Czy mamy obowiązek płacić podatki?

Dodane przez w w Etyka bizesu

Wyobraź sobie, że ktoś, kto posiada władzę i szerokie kompetencje ustawodawcze, nosi się z zamiarem nałożenia na ciebie obowiązku zaspokajania potrzeb jakichś innych, często nieznanych ci, ludzi. Ponieważ liczba osób, które mogą mieć potrzeby wymagające tego typu zadośćuczynienia nie jest mała, zażądał od ciebie, żebyś już od przyszłego miesiąca systematycznie wykonywał w tym celu pewne czynności. To nie wszystko. Wyobraź sobie również, że łatwość, z jaką w zaistniałych okolicznościach mógłbyś nie zastosować się do jego woli, zrodziła w nim nie tylko silne pragnienie odwołania się do reguły moralnej, która potępia takie postępowanie, ale utwierdziła go także w przekonaniu o słuszności wprowadzenia w życie normy prawnej, na podstawie której za zaniechanie tych czynności zostałbyś poddany karze grzywny lub pozbawiony wolności. Co należałoby o tym myśleć?

Sądzę, że w pierwszym odruchu każdy z nas zareagowałby podobnie i próbę narzucenia takiego obowiązku uznałby za absurdalną. Na ogół podzielamy bowiem przekonanie, że to, iż jacyś ludzie mają pragnienia lub potrzeby, o których słusznie można by powiedzieć, że byłoby dobrze gdyby zostały zaspokojone, nie stanowi wystarczającej racji za przypisaniem komukolwiek powinności działania w ich interesie. W dużych grupach ludzkich jest zazwyczaj tak, że jedni mają potrzeby, które inni potrafią zaspokoić, nikomu jednak nie przychodzi do głowy, aby każdą tego typu możliwość czynić przedmiotem moralnej obligacji bądź prawnego przymusu. Jeśli potrzebujesz pilnie samochodu, żywności lub pieniędzy na opłacenie kursów językowych swoich dzieci, to nie zakładasz przecież, że twoje potrzeby automatycznie konstytuują obowiązek po stronie tych, którzy mogliby wybawić cię z kłopotów. Gdyby było inaczej, nasze życie byłoby koszmarem.

Różnice zdań mogłyby pojawić się dopiero wtedy, gdy chcielibyśmy posłużyć się tym poglądem w konkretnych przypadkach. Niektórzy doszliby wówczas do wniosku, że istnieją sytuacje, w których nie ma on zastosowania. Miałoby to miejsce na przykład wówczas, gdy znaleźlibyśmy się w okolicznościach, w których moglibyśmy względnie łatwo i bez poświęcenia jakiegokolwiek własnego dobra zapobiec nieszczęściu polegającemu na utracie życia przez innego człowieka. Gdybyś widział tonące dziecko, które bez trudu potrafiłbyś wybawić z opresji, w jakiej znalazło się nie z własnej winy, to czy uważałbyś, że jego rozpaczliwe próby ratowania życia nie stanowią wystarczającej racji za nałożeniem na ciebie obowiązku udzielenia mu pomocy? Sądzę, że mało kto byłby zdecydowany wspierać tak radykalną tezę.  

Moim zamiarem nie jest jednak obrona tego poglądu w każdej hipotetycznej sytuacji. Pragnę zbadać, czy zachowuje on swoją wiarygodność w sytuacjach wymagających  niezrekompensowanego poświęcenia w odniesieniu tylko do jednego przypadku, a mianowicie płacenia podatków za przychody uzyskiwane z wykonywanej pracy.

Opodatkowanie zapłaty za pracę takich osób jak ty czy ja, oznacza najczęściej pozbawianie nas pieniędzy za jakąś liczbę przepracowanych godzin. Załóżmy, że w miesiącu zarabiam brutto 5000 złotych. Przyjmijmy także, że aby otrzymać taką pensję muszę przepracować 100 godzin. Oznacza to, że za godzinę pracy dostaję 50 złotych. Jeśli założymy dodatkowo, że mój pracodawca musi co miesiąc odprowadzić od mojego wynagrodzenia podatek w  wysokości 20 procent, co stanowi równowartość 1000 złotych, to wynika z tego, że każdego miesiąca zabiera mi się wynagrodzenie za 20 godzin pracy. Ponieważ pracuję 8 godzin dziennie, to łatwo można obliczyć, że 2,5 dnia pracuję za darmo. W skali roku mój przychód wynosi 60 000 złotych, pracuję na niego 1200 godzin i przy niezmienionym poziomie opodatkowania nie otrzymuję zapłaty za 240 godzin pracy. Co roku muszę więc pracować za darmo przez cały miesiąc.

Płacenie tego rodzaju podatków, które stanowią przedmiot moich rozważań, sprowadza się zatem do zabierania osobom pracującym zapłaty za jakąś liczbę przepracowanych godzin. Każdy, kto podlega takiemu obowiązkowi zgodziłby się na pewno, że opodatkowanie oznacza dla niego również przymus wykonywania określonej pracy przez pewną liczbę godzin na rzecz celów, które najczęściej nie są jego własnymi celami. Politycy oraz eksperci podatkowi starają się przekazać nam tę niemiłą prawdę w sposób bardziej wysublimowany, mówiąc mianowicie, że opodatkowanie jest formą redystrybucji środków pieniężnych, którą przeprowadza się dla wspólnego dobra. Odwołanie się do pojęcia „wspólnego dobra” nie jest przypadkowe: łagodzi żal po utracie zarobionych pieniędzy poprzez wywoływanie wrażenia, że w końcowym rozliczeniu my również jesteśmy w jakimś stopniu ich beneficjentami. Jednak w rzeczywistości sprawy mają się inaczej – odprowadzane przez nas podatki najczęściej służą zaspokajaniu potrzeb nieznanych nam ludzi.

Obrońcy opodatkowania musieliby w tym miejscu zaprotestować. Uważają bowiem, że jest rzeczą wielce niepoprawną, aby uznawać płacenie co miesiąc podatków stanowiących równowartość 20 godzin pracy za równoznaczne ze zmuszaniem ludzi do konkretnej pracy przez 20 godzin[1]. Jeśli każdy z nas może dowolnie wybrać taki rodzaj pracy, jaki chciałby wykonywać, oznacza to, że system podatkowy nie narzuca pracownikowi zakresu działań, których wykonanie jest bezwzględnie wymagane. Ponadto, nie sposób zaprzeczyć, że zawsze istnieje możliwość wyboru takiej pracy, której wykonywanie wiązałoby się z mniejszą liczbą godzin, za którą wymagane byłoby odprowadzenie podatków.

Dla prawidłowego rozstrzygnięcia tej kwestii nie bez znaczenia jest również i to, że we współczesnych systemach podatkowych mamy najczęściej do czynienia z zasadą, że nie istnieje wymóg odprowadzania podatku niezależnie od osiąganego przychodu. Wychodzi się najczęściej z założenia, że jeśli jakaś osoba za swoją pracę otrzymuje kwotę pieniędzy nie większą od tej, jaka jest konieczna do tego, żeby zaspokoiła swoje podstawowe potrzeby, nie można żądać od niej płacenia podatków, gdyż zagrażałoby to jej biologicznemu istnieniu. To powoduje, że każdy z nas mógłby z łatwością uniknąć obciążeń podatkowych, gdyby zdecydował się ograniczyć swoje dochody do poziomu, który wystarczałby jedynie do utrzymania się przy życiu.

Nie wydaje się, aby przytoczone argumenty popsuły dobre samopoczucie tych, którzy opodatkowanie definiują w kategoriach przymusu pracy. Choć nie jest do końca jasne, czym właściwie są akty przymusu[2], nie sposób jednak zaprzeczyć, że w analizowanym przypadku przymus, jako przeciwieństwo wolności od podejmowania konkretnych czynności zawodowych, może mieć mniejszy lub większy zakres, i fakt ten powinien kierować naszą uwagę na pytanie, czy w stanowisku zwolenników opodatkowania obszar jego oddziaływania został wyznaczony we właściwy sposób.

Jest rzeczą jasną, że ci, którzy z punktu widzenia opisanej argumentacji odrzucają utożsamienie opodatkowania z przymusem pracy, przyjmują tradycyjne i najbardziej radykalne rozumienie przymusowego działania, zgodnie z którym podlegającą mu osobę uważa się za kompletnie ubezwłasnowolnioną. Oznacza to, że pozbawiona jest możliwości dokonywania efektywnych wyborów, ze względu na działania podejmowane przez inne podmioty, które w swoim postępowaniu nie uwzględniają w najmniejszym stopniu jej potrzeb i pragnień, gdyż kierują się wyłącznie swoimi własnymi celami. Tak rozumianemu przymusowi poddany zostaje na przykład ten, kto podlegając dokonanemu z zaskoczenia obezwładnieniu zostaje wbrew własnej woli uwięziony w piwnicy.

W przedstawionej wersji przymusowe działanie uwarunkowane jest wystąpieniem przemocy fizycznej, której użycie całkowicie przekreśla możliwość wykonania czynu na podstawie podjętej decyzji. Dobrze znana jest jednak również inna, jak się wydaje dużo częściej praktykowana, wersja przymusu, w której występujące ograniczenia zakresu efektywnych wyborów takiej możliwości nie wykluczają. Obejmuje ona działania wykonywane z obawy przed większym złem, i polega na takim ograniczeniu naszych wyborów przez inne, najczęściej wrogo usposobione, osoby, że w efekcie podjętych przez nich kroków albo w ogóle nie możemy osiągnąć naszych własnych celów, albo możemy je osiągnąć kosztem poświęcenia jakiegoś innego znaczącego dla nas dobra[3]. Przypadek ten ma miejsce między innymi wówczas, gdy pod naszym adresem ktoś kieruje groźbę, że dalsze trwanie naszego życia uwarunkowane jest oddaniem posiadanych pieniędzy. Choć w takiej sytuacji nie ma ubytku wolnej woli i zachowana zostaje zdolność podmiotu do dokonywania wyborów, to jednak fakt, że z powodu postępowania innych osób nasze własne cele możemy osiągnąć dużo większym kosztem wystarcza do tego, abyśmy mogli stwierdzić, że podlegamy przymusowi.

Wydaje się zatem, że jeśli uważamy, iż bandzior, który każe nam wybierać między życiem a pieniędzmi, stosuje wobec nas przymus, to powinniśmy również uważać, że podobnie czynią ci, którzy nakładają na nas obowiązek pracy na rzecz zaspokojenia potrzeb nieznanych nam ludzi. W obu przypadkach mamy bowiem do czynienia z sytuacją, w której z powodu postępowania innych osób nie możemy zrealizować naszych celów bez poświęcenia jakiejś części własnego dobra, natomiast alternatywne możliwości są dla nas znacząco gorsze.

Czy jest więc rzeczą moralnie dozwoloną zmuszanie kogokolwiek do pracy w celu zaspokojenia potrzeb innych ludzi? Odpowiadając na to pytanie odwołam się do historyjki o bezrobotnym i ministrze finansów, którą posługiwałem się próbując swego czasu zbadać możliwość stosowania w obrębie życia publicznego zasad moralności, jakimi posługujemy się na co dzień w życiu prywatnym[4]. Myślę bowiem, że porównanie postępowania obu tych osób pomocne może okazać się również przy rozwiązywaniu obecnie omawianego problemu.

Wyobraźmy sobie zatem bezrobotnego, który nie otrzymuje zasiłku i z przyczyn obiektywnych nie ma szans na znalezienie pracy. Załóżmy też, że jest to osoba spełniająca uznawane przez nas kryteria uczciwości, bez nałogów, mająca na utrzymaniu troje nieletnich dzieci. Zdesperowany brakiem perspektyw na polepszenie swojej sytuacji i w trosce o los dzieci, ów bezrobotny każdego miesiąca nachodzi jednego z okolicznych mieszkańców odbierając mu pod groźbą użycia siły oraz ograniczenia wolności kwotę pieniędzy pozwalającą na skromne przeżycie jego rodziny. Ponieważ wspomnieliśmy o jego uczciwości, więc możemy stwierdzić, że za każdym razem jest to mniej więcej taka sama suma, powiedzmy 1000 złotych. W pewnym momencie jego sytuacja zmienia się jednak na tyle, że nie musi tak postępować. Zmianę tę zawdzięcza ministrowi finansów, z polecenia którego miejscowy urząd pracy wypłaca mu co miesiąc zasiłek w wysokości 1000 złotych. Tak się składa, że kwota ta, na polecenie ministra finansów, potrącana jest przez urząd skarbowy od przychodów uzyskiwanych przez tego samego człowieka, od którego przedtem nasz bezrobotny wymuszał pieniądze. Choć sytuacja bezrobotnego polepszyła się o tyle, że nie musi zabiegać już w ten sposób o środki do życia dla siebie i swoich dzieci, to sytuacja bogacza rozpatrywana z jego własnego punktu widzenia pozostała niezmieniona – wprowadzone w życie prawo zmusza go do oddawania mniej więcej tej samej sumy pieniędzy pod groźbą użycia siły i pozbawienia wolności.

