witolda Gombrowicza znalazły się na liście lektur zakazanych, kiedy funkcję Ministra Edukacji Narodowej pełnił Roman Giertych, nacjonalista, wierzący i praktykujący, prawy obywatel Rzeczypospolitej Polskiej. Ten sam Giertych pragnął wdrożyć do ustawy o systemie oświaty „zakaz propagandy homoseksualnej”, a ze szkół chciał wyrzucić nauczycieli o „innej” (niż polskiej?) orientacji seksualnej.
     U podstawy współczesnych konfliktów moralnych – homoseksualizmu, samobójstwa, aborcji, eutanazji, cierpienia zwierząt i in. – leży przede wszystkim religia, nieodłączny element tradycji, obyczaju czy kultury. Nic jednak co ludzkie, nie powinno być nam obce – zarówno religie, jak i tradycje nie powstały za dotknięciem magicznej różdżki. Spełniają one nie tylko poznawcze i socjalizujące funkcje, niekiedy wzmacniają poczucie bezpieczeństwa oraz przynależność do grup społecznych. Ta przynależność nie może jednak dyskryminować grupy mniejszościowe. Wszędzie tam, gdzie człowiek wchodzi w drogę drugiemu człowiekowi, ogranicza jego wolność, prawo do samorealizacji i spełnienia marzeń – człowiek traci własną godność. „Nie krzywdź” – tak powinien brzmieć nakaz moralny powszechnie obowiązujący, istniejący niezależnie od tego, kim jesteśmy, w co wierzymy i skąd pochodzimy.

Uniwersytet Szczeciński, Wydział Filologiczny, filologia polska spec. dziennikarska - 2009. Podyplomowe studia z pedagogiki oraz etyki. Degustator zdrowej filozofii (F. Nietzsche, S. Kierkegaard, Erich Fromm, K. Marks) oraz muzyki (Archive, IAMX, Noir Desir). Z zamiłowania pogromca zawężonych horyzontów intelektualnych (to grozi faszyzmem).
Spodobał Ci się artykuł? Subskrybuj biuletyn i podziel się z innymi!

Komentarze

  • Gość
    Marcin sobota, 21 kwietnia 2012

    Marcin

    Wow, bardzo fajna praca. Szukałem czegoś na zadanie domowe o Bogu z etyki! Pozwolę sobie wykorzystać fragmenty :)

  • Gość
    Krzysztof Szonen poniedziałek, 16 lipca 2012

    Sankcje prawne

    "potępił w 1994 roku stanowisko Parlamentu Europejskiego, który nadał sankcje prawne homoseksualistom"

    Nadał sankcje prawne, czyli nakazał karanie za homoseksualizm. Oczywiście nic takiego nie miało miejsca i co innego wynika z treści artykułu. Proszę nie popełniać takich błędów w artykułach, które mają uchodzić za naukowe.

Zostaw komentarz

Gość wtorek, 21 listopada 2017
Blog Naukowy Etyk Praktycznej

Aktywne grupy

Brak aktywnych grup.