Postępowanie bezrobotnego budzi poważne wątpliwości. Nie uważamy bowiem, że dobrze sytuowana osoba, która utrzymuje się z własnej pracy, zachowa się niewłaściwie, gdy nie udzieli mu w tych okolicznościach pomocy. Byłoby tak oczywiście wówczas, gdyby miała taki obowiązek. Powiedzenie jednak, iż ma taki obowiązek jest równoznaczne z powiedzeniem, że musi ona przepracować na rzecz bezrobotnego jakąś liczbę godzin. A to oznaczałoby zmuszanie tej osoby do pracy na rzecz potrzeb, jakie mają inni, nieznani mu ludzie.

Błąd popełnia jednakże ten, kto uważa, że postępowanie bezrobotnego jest złe dlatego, iż w ogóle nie ma czegoś takiego, jak moralne uzasadnienie dla przymuszania kogokolwiek do pracy na rzecz zaspokajania potrzeb innych ludzi. Byłaby to zbyt daleko idąca teza. Jest rzeczą bowiem powszechnie znaną, że obowiązek udzielania pomocy ludziom znajdującym się w potrzebie może wynikać z wcześniej wykonanych przez nas czynności. Jeżeli na przykład obiecałeś komuś, że w trudnych dla niego chwilach przyjdziesz mu z pomocą, to przy założeniu, że czynność złożenia obietnicy obliguje cię do działania w ustalony sposób, musisz przyznać, że masz obowiązek zaspokojenia jego potrzeb wynikających z faktu, że taka sytuacja miała w jego życiu miejsce. Do podobnego wniosku możemy dojść również w odniesieniu do przypadków, w których powstanie u ludzi pewnych potrzeb wynika z faktu, że my sami przyczyniliśmy się do tego, że znaleźli się oni w takiej sytuacji. Gdyby z powodu twojego niefortunnego zachowania spalił się mój dom, to miałbym prawo oczekiwać, że podejmiesz stosowne działania, aby jak najszybciej go odbudowano. Tak więc jeśli do zaspokojenia mojej, słusznej skądinąd, potrzeby posiadania na powrót własnego domu musiałbyś przepracować jakąś liczbę godzin, to uważam, że miałbyś taki obowiązek z uwagi na moralny wymóg zadośćuczynienia wyrządzonej mi krzywdzie, na którą w żaden sposób nie zasłużyłem.

Wielu z nas jest również przekonanych, iż obowiązek ten może powstać dlatego, że niektóre związki, w jakich pozostajemy z innymi ludźmi – nawet jeśli nie mamy wpływu na ich powstanie – dają nam moralne prawo do tego, abyśmy mogli wymagać od nich zaspokoienia naszych potrzeb niezależnie od tego, czy to wcześniej obiecali oraz niezależnie od tego, czy ponoszą odpowiedzialność za ich powstanie. Na tej podstawie między innymi zgadzamy się, że rodzice mają obowiązek pracy na rzecz zaspokajania egzystencjalnych potrzeb ich nieletnich jeszcze dzieci.

Żaden jednak z tych warunków nie ma zastosowania wobec bezrobotnego i osoby, którą zmusza on do pracy dla swoich korzyści. Z tego między innymi powodu to, co zwykł robić bezrobotny nazywamy kradzieżą lub rabunkiem, i domagamy się wprowadzenia surowych zasad, które położyłyby kres podobnemu zachowaniu. Mało kto uważa jednak, że podobnym restrykcjom powinno podlegać postępowanie ministra finansów. Jeśli w świetle obowiązującego prawa podległe mu służby pod groźbą użycia siły i utraty wolności odbierają tej osobie jakąś część jej poborów, to za radą ekonomistów tego rodzaju działanie nazywamy opodatkowaniem. I choć przesadą byłoby powiedzenie, że opodatkowaniu podlegamy bez oporów i niechęci, to jednak równie niesłuszne byłoby stwierdzenie, że wobec ministra finansów i wprowadzonych przez niego mechanizmów, które zmuszają nas de facto do płacenia podatków, przejawiamy podobną postawę moralną, jak w stosunku do aktów rozboju w wykonaniu bezrobotnego.

Niektórzy w takim rozumowaniu nie widzą niczego niestosownego. Thomas Nagel uważa na przykład, że jeśli ktoś każe oddać komuś portfel mierząc do niego z broni palnej, to mamy do czynienia z niedopuszczalnym użyciem środków przymusu nawet jeśli cele, które zamierza w ten sposób osiągnąć, są uzasadnione i przez to warte zabiegów. Jeżeli natomiast rząd ściąga podobną kwotę z poborów tej samej osoby, wprowadzając przy okazji prawo do równie dotkliwego represjonowania tych, którzy dla własnych korzyści w jakiś sposób uniemożliwiają odebranie im uczciwie zarobionych pieniędzy, to nie jest to nieuzasadnione stosowanie przemocy ani rabunek, ponieważ czynność zaboru mienia przeprowadzana jest w sposób bezosobowy przez instytucję powołaną do sprzyjania i osiągania ogólnospołecznych skutków.

Takie metody dystrybucji mają zasięg powszechny, są lepsze niż kradzież, będąca pewną formą inicjatywy prywatnej, a także niż indywidualna dobroczynność. Jest tak nie tylko ze względu na uczciwość i skuteczność, lecz także dlatego, że zarówno kradzież, jak i dobroczynność stanowią pewne zaburzenie stosunków między jednostkami (czy zaburzenie wynikające z ich braku) i angażują indywidualną wolę każdej z nich w sposób, którego unika automatyczny, narzucony oficjalnie system opodatkowania. Rezultatów osiąganych w egalitarnym państwie opiekuńczym poprzez opodatkowanie nie dałoby ani prawo do indywidualnego wywłaszczenia, ani obowiązek dobroczynności[5].  

Z tego, co mówi Nagel nie wszystko jest dla mnie jasne. Rozumiem jednak, że dlatego sprzyja on działaniom ministra finansów gdyż sądzi, że w porównaniu do aktów indywidualnych, których przykładem jest postępowanie bezrobotnego, system redystrybutywnego opodatkowania jest lepszy, gdyż mając charakter bezosobowy nie generuje niepotrzebnych konfliktów między pojedynczymi osobami oraz jest bardziej efektywny, ponieważ daje nieporównanie więcej materialnych korzyści. Taki pogląd może być bez trudu uzasadniony w ekonomii czy socjologii, jednak na terenie etyki jest mało wiarygodny. Rzecz w tym że pewne działania mogą zapobiegać konfliktom i generować niemałe korzyści, a mimo to ich wykonanie uważa się za niesłuszne. Nikt nie zaprzeczy, że wprowadzenie przymusowego zatrudnienia dla ludzi którzy nagminnie i z premedytacją korzystają z dobrodziejstwa opieki społecznej lecz odmawiają jakiejkolwiek pracy, lub prawnego nakazu ukończenia studiów wyższych dla wszystkich obywateli, z pewnością przyniosłoby wiele dobrych skutków zarówno w jednym, jak i w drugim zakresie, jednak z moralnego punktu widzenia takie przedsięwzięcia uznaje się na ogół za niedozwolone.

Mogłoby się okazać, że opodatkowanie jest na tyle odmiennym i specyficznym przypadkiem stosowania przymusu wobec ludzi, że nie można wykazać błędów takiego stanowiska powołując się na argumenty bazujące na analogii między płaceniem podatków a innymi społecznie uwarunkowanymi czynnościami.  Brak zakładanego podobieństwa nie przeszkadza jednak w stosowaniu podobnych kryteriów moralnej oceny. Jeżeli dochodzimy do wniosku, że nie możemy przymuszać ludzi do pewnych czynności, gdy dobro, jakie przynosi ich wykonanie okazuje się ostatecznie mniejsze od zła wynikającego z zastosowania przymusu (a, jak sądzę, na podobnej zasadzie oparte jest rozumowanie Nagela), to moralny szacunek wartości każdorazowo wynika z zastosowania tej zasady a nie z analogii, jaka istnieje między przypadkiem, w którym zasada ta ma zastosowanie, a innymi przypadkami, których wartość moralną chcemy zbadać.

Trzeba zastanowić się zatem, co głosi ta zasada.

W stanowisku Nagela ma ona niewątpliwie charakter konsekwencjalistyczny. Mój sprzeciw wobec tego stanowiska, który egzemplifikowałem przykładami o przymusowej pracy czy nauce, ma jednak, jak łatwo zauważyć, odmienne, deontologiczne, źródło. Sądzę, że w przytoczonej powyżej opinii na temat opodatkowania Nagel nie tylko zaprzeczył swojemu deontologicznemu rodowodowi, ale posunął się za daleko głosząc, że w przypadku opodatkowania myślenie konsekwencjalistyczne nie może mieć żadnych granic poza tymi, które samo wyznacza.

Ci, którzy nie widzą nic złego w przymuszaniu ludzi do pracy w celu zaspokojenia jakichś indywidualnych potrzeb czy osiągnięcia ogólnospołecznych celów, uważają, że korzyści płynące z zastosowania tego środka są większe od kosztów, jakie niektórzy muszą z tego powodu ponosić. W tej perspektywie czymś niedorzecznym byłoby twierdzenie, że jest to moralnie niedozwolone bez porównania konsekwencji, jakie wynikają z zastosowania przymusu oraz z odstąpienia od jego stosowania. Tu właśnie tkwi źródło nieporozumienia. Nie uważam bowiem, że zmuszanie mnie do określonego działania na rzecz zaspokojenia potrzeb nieznanych mi ludzi jest niedopuszczalne tylko ze względu na taką lub inną konfigurację skutków, jakie może spowodować moje zachowanie. Wprost przeciwnie. Stosowanie tego rodzaju przymusu uważam za złe niezależnie od tego, co się będzie działo gdy nie wykonam nakazanego czynu. Nie mogę zatem, tak jak zdeklarowany konsekwencjonalista, zakładać, że stosowanie w ramach opodatkowania przymusu pracy na rzecz potrzeb nieznanych mi ludzi można uzasadnić tym, że  powoduje większe dobro od tego które miałoby miejsce gdybym pracy tej nie wykonał, bądź, że zapobiega dużo większemu złu, gdyż twierdzę, że moralnej wartości przymusu pracy nie da się ustalić odwołując się wyłącznie do konsekwencji, jakie powoduje jego zastosowanie. Nie oznacza to, że w ogóle lekceważę konsekwencje, jakie może przynieść wykonanie pewnych działań lub, że lekceważę konsekwencje własnych czynów. Ustalając negatywną wartość moralną przymusu pracy na rzecz nieznanych mi ludzi mam jedynie na celu wyznaczenie nieprzekraczalnej granicy dla konsekwencjonalistycznego przyzwolenia na stosowanie tego typu środków w życiu publicznym.

Nie jest to odosobniony przypadek. Etyka konsekwencjonalistyczna często wymaga deontologicznej sankcji i większość z nas bez wahania akceptuje takie rozumowanie w wielu dziedzinach życia. Gdy dziecko naszych znajomych czeka w szpitalu na przeszczep nerki i umrze, gdy operacja nie zostanie pomyślnie wykonana w ciągu dwóch tygodni, to nie uważamy, że pod groźbą użycia siły lub pozbawienia wolności powinno się zmuszać do oddania nerki tych, którzy z medycznego punktu widzenia mogą być dawcami, nawet jeśli jesteśmy przekonani – i nawet jeśli tak faktycznie jest – że zastosowanie w tym przypadku przymusu przyniosłoby dużo większe korzyści. Podobne zdanie mamy na ten temat również wtedy, gdy sprawa dotyczy nas samych. Gdyby twojemu sąsiadowi spalił się dom, a ty miałbyś oszczędności, które z powodzeniem wystarczyłyby na jego odbudowę, to z pewnością nie poparłbyś pomysłu wprowadzenia w życie zasady, zgodnie z którą można by w stosunku do ciebie zastosować środki przymusu, gdybyś dobrowolnie nie chciał oddać na ten cel własnych pieniędzy.

Ci, którzy nawet w takich sytuacjach mówią o ciążących na nas obowiązkach zwykle nie zakładają, że ich niewykonanie jest złe ani też, że za takie zachowanie można obciążyć kogokolwiek winą lub odpowiedzialnością. Uważamy jednak, że ten, kto bezinteresownie i dobrowolnie oddaje własną nerkę w celu uratowania czyjegoś życia lub udziela bezzwrotnej pomocy finansowej na odbudowę spalonego domu zasługuje na pochwałę moralną, w przeciwieństwie do osób, które w podobnych okolicznościach mogą uczynić to samo, lecz tego nie robią. Tego typu zachowanie nazywa się niekiedy dobroczynnością. W etyce podobne warunki spełniają natomiast czynności będące przedmiotem obowiązków supererogacyjnych.

Jeżeli nie mamy wątpliwości, że tak przedstawia się sprawa w opisanych sytuacjach, to powstaje pytanie, dlaczego miałoby być inaczej w przypadku opodatkowania. Dlaczego na przykład uważamy, że byłoby czymś zdrożnym moralnie zmuszać ludzi do płacenia datków na konto instytucji charytatywnej, która przekazuje nasze pieniądze głodującym dzieciom, chroniąc je w ten sposób od niechybnej śmierci głodowej, a nie widzimy niczego niestosownego w zmuszaniu nas do płacenia niemałych nieraz podatków zaspokajających potrzeby osób, które najczęściej znajdują się w dużo lepszej sytuacji, albowiem niezaspokojenie w ten sposób ich potrzeb nie zagraża ich istnieniu, lecz powoduje, co najwyżej, dyskomfort lub obniżenie jakości życia?

Studenci, którym zadawałem to pytanie oczekując od nich szybkiej i intuicyjnej odpowiedzi, twierdzili najczęściej, że najważniejszym czynnikiem przemawiającym za taką postawą jest istnienie normy prawnej wymagającej płacenia podatków. Uważali też, że podobnie przedstawia się sprawa z odmienną oceną czynu bezrobotnego i ministra finansów – choć obaj wykonują to samo działanie, jednak istnienie prawa, które tylko drugiemu z nich umożliwia, lub wręcz nakazuje, postępować w ten sposób, powoduje, że dość łatwo usprawiedliwiamy przymus stosowany przez ministra finansów, lecz jesteśmy oburzeni, gdy do podobnych środków odwołuje się osoba bezrobotna.

Powoływanie się na ustawy, zarządzenia lub decyzje rządu w celu uprawomocnienia środków przymusu oraz czynności polegających na ich stosowaniu jest na ogół uważane za wystarczające uzasadnienie ograniczenia wolności obywateli w obrębie obowiązującego systemu prawa, jednak z etycznego punktu widzenia to za mało. Prawo, które daje nam przyzwolenie na określone działania bądź wymaga od nas posłuszeństwa wobec własnych zaleceń, nie może tylko dlatego stanowić w tym względzie ostatniej instancji, że zostało uchwalone zgodnie z procedurą przyjętą dla jego stanowienia przez system, w którym ma obowiązywać. W tym celu musi spełnić również warunki, które uważa się za konieczne do uzyskania sankcji moralnej, a to oznacza, że nie może przeczyć zasadom sprawiedliwości i moralnemu dobru[6]. Jest to ważne zastrzeżenie. Jeśli bowiem można postępować tylko zgodnie z prawem, które nie narusza zasad moralnych, to nie powinniśmy akceptować opodatkowania i postępowania ministra finansów oraz dezaprobować działań bezrobotnego jedynie z tego powodu, że zostało uchwalone prawo, które tak stanowi. Gdyby było inaczej otwarta zostałaby droga do wielu nadużyć i nikt nie mógłby przedstawić dobrych racji za potępieniem na przykład tych, którzy w poszanowaniu obowiązującego prawa propagowali bądź praktykowali na masową skalę rasizm czy eksterminację całych narodów. 

Kluczową kwestią nadal pozostaje więc znalezienie właściwej odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób z moralnego punktu widzenia można uzasadnić stosowanie wobec ludzi środków przymusu w celu zmuszenia ich do przepracowania jakiejś liczby godzin, aby inne nieznane im osoby, mogły zaspokoić swoje potrzeby, jeśli w analogicznych przypadkach sprzeciwiamy się takiemu postępowaniu. W odpowiedzi  na takie dictum zwolennicy płacenia podatków mogliby odwołać się do odmiennego statusu moralnego, jaki przysługuje opodatkowaniu w przeciwieństwie na przykład do aktów udzielania pomocy tym, którzy znajdują się w trudnej sytuacji. Ponieważ większość z nas rozumie ekonomiczne racje przemawiające za koniecznością pobierania podatków, i w związku z tym popiera zastosowane w tym celu środki, czego wyrazem jest wprowadzony w życie oraz funkcjonujący bez sprzeciwu obywateli system prawa podatkowego, to na tej podstawie można by założyć, że istnieje pewien rodzaj niepisanej umowy społecznej, która przemawia na rzecz moralnego uzasadnienia tego typuj praktyki.

Taka umowa mogłaby stanowić poważny argument na rzecz opodatkowania pomimo, że na ogół nie pochwalamy obowiązku zadośćuczynienia potrzebom nieznanych nam ludzi w innych przypadkach. Każdy z nas zdaje sobie bowiem sprawę, że jeśli przed przystąpieniem do umowy byliśmy świadomi, że ogranicza ona niektóre z przysługujących nam praw, to ciążące na nas zobowiązania, które z umowy tej wynikają są ważne nawet gdyby okazało się, że nie sprzyjają naszym interesem.

Wszystko to prawda, niemniej nadal nie jest do końca jasne, dlaczego miałoby tak być w przypadku opodatkowania. Zwolennicy opisanego argumentu nie zakładają przecież, że tego typu umowa została kiedykolwiek zawarta między osobami, które zmuszone są płacić podatki. Jeśli zdarzenie takie nie miało de facto miejsca, to mogą oni twierdzić co najwyżej, że większość z nas wyraża chęć przystąpienia do takiej umowy lub, że z pewnością  przystąpilibyśmy do niej, gdyby została zawarta. To jednak oznacza, iż mamy tu do czynienia z umową hipotetyczną, a umowy hipotetyczne nie tylko, że same nie stanowią argumentu za tym, iż powinniśmy przestrzegać założonych w nich warunków, lecz takiego argumentu nie powołują w ogóle do istnienia. Jest tak dlatego, gdyż umowy hipotetycznej w żadnym razie nie można traktować jako jednej z wersji faktycznie zawartej umowy[7].

Myślę, że nawet ministrowi finansów nie przyszłoby do głowy, aby moralnie uzasadniać istnienie systemu podatkowego w oparciu o porozumienie, którego w rzeczywistości nie zawarto. Niektórzy mogliby jednak pokusić się o dużo bardziej wysublimowane stwierdzenie, a mianowicie, że równie dobrym argumentem na rzecz pobierania podatków jest fakt, że większość obywateli wyraziłaby z pewnością zgodę na tego rodzaju umowę, gdyby ich o to poproszono. Zanim nie przeprowadzi się w tej sprawie empirycznego badania nie sposób sensownie zakładać, że sytuacja taka nie mogłaby mieć miejsca. Załóżmy zatem, że byłoby rzeczywiście tak jak przypuszczają, tj., że gdyby kwestia ta była przedmiotem ogólnospołecznego referendum, przytłaczająca większość obywateli dałaby przyzwolenie na wprowadzenie obowiązku opodatkowania. Czy zmieniłoby to wniosek, do którego doszedłem?

Wyobraź sobie, iż jesteś przekonany, że zgodziłbyś się przeznaczyć kilka tysięcy złotych na pewien szczytny cel, gdyby cię o to poproszono. Nikt jednak nie zwrócił się do ciebie z taką prośbą i z tego powodu nie miałeś okazji by wyrazić na to zgodę. Pomimo tego ni stąd ni zowąd zażądano od ciebie uiszczenia takiej sumy pieniędzy na powyższy cel grożąc, że niespełnienie tego wymogu może skończyć się albo karą grzywny, która wielokrotnie przekracza wartość wspomnianej kwoty, albo więzieniem. Na pytanie, jakie są podstawy zastosowania tak drastycznych środków usłyszałeś w odpowiedzi, że są niezbite dowody na to, że swego czasu przyznałeś oficjalnie, iż w przypadku skierowania pod twoim adresem tej prośby podjąłbyś właśnie taką decyzję.

Nawet gdybyś przypomniał sobie, że taką deklarację rzeczywiście złożyłeś, miałbyś z pewnością poważne wątpliwości, czy to wystarcza do obciążenia cię jakimkolwiek obowiązkiem. Myślę, że podobne wątpliwości miałby każdy z nas. Jest tak dlatego, gdyż z faktu, iż zgodziłbyś się pod wspomnianym warunkiem przeznaczyć taką sumę pieniędzy na założony cel nie tylko nie można wnioskować, że się zgodziłeś, ale również nie można w żaden sposób domniemywać, że powinieneś był się zgodzić lub, że powinieneś zgodzić się teraz, gdy przedstawiono ci wspomniane żądanie. Jeśli nie wyraziłeś zgody, to zapewnienie, że zrobiłbyś to pod pewnymi warunkami, nie może stanowić podstawy do obciążenia cię obowiązkiem, abyś cokolwiek faktycznie czynił, ani też nie może uzasadniać zastosowania w tym celu przymusu. Ci, którzy nie aprobują tej tezy, popierają niedorzeczne twierdzenie, według którego jeśli jakaś osoba zgodziłaby się przeznaczyć na określony cel pewną sumę pieniędzy, gdyby została o to poproszona, to moralnie uzasadnione byłoby później nałożenie na nią obowiązku i zmuszanie jej do wykonania tej czynności nawet wówczas, gdyby nie chciała tak postąpić.

Podobnie przedstawia się sprawa z opodatkowaniem. Nawet jeśli uważamy, że ludzie zgodziliby się płacić podatki i chętnie wyraziliby zgodę na podpisanie w tej sprawie stosownej umowy, to jednak fakt, że nigdy takiej zgody dobrowolnie nie wyrazili, stanowi wystarczający powód do tego, żeby za niesłuszne uznawać nakładanie na nich obowiązku opodatkowania, jeśli podatków płacić de facto nie chcą. Wydaje się, że w tej sytuacji poszukiwane uprawomocnienie systemu podatkowego może dokonać się tylko pod warunkiem, że znajdzie się sposób, aby z moralnego punktu widzenia można było uzasadnić nakładanie na ludzi obowiązków, które wymagają od nich poświęcenia jakiejś części ich dobra, oraz zastosowanie wobec nich środków przymusu w celu zapewnienia realizacji tych obowiązków, nawet jeśli nigdy nie wyrazili oni zgody na wykonanie czynów będących ich przedmiotem, i gdy, tak naprawdę, nie chcą ich wykonywać.

Istnieje pewna koncepcja, która pokazuje, jak można by spełnić ten warunek. Niektórzy nazywają ją regułą wzajemnych zobowiązań, inni – zasadą rzetelności lub uczciwości, albo zasadą fair play. Jej autorem jest prawdopodobnie Charlie Broad, jednak powszechnie znana jest pod postacią, jaką nadali jej później Herbert Hart i John Rawls:

Główna myśl polega na tym, że gdy pewna liczba osób angażuje się, zgodnie z określonymi regułami, we wzajemnie korzystne zbiorowe przedsięwzięcie, ograniczając tym samym swą wolność w sposób niezbędny do uzyskania przez wszystkich profitu, to ci, którzy poddali się tym ograniczeniom mają prawo do podobnej przychylności ze strony tych, którzy z ich podporządkowania skorzystali.
Na mocy definicji wymagania wyznaczane przez zasadę rzetelności są zobowiązaniami[8].

Nie ulega wątpliwości, że wdrożenie w życie pomysłu polegającego na płaceniu podatków od dochodów uzyskiwanych z wykonywanej pracy spełnia zakładane kryteria zbiorowego przedsięwzięcia, które przynosi korzyść bez mała każdemu członkowi zbiorowości. Pozyskiwane w ten sposób pieniądze mogą bowiem stanowić nie tylko jakąś wymierną część wynagrodzenia otrzymywanego przez konkretnych ludzi będących nauczycielami, policjantami czy emerytami, lecz mogą również być wykorzystywane do budowy społecznej infrastruktury, jak mosty, szkoły, drogi lub chodniki, z której wszyscy korzystamy i bez której nie potrafilibyśmy się już obejść. Czy wynika z tego, że ci, którzy otrzymują tego typu profity zawdzięczając je tym, którzy musieli w tym celu ograniczyć swą wolność i ponieść niemałe nieraz koszty, mają z tego powodu obowiązek zrobić to samo? Reguła wzajemnych zobowiązań nie pozostawia w tej kwestii żadnych wątpliwości – jeśli korzystasz z podatków płaconych przez innych ludzi, to sam również powinieneś płacić podatki. Mógłbyś uniknąć tego obowiązku, gdybyś przestał być beneficjentem przedsięwzięcia zwanego opodatkowaniem. Jeżeli nic nie uczynisz w tym kierunku, albo jeśli w twoim przypadku jest to niemożliwe, nie masz wyjścia – musisz płacić.

Ważne jest, że zastosowanie reguły wzajemnych zobowiązań do systemu podatkowego nie wiąże się tylko z faktem, że uczestnictwo w korzyściach wynikających z powszechnego opodatkowania jest warunkiem zaistnienia zobowiązań; tym, wobec których zostały one na tej podstawie zaciągnięte, daje również uprawnienia do ich egzekwowania, co wiąże się z możliwością stosowania jakichś form społecznego ostracyzmu lub nawet represji.

Takie stanowisko zakłada, że niezależnie od korzyści, jakie przynosi opodatkowanie, nie można byłoby uzasadnić zarówno obowiązku płacenia podatków, jak i zastosowanych środków przymusu w celu jego wyegzekwowania. Czy to oznacza, że zmuszanie nas do pracy na rzecz zaspokojenia potrzeb nieznanych nam ludzi nie byłoby moralnie dozwolone gdybyśmy nie korzystali na tym, że w taki sposób pracuje już jakaś liczba innych osób, czy też oznacza coś więcej, a mianowicie, że zmuszanie nas do pracy jest dopuszczalne tylko dlatego, że z faktu tego odnosimy korzyści? Różnica jest znaczna. W pierwszym przypadku profity, jakie czerpiemy z funkcjonowania systemu podatkowego, są koniecznym warunkiem zaistniałych po naszej stronie zobowiązań, w drugim natomiast są warunkiem wystarczającym.

Dla prowadzonych rozważań nie ma większego znaczenia przypadek pierwszy, a więc ta wersja reguły wzajemnych zobowiązań, według której korzyści pochodzące z podatków same nie mogłyby konstytuować tego typu roszczeń pod adresem beneficjentów. W tej wersji bowiem czerpanie korzyści nie jest tożsame z posiadaniem zobowiązań, lecz jedynie z możliwością ich posiadania. Zakłada ona, że jeśli korzystasz na tym, że inni płacą podatki, to spełniasz z tego powodu warunek, którego niespełnienie uniemożliwia istnienie po twojej stronie zobowiązań do podobnego postępowania. Nie zakłada natomiast w żadnym razie, że tym samym powodujesz ich zaistnienie.

Wydaje się, że prawidłowo rozumiana zasada uczciwości musi utrzymywać, że osiąganie korzyści stanowi również wystarczający warunek zaistnienia tego rodzaju zobowiązań. Tylko wówczas bowiem korzystanie z podatków płaconych przez innych ludzi spowoduje po stronie beneficjenta powstanie podobnych zobowiązań wobec tych, którzy z powodu opodatkowania poddani zostali licznym ograniczeniom. Jednak działanie zgodne z tak brzmiącą zasadą miałoby mało wspólnego z uczciwością oraz z postępowaniem fair play.

Aby to lepiej zrozumieć wyobraź sobie, że w kamienicy, w której mieszkasz, twoi sąsiedzi postanowili zadbać o czystość klatki schodowej.  Zakupili odpowiedni sprzęt, a następnie na tablicy ogłoszeń wywiesili listę 30 mieszkań, których podnajemcy w wyznaczonym dniu mają zamieść a następnie umyć schody, a także zadbać o czystość poręczy oraz okien. Twoje mieszkanie zajmuje na liście 20 pozycję. Osoby zamieszkujące mieszkania, które na liście znajdują się od numeru 1. do 19. bez zarzutu wykonały swoje obowiązki. Teraz, po 19 dniach od rozpoczęcia akcji sprzątania, przyszła twoja kolej. Każdego dnia, wychodząc rano do pracy oraz wracając po południu do domu, korzystałeś z inicjatywy, jaką zapoczątkowali i sumiennie realizowali twoi sąsiedzi. Czystość klatki schodowej, która przez ostatnich kilka lat była brudna i zapuszczona, sprawiała ci niekłamaną przyjemność. Byłeś nawet zdumiony takim obrotem sprawy. Jesteś jednak przekonany, że postępowanie twoich sąsiadów przez minione 19 dni oraz doświadczone z tego powodu zadowolenie, nie rekompensują poświęcenia, jakim byłaby twoja jutrzejsza praca. Czy w związku z tym masz obowiązek wykonać zaplanowane dla ciebie czynności?

Każdy, kto akceptuje mocniejszą wersję zasady wzajemnych zobowiązań, nie ma wątpliwości, że powinieneś uczynić to, czego oczekują od ciebie twoi sąsiedzi. Rzecz jednak w tym, że tak naprawdę nie jest pewne, czy w tej sytuacji korzyści, jakie osiągasz z powodu postępowania innych ludzi, wystarczają do nałożenia na ciebie obowiązku odpłacenia im wzajemnością.  Są dwa powody, aby tak myśleć. Po pierwsze, nikt nie zapytał cię o zdanie w tej sprawie. Pewna liczba osób wyznaczyła ci konkretne zadanie w zbiorowym przedsięwzięciu, które wymaga od ciebie wykonania całego szeregu działań sprzyjających dobru innych ludzi, niemniej jednak nikt nie pomyślał o tym, że może należałoby zrekompensować ci utratę tej części własnego dobra, jaką musiałbyś w tym celu poświęcić. Po drugie, zostałeś postawiony w sytuacji, w której nie możesz uniknąć korzyści wynikających z analogicznych działań, jakie w ramach tego przedsięwzięcia wykonali, wykonują lub być może wykonają w przyszłości inni ludzie. Jeżeli więc zakładają oni, że czerpanie korzyści z czyjejś pracy, która rodzi określone koszty dla wykonującej jej osoby, wystarcza do tego, żeby powołać do życia obowiązek ponoszenia takich samych lub podobnych obciążeń po stronie beneficjentów, to jesteś zakładnikiem osób angażujących się w tego typu przedsięwzięcia. Mówiąc inaczej – znalazłeś się w moralnej matni, z której sam nie jesteś w stanie się uwolnić. Tutaj w ogóle nie liczą się twoje interesy, a jakość twojego życia zależy w dużej mierze od tego, co zrobią inni.

Myślę, że nakładanie z tego powodu na ludzi obowiązków, czy przymuszanie ich do pewnych działań może być przejawem albo cwaniactwa, co ma miejsce wówczas, gdy ci, którzy głoszą takie tezy lub według nich postępują, dobrze zdają sobie z tego wszystkiego sprawę, albo głupoty bądź niedorzeczności, jak dzieje się to wówczas, kiedy mają oni dobre intencje, lecz brak im takiej wiedzy. Bez względu jednak na to, z którym przypadkiem mamy do czynienia, nie można w żaden sposób tolerować postępowania polegającego na tym, że najpierw zapewnia się ludziom korzyści, które z ich punktu widzenia są niedobrowolne i niemożliwe do uniknięcia, a następnie na tej podstawie nakłada się na nich poważne obciążenia i żąda poświęceń nie wymagających rekompensaty. Nikt, kto jest tego rodzaju beneficjentem działań wykonywanych przez innych ludzi nie może być obciążony zobowiązaniem, wobec którego roszczą oni sobie uzasadnione pretensje. Do tego konieczne jest spełnienie dodatkowego warunku, a mianowicie zawarcie wcześniej umowy o wzajemnej współpracy, która zakładałaby nie tylko zgodę jednej strony na wytworzenie korzyści, lecz, co ważniejsze, także zgodę strony drugiej na ich dostarczenie oraz poniesienie kosztów potrzebnych do wykonania obowiązku opartego na żądanym zadośćuczynieniu.

Tak samo jest z podatkami. Nie wydaje się, aby uczciwe było nałożenie na nas obowiązku płacenia podatków jako formy zadośćuczynienia za korzyści, jakie zostały wytworzone przez innych ludzi i często wbrew naszej woli dostarczone nam bez jakiegokolwiek wcześniejszego porozumienia w tej sprawie. Jeżeli zatem nie przypominasz sobie, abyś kiedykolwiek wyraził dobrowolnie zgodę na korzystanie z opodatkowania innych ludzi, i jeśli takiej zgody faktycznie nigdy nie wyraziłeś, to nie można nakładać na ciebie obowiązku, ani żądać od ciebie pod groźbą użycia siły lub pozbawienia cię wolności, abyś płacił podatki. 


[1] Na ten temat zobacz R. Nozick, Anarchia, państwo, utopia, Warszawa 1999, s. 202-205

[2] B. Williams, Ile wolności powinna mieć wola?, Warszawa 1999, s. 171-172

[3] R. Nozick, Socratic Puzzles, Cambridge, Mass., 2000, s. 15-44

[4] M. Rutkowski, Czy polityka wymaga odrębnej moralności?, w: Polityka i etyka w ujęciu filozoficznym i systemowoteoretycznym, red. J. Brejdak, W. Stegmaier. I. Ziemiński, Szczecin 2003, s. 10-11.

[5] T. Nagel, Pytania ostateczne, Warszawa 1997, s. 112. Na ten temat zob. L. Murphy, T. Nagel, The Myth of Ownership. Taxes and Justice, New York 2002, rozdz. 2: “Traditional Criteria of Tax Equity”

[6] Piszę o tym obszernie w książce  Nieposłuszeństwo wobec prawa, Warszawa 2011. W dalszej części wykorzystuję również inne zawarte tam tezy.

[7] Korzystam z uwag R. Dworkina, Biorąc prawa poważnie, Warszawa 1998, s. 278-281

[8] J. Rawls, Teoria sprawiedliwości, Warszawa 1994. S. 159. Treść zasady Rawls zapożyczył prawie dosłownie od  H.L.A. Harta, Are There Any Natural Rights?, Philosophical Review 1955, t. 64, s. 185. Jej pierwotna wersja znajduje się natomiast w: C.D. Broad, On the Function of False Hypotheses in Ethics, International Journal of Ethics 1916, t. 26. s. 377-379.

 

Profesor Uniwersytetu Szczecińskiego, kierownik Zakładu Etyki Instytutu Filozofii US. Autor kilku książek naukowych z dziedziny metaetyki i etyki praktycznej
Spodobał Ci się artykuł? Subskrybuj biuletyn i podziel się z innymi!
URL Trackback dla tego wpisu na blogu

Komentarze

  • Wacław Janikowski
    Wacław Janikowski wtorek, 28 maja 2013

    Podatek na rzecz współobywateli w potrzebie

    Człowiek podlega pewnym moralnym obowiązkom względem społeczności, w której żyje. W stosunku do społeczności, jaką jest państwo, mówimy o obowiązkach obywatelskich. Co lub kto ma stanowić, jaki konkretnie jest ten zestaw obywatelskich powinności? To, że obywatel podlega obowiązkom obywatelskim, jest prawdą analityczną, zawartą w samej definicji rzeczowej bycia obywatelem. Oczywiście nie wszystkie z nakładanych przez państwo obowiązków prawnych ma uzasadnienie moralne. Tautologią jest natomiast powiedzenie, że wszystkie słuszne moralnie stanowione przez państwo wobec swoich obywateli wymagania prawne są przedmiotem moralnego obowiązku, jakim ci obywatele podlegają. Etyka utylitaryzmu reguł podpowiada, że muszą istnieć jakieś dość ogólne metanormy wyznaczające kryterium zasadności nakładanych przez państwo obowiązków, ale również określające (choć niekoniecznie ściśle), kiedy obywatel ma moralne prawo do obywatelskiego nieposłuszeństwa względem pewnych stanowionych wymogów. Aby ustalić treść owych metanorm, należy zgodzić się na pewne formalne zasady określające relacje między normami moralnymi a normami prawnymi. Wydaje się, że nawet te bardzo ogólne zasady formalne mogą się różnić w zależności od tego, w jakim ustroju państwowym żyje obywatel. Etyka nie może być bowiem domeną pozbawioną pragmatyczności. Tak więc np. dla utylitarysty jest oczywiste, że w ustroju demokratycznym normy nakładane przez państwo powinny być sprawiedliwe. W tym przynajmniej wypadku nie ma funkcjonującej publicznie etyki bez przyjęcia jakichś fundamentów określających pojęcie sprawiedliwości, które ma być regulatorem moralności publicznej i obywatelskiej. Drugą zasadą formalną wynikającą z warunku pragmatyczności, jest ta, iż nie wolno pozwalać sobie na łamanie ustanowionego w sposób legalny prawa, nawet w imię demonstracji obywatelskiego nieposłuszeństwa, w każdym wypadku, gdy obywatel ma zasadne przekonanie o niesprawiedliwości danego przepisu. Wobec czego rozsądne jest przyjęcie, że trzecią formalną zasadą jest ta: wolno łamać przepis prawa w sytuacji, gdy ma się bardzo dobrze uzasadnione przekonanie, że ten przepis w sposób rażący odbiega od reguł sprawiedliwości. Z jasnych powodów zasada ta nie ma charakteru ścisłego kryterium, zatem to, co można uznać za stopień „rażący” pozostaje w gestii sumiennego (rzetelnego) oszacowania konkretnego wypadku przez konkretnego obywatela.

    Jednym z fundamentów pojęcia sprawiedliwości jest to, że nie może być uznanym za niesprawiedliwe prawo stanowione nakładające obowiązek pokrywający się z daną istniejącą powinnością moralną. Czwartą zasadą formalną jest zatem łatwa do udowodnienia zasada mówiąca, że należy przestrzegać każdego takiego przepisu prawa, który nakazuje robić to, co jest słuszne moralnie. Tak np. z moralnego obowiązku pomagania osobom w sposób niezawiniony ciężko cierpiącym wynika, że jeśli państwo nakłada obowiązek prawny płacenia podatku, który będzie przeznaczony na rzecz pomocy takim osobom (będącym w każdym razie jego obywatelami), to realizacja tego obowiązku jest przedmiotem powinności moralnej.

    Ponieważ z powodów pragmatycznych (jak liczenie się z możliwościami psychicznymi podmiotów, na których ma ciążyć jakaś powinność moralna) musi być wyznaczona jakaś rozsądna miara obowiązku dobroczynności, czy pomagania cierpiącym, jasne jest, że również w wypadku pochodnego moralnego obowiązku przestrzegania prawa nakazującego pomaganie niezawinienie ciężko cierpiącym, wymóg płacenia odnośnego podatku musi mieścić się w pewnych rozsądnych z pragmatycznych względów granicach. Względem samego moralnego obowiązku dobroczynności rozsądne wydaje się przyjęcie miary określonej w regule: „Powinniśmy pomagać potrzebującym i jest to obowiązek tym silniejszy, im większa jest potrzeba, którą można by zaspokoić; nie jest jednak obowiązkiem takie niesienie pomocy, które pomniejszałoby nasze zadowolenie z życia”. Pochodną regułą określającą miarę obowiązku płacenia rzeczonego podatku jest następująca reguła: „Powiniśmy płacić podatek na rzecz pomocy ciężko (i niezawinienie) cierpiących współobywateli, chyba że byłby on tak wysoki, że czynienie tego zmniejszałoby nasze zadowolenie z życia”. Przy wyznaczaniu zasadności moralnego obowiązku płacenia tego rodzaju podatku trzeba uwzględnić oczywiście również inne czynniki, takie, jak np. kwestię, czy funkcjonowanie określonego podatku nie demoralizuje osób, na pomoc którym byłby on przeznaczany, poprzez osłabienie ich motywacji do podjęcia pracy, etc. W wypadku obu reguł należy pamiętać, że z punktu widzenia pragmatycznie uzasadnionej trwałości omawianych obowiązków nie można uznać za rozsądną taką interpretację, w której stopień szacowanego zadowolenia z życia wyznaczany by był każdorazowo przez krótkotrwałą ocenę tego stopnia, np. zależnie od jednodniowego nastroju. Wartością, która powinna stanowić stawkę w zastosowaniu obu reguł, jest więc raczej względnie długotrwały średni stopień zadowolenia ze swojego życia.

    Zob tez. http://etykapraktyczna.pl/wpis/2013/05/17/miara-obowiazku-dobroczynnosci

  • Gość
    Adriana Schetz czwartek, 30 maja 2013

    Łagodzenie niesprawiedliwości

    Mam dwie uwagi:
    (1) Wydaje mi się, że błędem jest zakładanie, że płacenie podatków pokrywa roszczenia tzw. "innych". Idea nakładania obowiązku podatkowego jest taka - przynajmniej w rozumieniu Nagela, który zostaje w artykule przywołany - że dochód uzyskany z puli podatkowej ma wyrównywać nierówności społeczne. Po prostu tak to już jest, że jeden ma tyle, że mu wystarcza, a może nawet więcej, zaś inny nie jest w stanie utrzymać się z własnych środków przy życiu. Dobrze, gdy jesteśmy tym pierwszym, może się jednak zdarzyć, że znajdziemy się okresowo w sytuacji tego drugiego. Wówczas pula podatkowa zostanie uszczuplona nie przez jakiegoś "innego", ale przez nas samych.
    (2) Przychód z racji obowiązku podatkowego pozwala na opłacenie pracy, którą wykonują za nas inni: są to rozmaite prace remontowo-usługowo-logistyczne.
    (3) Wracając do Nagela: ja nie dostrzegam u niego niekonsekwencji polegającej na przejściu od deontologii do konsekwencjalizmu. Przeciwnie, wydaje mi się, że jest bardzo konsekwentny; broni idei obowiązku pomagania tym, którzy znaleźli się nie ze swojej winy w potrzebie. Pomoc ta miałaby polegać na dzieleniu się z nimi tym, co się ma. Najłatwiej dzieli się zaś pieniądze.
    (4) Nie wydaje mi się też słuszne twierdzenie, że pracujemy kilka godzin tygodniowo za darmo, gdyż pracodawca odbiera nam część wynagrodzenia na pokrycie własnych (tj. podatkowych) kosztów. Nasza pensja wynosi tyle a tyle, i odprowadzamy od niej taki a taki podatek. Pracodawca ma przychód w takiej a takiej wysokości i też odprowadza od niego podatek.

    Podsumowując, do mnie stanowisko Negela przemawia. Obowiązek płacenia podatków zyskuje na gruncie jego podejścia charakter nakazu etycznego odwołującego się do idei powinności łagodzenia niesprawiedliwości powstałych z winy losu a nie nas samych (w sensie nieroztropnego podejmowania decyzji). Jeśli ktoś rodzi się w rodzinie bardzo ubogiej, ale jest wybitny powiedzmy z matematyki czy filozofii, to niechby miał szansę uczyć się w dobrej szkole dzięki naszym podatkom. Jeśli ktoś na skutek choroby, wypadku itp. traci zdolność do pracy i otrzymuje głodową rentę, z której ma opłacić kosztowne leczenie, niechby miał szansę żyć godnie dzięki pieniądzom tych, których nie spotkało podobne nieszczęście. Wreszcie, niech pan Władek otrzyma wynagrodzenie za to, że zalepił paskudną dziurę w jezdni i nikt więcej nie urwie w niej koła. Oczywiście patogenna machina dzielenia dochodów z podatku może zniechęcać do idei obowiązku podatkowego. To jest jednak zupełnie inna kwestia. Nagel pewnie by powiedział w ten sposób (jak mogę przypuszczać): Powinniśmy pomagać tym, którzy tego potrzebują. Płacenie podatków jest formą takiej pomocy. Jeśli nie lubimy płacić podatków, to po prostu nie lubimy pomagać innym.

  • Krzysztof Hubaczek
    Krzysztof Hubaczek niedziela, 02 czerwca 2013

    Dwie uwagi...

    Ad 2) Jeśli w zdaniu: "Przychód z racji obowiązku podatkowego pozwala na opłacenie pracy, którą wykonują za nas inni: są to rozmaite prace remontowo-usługowo-logistyczne" słowo "pozwala" ma wskazywać na condition sine qua non, to zdanie to jest fałszywe. "Rozmaite prace remontowo-usługowo-logistyczne" wykonywane były zanim pojawił sie na świecie PIT (czyli nieco ponad wiek temu).

    Poza tym ta Twoja uwaga potwierdza mój pierwszy wpis: miesza się tu rożne funkcje podatków. Nie zawsze podatki służą redystrybucji.

    Ad 4) "Nie wydaje mi się też słuszne twierdzenie, że pracujemy kilka godzin tygodniowo za darmo, gdyż pracodawca odbiera nam część wynagrodzenia na pokrycie własnych (tj. podatkowych) kosztów. Nasza pensja wynosi tyle a tyle, i odprowadzamy od niej taki a taki podatek. Pracodawca ma przychód w takiej a takiej wysokości i też odprowadza od niego podatek." - nie rozumiem w jaki sposób dwa ostatnie zdania mialyby podważać krytykowane twierdzenie ze zdania pierwszego.

    Poza tym, zgodnie z obowiązującym prawem, koszty pracy poza wynagrodzeniem netto, czyli tzw. klin podatkowy -przymusowe obciążenia (podatkowe i ZUSowe) ponosi zarówno pracobiorca (od płacy brutto) jak i pracodawca (ubezpieczenia społeczne). Oczywistym jest, iż koszt ten musi być z czegoś pokryty - oczywiście pracodawca odciąga to od naszych wynagrodzeń, nawet jeśli teoretycznie wypłaca to z własnej puli. Po prostu wkalkulowuje to przy ustalaniu naszych zarobków. Zatem cześć naszej pracy nie idzie "na nas", tylko - niczym pańszczyzna - trafia do fiskusa. De facto pracujemy zatem za darmo, tj. nie otrzymujemy wynagrodzenia za część swej pracy, tylko jest ono przekazywane komuś innemu (odbiera za na je państwo). Zresztą, chyba pojęcie "dnia wolności podatkowej" jest Ci znane? ;)

  • Krzysztof Hubaczek
    Krzysztof Hubaczek piątek, 31 maja 2013

    Krótka uwaga ekonomisty: podatki, ale jakie?

    Z przyjemnością przeczytałem powyższy wpis nt obowiązkowości podatków. W przeciwieństwie do Adriany i Wacka, uważam zawarte w nim idee za słuszne, a rozumowania za poprawne. Mam tylko jedno małe "ale": w moim odczuciu tekst jest w pewnym aspekcie niejasny - po jego lekturze nie jestem pewien, czy Autor krytykuje obowiązek płacenia podatków in genere (w tym podatków pośrednich, obrotowych, ceł, akcyz etc.), czy tylko płacenia podatków dochodowych (raz pojawia się nawet sugestia iż chodzi o przychody, a nie dochody!); czy krytykuje wszelkie racje nakładania podatków (vide krytyka przymusowości), czy tylko funkcje redystrybucyjną (na co wskazywałaby pierwsza część tekstu). Pod tymi względami cel tekstu jest bowiem niejasny, a co za tym idzie niejasna jest ostateczna teza.

    Druga moja uwaga pomogłaby uniknąć meandrycznych zarzutów, jakie wytoczył np. Wacław: dotyczy ona mieszania, tj. zbyt łatwego, nieuzasadnionego należycie przechodzenia od porządku norm, obowiązków moralnych, do porządku przymusu prawnego. Wacław pisze: "Jednym z fundamentów pojęcia sprawiedliwości jest to, że nie może być uznanym za niesprawiedliwe prawo stanowione nakładające obowiązek pokrywający się z daną istniejącą powinnością moralną." Otóż tak zakreślona relacja między moralnością a prawem stanowionym wydaje mi sie nie tyle "jednym z fundamentów sprawiedliwości", ale raczej wyrazem integrystycznej (aby nie powiedzieć "totalitarnej") wizji prawa. Z moralnego obowiązku nie wynika racja przymusu prawnego. Przeświadczenie, iż moja powinnością jest być szczerym względem przyjaciół, nie stanowi przesłanki do tego, aby państwo wprowadzało normę prawną (czytaj: przymus!) w tej kwestii. Analogicznie jest z powinnością pomocy biedniejszym. Opozycją do tak rozumianej totalitarnej wizji prawa stanowionego jest wizja polegająca na postulowaniu zabezpieczania praw i wolności innych osób, a nie sankcjonowaniu prawnym powinności moralnych. Jeśli przyjąć te ostatnią perspektywę, norma dobroczynności w żaden sposób nie przekłada się na uzasadnienie podatków redystrybucyjnych. Jawnym fałszem jest zatem teza Adriany: "Jeśli nie lubimy płacić podatków, to po prostu nie lubimy pomagać innym.". Nie ma bowiem żadnej sprzeczności w jednoczesnym postulowaniu obowiązku dobroczynności i sprzeciwie wobec redystrybucyjnego fiskalizmu.

  • Gość
    Adam sobota, 01 czerwca 2013

    Uzupełniając przedmówcę

    "Jednym z fundamentów pojęcia sprawiedliwości jest to, że nie może być uznanym za niesprawiedliwe prawo stanowione nakładające obowiązek pokrywający się z daną istniejącą powinnością moralną." - owszem, może; przynajmniej wtedy,jeżeli stosowanie tego prawa uniemożliwiałoby realizację tej powinności moralnej w wyższym stopniu niż jej sprzyjało - co szczególnie łatwo pokazać na przykładzie ekonomicznym. Jeżeli policjant,prokurator i sędzie karzący osobę nie płacąca redystrybuowanych podatków kosztują więcej niż te podatki,to tego typu karanie nie może być moralne. Nie może w ogóle mieć sensu. Ale socjaliści uparcie popełniają ten sam błąd, dostrzegają tylko jedną stronę medalu, nie porównują rozwiązań z ich alternatywami, skutków pozytywnych z negatywnymi itd....

  • Gość
    Adriana Schetz niedziela, 02 czerwca 2013

    Pomieszanie z poplątaniem

    Czyli rozmawiamy o ekonomii i polityce, nie o etyce. W takim razie oczywiście, że nie powinniśmy płacić podatków. Filozofia jednakże nic do tego nie ma.

  • Krzysztof Hubaczek
    Krzysztof Hubaczek niedziela, 02 czerwca 2013

    Filozofia praktyczna, czyli co na to Arystoteles...

    Przyznam szczerze, że nie rozumiem Twej uwagi Adriano. Jeśli bowiem przyjąć starą dobrą perspektywę Arystotelesa, etyka jak i polityka (tj. f. polityki) mają się tak samo do filozofii ;) Pomijając nawet fakt, iż zagadnienie podatków dotyczy raczej polityki niż etyki (w Arystotelesowskim tych słów znaczeniu), nie rozumiem dlaczego filozofia "nie ma nic do tego", czy można przymuszać (!) do oddawania swoich dochodów komuś innemu. W moim przekonaniu jest to wysoce niemoralne - ergo w szerokim sensie jak najbardziej podlegające etycznej czy filozoficznej refleksji.

  • Gość
    Adriana Schetz poniedziałek, 03 czerwca 2013

    Gdzie tu filozofia?

    Rzecz w tym, że jak się analizuje aktualną sytuację polityczno-ekonomiczną, to oczywiście wychodzi raczej na to, że nie należy płacić podatków. Z tym się zgadzam, ale tylko dlatego, że nie odpowiada mi sposób dystrybuowania zasobów finansowych pozyskanych z puli podatkowej. Jednak, z tego, że status quo jest jaki jest nie wynika jeszcze, że idea opodatkowywania członków danego społeczeństwa jest moralnie niesłuszna czy naganna. Starałam się pokazać alternatywny punkt widzenia, do prezentowanego prze Mirka, tj. taki, w którym "idea podatków" jest taka, że są pewnym narzędziem w organizowaniu czegoś co można nazwać sferą moralną. Tak to rozumie Nagel i do tego się odwołałam. Wydaje mi się, że wiele osób nie chce płacić podatków nie dlatego, że czują się do tego przymuszeni, tylko dlatego, że mają poczucie, że ktoś ich okrada, bo ich pieniądze są źle zarządzane. Ale to nie jest sprawa filozofa. Filozof powie, że skoro jest obowiązek moralny, to i jest swego rodzaju przymus, i nie ma się co rozklejać nad swoim losem. Jeśli ktoś ma poczucie, że inny go okrada, to powinien wykazać inicjatywę polityczną czy ekonomiczną czy jeszcze inną, by tak rzec, praktyczną i nie mieszać do tego filozofii. Takie jest moje zdanie. Po prostu nie widzę tu żadnego, choćby najmniejszego problemu filozoficznego. Problem dotyczy raczej tego, czy w ogóle mamy obowiązek pomagać innym, ale ten pojawia się tylko wówczas, gdy przyjmie się punkt widzenia Nagela, że podatki mają wyrównywać niesprawiedliwość społeczną itp. A Nagela Mirek postponuje, więc nie o takie stanowisko mu chodzi.

  • Krzysztof Hubaczek
    Krzysztof Hubaczek poniedziałek, 03 czerwca 2013

    Filozof i jego dziurawe rozumowanie ;)

    Nie wiem Adriano, na jakiej podstawie uważasz, iż w tej dyskusji "analizuje się aktualną sytuację polityczno-ekonomiczną" ;) Wprost przeciwnie - wbrew temu, co piszesz, chodzi w właśnie o tezę, iż "idea opodatkowywania członków danego społeczeństwa jest moralnie niesłuszna czy naganna" - przynajmniej w jakimś wymiarze (redystrybucjonizm).

    Podatki, czy w ogole prawo jako narzędzie "w organizowaniu czegoś co można nazwać sferą moralną" to idea, ktorą - na szczęście!!! - nie wszyscy podzielają. Idea taka nie tylko domaga sie uzasadnienia (jak to zawsze w filozofii bywa), ale budzi u wielu ludzi moralną odrazę (u niżej podpisanego również). Nie można jej zatem tak bezrefleksyjnie postulować i głosić, że skoro istnieje obowiązek moralny dobroczynności to nakaz prawny płacenia podatków jest tym samym uzasadniony. Toż to jakiś kuriozalny przeskok myślowy! Starałem sie to już naświetlić wyżej: "Z moralnego obowiązku nie wynika racja przymusu prawnego. Przeświadczenie, iż moją powinnością jest być szczerym względem przyjaciół, nie stanowi przesłanki do tego, aby państwo wprowadzało normę prawną (czytaj: przymus!) w tej kwestii." Prawo (w tym prawo podatkowe) nie jest narzędziem sankcjonowania ładu moralnego - jest bardzo źle, jeśli temu służy. Nazwałem to nie przez przypadek totalitarną wizją prawa. Prawo jest postrzegane jako narzędzie sankcjonowania ładu moralnego w państwach totalitarnych, wyznaniowych - dokładnie tak postrzegane jest np. w Iranie. W państwie liberalnym prawo nie jest po to, by wcielać w życie ideały moralne, zmuszać ludzi do przestrzegania przykazań, Szariatu etc., ale od tego, by zabezpieczyć wolności obywatelskie. Rozumiem, że opowiadasz, się za pierwszą, a nie drugą wizją prawa. Ale filozofia to coś więcej niż "pokazać alternatywny punkt widzenia", to go uzasadnić. Kiepska to filozofia, która dokonuje przeskoku od moralnej powinności, do sankcji prawnych.

  • Krzysztof Saja
    Krzysztof Saja poniedziałek, 03 czerwca 2013

    libertarianizm a sprawiedliwość

    Tekst jest bardzo ciekawy i zmusił mnie do podjęcia namysłu na kolejną "oczywistą" sprawą. Jednak nie zgadzam się z jego konkluzjami. Mam kłopot z podstawową przesłanką, na której całe to rozumowanie jest zbudowane. Nazwę ją:

    Tezą o sprawiedliwości zarobków i możliwości: Zyski z pracy większości osób w społeczeństwie polskim są sprawiedliwie rozdzielone, podobnie jak zdolności, siły i zasoby.

    Jeśli powyższe byłoby prawdą, Autor ma racje: zabieranie mi części tych sprawiedliwych zarobków uznać należy za formę kradzieży. Nawet jeśli dzieje się ona w imię pomocy. Jestem jednak przekonany - i podejrzewam że większość zwolenników podatków również, że powyższa teza jest fałszywa.
    Nie ma niczego sprawiedliwego w tym, że pewne pokolenie mogło np. kupić sobie mieszkanie za 5 krotność swojej pensji lub dostawało je od Państwa za "wysługę lat", inne natomiast musi wydać stu lub dwustu krotność swojej pensji. Pamiętać przy tym należy, że duża część tych PRL'owskich zasobów wybudowana została na kredyt, który spłacają przyszłe pokolenia.
    Nie ma nic sprawiedliwego w tym, że ktoś odziedziczył majątek i pracując 4 godziny dziennie zarabia 10000x więcej niż ktoś, kto ciężko haruje po 12 godzin, a brakuje mu jedynie bądź odwagi, bądź przedsiębiorczości, bądź czasu, bądź zdrowia, bądź informacji, bądź koneksji. itd. NATURALNE RÓŻNICE MIĘDZY LUDŹMI NIE USPRAWIEDLIWIAJĄ SPOŁECZNYCH I EKONOMICZNYCH NIERÓWNOŚCI MIĘDZY NIMI. Nie ma nic sprawiedliwego w tym, że ktoś był Milicjantem SB w PRL'u i dziś ma wczesną i wyższą emeryturę niż wysokowykwalifikowany pracownik naukowy. ŚWIAT NIE JEST SPRAWIEDLIWY, podobnie uzyskiwane przychody z pracy, posiadany majątek, możliwości, zdolności, choroby, itd.
    Jak sama nazwa wskazuje, sprawiedliwość redystrybutywna polega właśnie na wyrównywaniu tej niesprawiedliwości. Podatki są jedną z prostszych form wyrównywania niesprawiedliwości. Jeśli więc:
    1. Zasoby nie są sprawiedliwie uzyskiwane. Owa niesprawiedliwość ma "globalny, systemowy charakter". We współczesnej Polsce nie istnieje osoba, o której z całą pewnością można byłoby powiedzieć, że jej zasoby i dochody są sprawiedliwe. Tzw. "wolny rynek", tym bardziej w Polsce, nie jest sprawiedliwy.
    2. Sprawiedliwość redystrybucyjna wymaga rekompensowania i dystrybuowania dóbr.
    3. Sprawiedliwość z (2) jest obowiązkiem mocnym, który egzekwować możemy również pod przymusem
    4. Podatki są wyrazem (2) sprawiedliwości redystrybutywnej.
    5. Podatki są moralnie uzasadnione

  • Krzysztof Hubaczek
    Krzysztof Hubaczek poniedziałek, 03 czerwca 2013

    Przesłanka której nie było ;)

    Ja zaś mam kłopot z dostrzeżeniem, dlaczego Twoim Krzyśku zdaniem, powyższe rozumowanie miałoby być oparte na przesłance "Zyski z pracy większości osób w społeczeństwie polskim są sprawiedliwie rozdzielone, podobnie jak zdolności, siły i zasoby". Nie tylko nie znajduje takiej przesłanki w tekście, ale co więcej - sam uważam ją za fałszywą mimo iż podzielam konkluzję tekstu. Nie ma bowiem związku pomiędzy rzekoma przesłanką a całym wywodem. Jeśli już powołujesz się w tytule na libertarianizm, to libertarianizm nie głosi rzekomej przesłanki - wprost przeciwnie. Świat nie jest sprawiedliwy. Nie znaczy to jednak, że sprawiedliwym jest zabierać komuś owoce jego pracy.

    Ja zaś mam problem z Twoja przesłanką nr 3. Jak i w ogóle z tym co to znaczy "sprawiedliwie rozdzielone zasoby"? tzn. jak? Wg. jakiego kryterium?

    PS Uważaj Krzyśku na chaos pojęciowy jaki wprowadzasz: przesłanki 4 i 5 powinny mówi nie o podatkach tout court, ale o redystrybucyjnej funkcji podatków. Są bowiem podatki, które z redystrybucją nie mają nic wspólnego, zaś ich uzasadnienie nie ma nic wspólnego z ideą sprawiedliwości redystrybutywnej.

  • Wacław Janikowski
    Wacław Janikowski środa, 05 czerwca 2013

    Nieporozumienie w sprawie integrystycznej wizji prawa

    Twierdzenie, że „należy przestrzegać każdego takiego przepisu prawa, który nakazuje robić to, co jest słuszne moralnie” (moja czwarta zasada formalna) nie oznacza, ani nie implikuje tezy, iż czynienie przez państwo każdej powinności moralnej obowiązkiem prawnym jest słuszną strategią. Z łatwo dostrzegalnych względów praktycznych nie byłoby np. słuszne, aby państwo ustanowiło prawny nakaz bycia szczerym każdego obywatela wobec jego przyjaciół, mimo iż taka szczerość wydaje się być uzasadnionym obowiązkiem moralnym. Istnieją jednak również i takie reguły moralne, które państwo powinno wspierać przepisami prawa. Tak np. etyka wymaga od rodziców opieki nad swoimi niedorosłymi dziećmi, a ponieważ nie wszyscy rodzice wywiązują się z tego obowiązku, tak ważnego dla minimalnych warunków dobrego życia ich dzieci, państwo słusznie ujmuje się za nimi, umacniając regułę moralną odpowiednimi przepisami prawa alimentacyjnego. Sądzę, że podobna sytuacja zachodzi w wypadku minimalnego obowiązku dobroczynności. Prawdziwość tego twierdzenia nie jest zależna od konkretnych sposobów polityki redystrybucji środków uzyskanych z podatków. Jest to bowiem odrębna kwestia: czym innym jest ogólna zasadność tezy o jakimś stopniu rozsądnego wymagania przez państwo uczestniczenia w pomocy współobywatelom, którzy nie z własnej winy znaleźli się w bardzo nieszczęśliwym położeniu (np. osieroconym kalekom), a czym innym prawidłowa, oszczędna i efektywna realizacja takiej polityki. Zgodnie z postawioną powyżej trzecią zasadą formalną, jeśli zachodzi sytuacja, w której rzeczywista polityka ściągania i redystrybucji podatków nie spełnia rzekomej uzasadnionej funkcji etycznej, mamy moralne prawo do niezgody na odnośne przepisy prawa.

  • Krzysztof Hubaczek
    Krzysztof Hubaczek czwartek, 06 czerwca 2013

    Świeckie państwo wyznaniowe, czyli o idei egzekucji obowiązków moralnych poprzez prawo stanowione.

    Czy tytuł niniejszego komentarza zawiera sprzeczność? Jak można mówić o świeckim państwie wyznaniowym? Otóż można! Państwo wyznaniowe, oprócz pewnych cech instytucjonalnych, charakteryzuje się m.in. tym, iż prawo stanowione, prawo państwowe traktowane jest jako narzędzie egzekucji zasad religijnych, w tym głownie kodeksu etycznego danej religii. Patrząc z tej perspektywy, o państwie wyznaniowym możemy mówić również w wersji świeckiej! Rożnica polega jedynie na tym, że zamiast kodeksu moralnego jakiejś religii, prawo ma egzekwować kodeks moralny jakiejś świeckiej etyki, wcielać w życie jakiś ideał moralny (vide: "ideał człowieka socjalistycznego" w PRL). Taką wizję relacji między prawem a moralnością określam mianem integrystycznej czy totalitarnej. Przeciwstawiam ją wizji liberalnej, wedle której funkcją prawa jest nie egzekucja zasad moralności, ale - tylko i aż - ochrona życia i wolności obywatelskich. Nie oznacza to, że w państwie liberalnym nie istnieją socjologiczne narzędzia wspierania czy promowania zasad moralnych - istnieją, ale na poziomie społeczeństwa obywatelskiego, nieformalnej kontroli społecznej, a nie na poziomie przepisów prawa stanowionego.

    Istotą przedstawionego wyżej podziału jest, jak już napisałem, postrzeganie tego, jaka jest funkcja prawa stanowionego i jego relacja do moralności. Nie jest istotne jednak dla wyżej przedstawionej integrystycznej wizji prawa to, czy państwo egzekwuje prawnie wszystkie możliwe obowiązki moralne, czy tylko niektóre. Stwierdzasz Wacku, iż istnieją "takie reguły moralne, które państwo powinno wspierać przepisami prawa", podając przykład obowiązku opieki rodziców nad niedorosłymi dziećmi. Przykład symptomatyczny, gdyż odwołujący sie do osób nie samodzielnych w świetle prawa (czyli nie posiadających pełnej zdolności do czynności prawnych). Po pierwsze, przykład ten dotyczy - jak sam stwierdzasz - "minimalnych warunków dobrego życia (...) dzieci", czyli ich podstawowych praw i wolności, z ochroną ich życia na czele. Po drugie, wszelkie analogie do osób posiadających pełna zdolność do czynności prawnych (nieubezwłasnowolnionych osób dorosłych) są w tym momencie wątpliwe, gdyż - w przeciwieństwie do dzieci - nie są oni z definicji zależni od innych osób. W przeciwieństwie do wymogu opieki nad nieletnimi, moralny obowiązek dobroczynności nie ma uzasadnienia jako nakaz prawa stanowionego. Zacznijmy od prostej intuicji moralnej: jeśli opowieść z pierwszego akapitu powyższego tekstu MR odnieść nie do potrzeb obcych osób, a do potrzeb własnych dzieci, większość z nas miała by zupełnie inne odczucia co do obowiązku pomocy. Nie sposób porównywać opieki nad własnym dzieckiem do zaspakajania potrzeb obcych (dorosłych, nieubezwłasnowolnionych) osób. Wreszcie można zadać pytanie, jakie ma być kryterium odróżniania tych zasad moralnych, które winny być prawnie egzekwowane, od tych, które już egzekwowane prawnie być nie muszą. Czy tylko chodzi tu - jak sugerujesz - o trudności praktyczne egzekucji moralności (vide przykład z oszukiwaniem przyjaciół)? A co jeśli takie przeszkody techniczne by zniknęły - pełen totalitaryzm?

    Istnieje jednak jeszcze inna obiekcja przeciw idei wykorzystywania przymusu prawnego do egzekwowania moralności. Czy można sensownie mówić o przymusowej dobroczynności? W moim odczuciu to jakiś bełkot. Jeśli tak to nie ma wręcz logicznej możliwości egzekwowania prawnego dobroczynności. Co więcej, nie ma nawet takiej potrzeby - od tego są przecież NGOsy, cała sfera społeczeństwa obywatelskiego. Kto twierdzi, iż tylko państwo może porządkować życie społeczne, cierpi na ślepotę homo sovieticusa...

  • Gość
    Maciej Skibinski czwartek, 06 czerwca 2013

    Rewolucyjne

    Wniosek z tekstu taki, że państwo jest nieetyczne - trudno wyobrazić sobie państwo funkcjonujące bez podatków lub opierając się na podatkach pobieranych w formie umowy równoprawnych stron. O tyle szokujące, że pogląd wygłoszony przez profesora uczelni publicznej - człowieka żyjącego z podatków innych, których nikt nie pytał o to czy chcą utrzymywać profesora filozofii ;)

  • Krzysztof Saja
    Krzysztof Saja piątek, 07 czerwca 2013

    Obrona Sokratesa

    Panie Macieju, widzę że ma Pan tendencję do niemerytorycznego dyskutowania. Filozofowie nie są jednak po to, aby mówić ludziom to, co chcą usłyszeć. Od tego są politycy. Nasza profesja, sięgająca czasów Sokratesa, polega m.in. na mówieniu i uzasadnianiu rzeczy niepopularnych. Z tego powodu nie jeden odważny filozof miał już problemy (casus Sokratesa).
    Poza tym, teza Autora jest niepopularna jedynie w Polsce. Podejrzewam, że autor zgodziłby się na minimalne podatki, których celem jest budowa dróg, utrzymywanie wojska, policji i minimalnego rządu. Proszę poczytać sobie o uznanym w podręcznikach do filozofii politycznej stanowisku, które nazywa się libertarianizm.

    Odpowiedz Anuluj
  • Gość
    Maciej Skibiński poniedziałek, 10 czerwca 2013

    Obrona Macieja

    Panie Krzysztofie, widzę, że ma Pan dwie tendencje: do idealizowania swojego zawodu/pasji oraz do odnoszenia się w rozmowie do twierdzeń drugiej strony, które nigdy nie padły. Ale miło, że postawił Pan siebie i prof. Rutkowskiego w dziejowym ciągu wraz z Sokratesem, tych którzy mówią rzeczy niepopularne.

    Poza Polską teza Autora, że podatki to zło też jest niepopularna, a ruch libertariański jest relatywnie silny (ale i tak daleki od statusu relewantnego ruchu politycznego) - prawdopodobnie tylko w Stanach Zjednoczonych. Albo inaczej, ludzie nie lubią podatków, ale nie widzą innego bytu, który mógłby ich chronić w wielu różnych sferach życia. Bo w jakim kierunku zwracają oczy gdy zbankrutuje biuro turystyczne?

    I nadal mam wątpliwość, czy nie czują Panowie swoistego dysonansu - postulują pogląd, którego realizacja z ogromnym prawdopodobieństwem zakończyłoby się koniecznością poszukiwania przez Panów nowego zawodu. W państwie minimalnym, instytuty filozofii w miastach wielkości 400 000 raczej nie rokują na zwycięstwo w walce z niewidzialną ręką rynku. Co więcej, aktualnie są Panowie beneficjentami nieetycznego procederu, a to chyba też nieetyczne? ;)

    " Podejrzewam, że autor zgodziłby się na minimalne podatki, których celem jest budowa dróg, utrzymywanie wojska, policji i minimalnego rządu" A to zdanie demaskuje pewne braki w tym tekście. Z tego tekstu taka zgoda na pewno nie wynika, a wręcz mógłbym znaleźć fragmenty, które pośrednio temu przeczą. I przecież chyba nie chodzi o to, na co zgodziłby się autor, ale co jest "etyczne". Dlaczego mój brak zgody na przeznaczanie pieniędzy na wojsko i narzucony obowiązek płacenia podatków, z których to wojsko jest finansowane, miałby być traktowany inaczej niż mój brak zgody na redystrybucję moich podatków?

    Koniec końców, co sądzicie panowie, o poglądach wielu, że rząd minimalny to drastyczne nierówności społeczne, dziedziczenie biedy, rządy korporacji ... (możemy mnożyć, prof. Kochan ująłby to ładniej). Inne pytanie - czy rząd minimalny jest w ogóle realny poza krajami Trzeciego Świata? Kto miałby zajmować się ochroną konsumentów, normami sanitarnymi, stosunkami pracy itp. Likwidacja agend rządowych przełożyłaby te obowiązki w praktyce na wymiar sprawiedliwości, mnożąc koszty jego funkcjonowania wielokrotnie - więcej sędziów, więcej biegłych itd. Chyba, że ktoś wierzy, że w cywilnoprawnych relacjach rynek i dobra marka rozwiążą ogromną większość problemów.

  • Krzysztof Hubaczek
    Krzysztof Hubaczek piątek, 07 czerwca 2013

    Podejrzenia i fakty

    Na obronę p. Macieja warto podkreślić, że choć moje przypuszczenia, dotyczące zgody Autora tekstu na minimalne podatki, są takie jak Twoje Krzyśku, to jednak tekst nie jest jednoznaczny - momentami można odnieść wrażenie, że Autor krytykuje wszelkie (!) podatki (a nie tylko podatki redystrybucyjne). A wtedy wątpliwości p. Macieja nie są pozbawione podstaw.

  • Gość
    Adriana Schetz piątek, 07 czerwca 2013

    Filozof i jego rozbrat z filozofią

    Ale filozofia to coś więcej niż "pokazać alternatywny punkt widzenia", to go uzasadnić. Kiepska to filozofia, która dokonuje przeskoku od moralnej powinności, do sankcji prawnych.


    Krzysiek, ja w ogóle nie twierdzę, że powinność moralna powinna przekładać się na, jak to określiłeś, sankcje prawne. Miałam na myśli to, że np. powinność moralna niesiania pomocy innym może być, jak to pokazał Nagel, realizowana w ten sposób, że dzielimy się z innymi swoimi dochodami. Obawiam się, że lubisz interpretować słowa innych wedle swoich upodobań. Nie wiem, na jakiej podstawie przypisujesz mi utożsamienie pojęcia "sfery moralnej" z "porządkiem prawnym". Zadziwiasz mnie w tym. Obowiązek jest w mojej wypowiedzi tak samo rozumiany, jak w przypadku, gdy przy założeniu, że powinniśmy nieść pomoc innym, mamy obowiązek (moralny! prawu stanowionemu nic do tego) wyciągnąć tonącego z wody (przy założeniu, że temu rzecz jasna potrafimy podołać), nawet jeśli przy tym zniszczymy sobie buty za 500 zł. Rozumowanie jest proste. Nie rozumiem Twojej złośliwości. Chyba ostatnio fair paly jest Ci obca.

  • Krzysztof Hubaczek
    Krzysztof Hubaczek piątek, 07 czerwca 2013

    Meritum czy brak fair play? Czyli o różnicy między podatkiem a jałmużną

    Adriano! Niepotrzebnie przypisujesz mi złośliwość. Kluczem hermeneutycznym moich interpretacji nie są "moje upodobania" ale kontekst naszej rozmowy (jakim jest przede wszystkim powyższy artykuł)! Nie rozumiem tego oburzenia - twierdzisz teraz, że pisałaś o moralnej powinności, a nie mówiłaś nic o prawie stanowionym (a ja rzekomo to sobie dopowiadam). Dziwisz się: "Nie wiem, na jakiej podstawie przypisujesz mi utożsamienie pojęcia "sfery moralnej" z "porządkiem prawnym""...

    Adriano! Przecież rozmawiamy o podatkach! Czyli o prawnym przymusie oddawania swych dochodów państwu. Nie rozmawiamy o powinnościach moralnych tout court. Nie dyskutujemy o tym, czy Jaś powinien (!) podzielić się swoimi dochodami ze Stasiem. Rozmawiamy o tym, czy państwo ma prawo siłą zabierać Jasiowi dochody. Dlatego właśnie piszę o prawie stanowionym i jego relacji do moralności - nie jest to żadna złośliwość ani zagranie nie fair, tylko... taki jest temat tej dyskusji. Nie potrzebnie się unosisz.

    Poza tym, teraz to ja już zupełnie nie rozumiem Twojego stanowiska. Teraz piszesz, że wypowiadasz się o obowiązkach moralnych a "prawu stanowionemu nic do tego" (czyli jak rozumiem prawu podatkowemu również), a wcześniej (w odniesieniu do Nagela) że "Jeśli nie lubimy płacić podatków, to po prostu nie lubimy pomagać innym.". I kto tu zrównał kwestie moralne (pomoc innym) z kwestiami prawa stanowionego (podatki)? To nie jest złośliwość - to autentyczne niezrozumienie tego, do czego chcesz nas w tej dyskusji przekonać.

    Pozdrawiam serdecznie, bez cienia złośliwości :)

  • Wacław Janikowski
    Wacław Janikowski sobota, 08 czerwca 2013

    Osoby będące w niezawinionej zależności od pomocy innych

    Warto by zastanowić się, co jeszcze łączy państwa znajdujące się na kuli ziemskiej oraz na liście państw, w których nie istnieją żadne podatki pełniące funkcje redystrybucyjne. Otóż kraje takie można podzielić na trzy grupy: a) kraje niezwykle bogate, ponieważ czasowo korzystające z bardzo cennych surowców naturalnych; b) malutkie kraje utrzymujące się ze światowej spekulacji, same jednak poza usługami finansowymi udzielanych zewnętrznym firmom czy milionerom niemal nie produkujące innych rzeczywistych dóbr; i 3) kraje skrajnej nędzy większości populacji. Oczywiście, przeciwnik jakichkolwiek podatków redystrybucyjnych może powiedzieć, że on mówi, jak powinno być, a nie, jak jest. Sądzę jednak, że fakt, iż we wszystkich rozwiniętych cywilizacyjnie państwach demokratycznych, a nie mogących prosperować na zasadzie a) lub b), funkcjonują (w różnym zakresie) podatki mające pełnić funkcję redystrybucyjną, wskazuje na prawdopodobieństwo, iż bardzo trudno, bądź niemożliwe, jest „na dłuższą metę” pogodzić istnienie demokratycznego ustroju z całkowitym brakiem podatków omawianego rodzaju. Wobec takiego stanu rzeczy przeciwnik jakiejkolwiek redystrybucji podatkowej może po pierwsze uznać, że ustrój demokratyczny jest z gruntu zły moralnie. W takim razie powinien zaproponować jakąś realną alternatywę; przy tym aby wyjść poza tautologię, winna być ona zdefiniowana inaczej niż przez iunctim: demokracja taka, jak inne, ale bez podatków redystrybucyjnych.

    Na pewno nie zamierzam spierać się z Krzysztofem Hubaczkiem (mamy w dyskusji dwóch Krzysztofów) o to, czy na świecie byłoby lepiej, gdyby nie istniały żadne podatki mające spełniać funkcję redystrybucji. Czy na pewno byłoby lepiej, gdyby nie istniało w żadnej postaci obowiązkowe ubezpieczenie emerytalne, ani jakiekolwiek obowiązkowe ubezpieczenie zdrowotne? Nie będę wchodził w tę dyskusję, ponieważ z doświadczenia wiem, że może się ona skończyć niedobrymi emocjami po obu stronach. Wyrażę tylko swoje tezy: 1) wcale nie jest pewne ani to, że taki stan rzeczy jest możliwy do utrzymania i wprowadzenia na dłuższą metę; co więcej, sądzę, iż jest pewnym, że to nie jest pewne; 2) wcale nie jest pewne, że świat lub kraj, w którym istniał by (trwale, o ile to możliwe) taki stan rzeczy, byłby lepszy; również utrzymuję, że jest pewne, iż nie jest to pewne. W obu wypadkach pomijam z rozważań kraje tak bogate ze względu na złoża kopalne etc., jak Zjednoczone Emiraty Arabskie, że (do czasu) nie potrzebują ściągać od obywateli podatków redystrybucyjnych, i mogą sobie pozwolić, tak jak ZEA, na powszechną opiekę zdrowotną czy system darmowej edukacji.

    Krzysztofie, pisząc o zasadnym usankcjonowaniu prawnym obowiązku alimentacyjnego, wydajesz się zgadzać na zasadę niezbędnej pomocniczości (NP): państwo powinno pomóc odpowiednimi przepisami prawnymi zabezpieczyć podstawowe interesy osób niewinnie cierpiących i pozostających w niezawinionej zależności od pomocy innych. Do grupy tej należą właśnie a) opuszczone lub ciężko zaniedbane dzieci złych lub chorych rodziców. Do grupy tej należą również b) sieroty (do czasu pełnoletniości), c) osoby ciężko chore i nie będące w stanie zapracować na swoje utrzymanie, jak też d) osoby w podeszłym wieku, z przyczyn losowych nie posiadające środków na utrzymanie. Można by dyskutować, czy lista obejmuje jeszcze jakieś inne grupy, jak np. e) uczniowie z bardzo biednych, cywilizacyjnie podupadłych, regionów kraju, itp. Być może takich grup jest nie pięć, lecz dziesięć. Jeśli zgadzamy się na powyższą zasadę NP, to kwestia, czy państwo powinno pomagać jedynie poprzez ustanowienie prawa pozwalającego na swobodne działanie charytatywnych organizacji pozarządowych, czy też konieczny jest jednak również – dla udzielenia dostatecznej pomocy możliwie największej liczbie osób należących do jakiejkolwiek grupy kwalifikowanej w formule NP – podatek redystrybutywny w jakiejś postaci i zakresie, pozostaje już kwestią faktów, a nie etyki.

  • Gość
    Adam niedziela, 09 czerwca 2013

    Jakiś indeks

    Na jakiej podstawie twierdzi Pan, że kraje o niskich podatkach redystrybutywnych dzielą się na wymienione 3 grupy. Znam wskaźniki wysokości opodatkowania, ale trudno mi znaleźć jakiś wskaźnik opodatkowania redystrybutywnego...

  • Wacław Janikowski
    Wacław Janikowski niedziela, 09 czerwca 2013

    Odpowiedź

    A to jest hipoteza, jaką formułuję śmiało na podstawie mojej wiedzy o państwach i ekonomiach. Jest ona zasadna dopóty, dopóki ani ja, ani nikt mi jej nie sfalsyfikuje. Tu należy zauważyć, że w całej dotychczas prowadzonej dyskusji mówimy właściwie o podatkach redystrybucyjnych w wąskim sensie: tj. przeznaczanych na pomoc potrzebującym i zależnych od innych obywatelom. W sensie szerszym redystrybucja podatkowa może oznaczać np. inwestycje w autostrady, które służą wszystkim, a nie jakiejś szczególnie ubogiej czy cierpiącej części populacji; utrzymywanie armii i sądownictwa i in. Aby obalić moją typologię-hipotezę, należy wykazać prawdziwość pozytywnej odpowiedzi na pytanie: Czy istnieją państwa, w których nie funkcjonują żadne podatki na cele redystrybucyjne w wąskim, tj. pomocniczym, sensie, a które nie należą do którejś z wymienionych trzech typów? Przypuszczam, że ewentualna falsyfikacja pokazałaby jedynie tzw. wyjątek od reguły.

  • Gość
    Adam niedziela, 09 czerwca 2013

    Czyli na jakiej podstawie oceniać tę wysokość podatków r.

    Hipoteza jest BEZzasadna,póki ktoś jej (nieudanie) nie sfalsyfikuje...
    Nie bardzo rozumiem, jaką Pan dr posiada wiedzę na temat systemów podatkowych, bo nie widzę żadnego ewentualnego jej źródła. Wysokość opodatkowania - owszem, ale opodatkowania redystrybutywnego? Najróżniejsze bajki się opowiada ze szczerą wiarą, np. że Szwecja jest krajem zniewolonym gospodarczo - póki nie ma podstaw do danego twierdzenia w tej kwestii, nie ma co w nie wierzyć...

    Odpowiedz Anuluj
  • Krzysztof Hubaczek
    Krzysztof Hubaczek niedziela, 09 czerwca 2013

    Argumentum ad ignorantiam

    Te śmiałe sformułowania możliwe są tylko i wyłącznie dlatego, że metoda eksperymentalna w naukach społecznych jest praktycznie nie możliwa. Ale również z metodologiczny powodów, pytanie w stylu: "Czy istnieją państwa, w których nie funkcjonują żadne podatki na cele redystrybucyjne?" jest kompletnie bez znaczenia dla tej dyskusji. O czym to niby ma świadczyć, że istnieją bądź nie? 150 lat temu praktycznie nie istniały na świecie kraje, w których podatki pełniły funkcję redystrybutywną, co więcej do niektórych z tych krajów biedni ludzie pchali się jak mogli w celu poprawy swego losu. No ale jak już ustaliliśmy, "tym gorzej dla faktów".. o pardon: "wyjątek od reguły".

  • Krzysztof Hubaczek
    Krzysztof Hubaczek sobota, 08 czerwca 2013

    Czy Janosik prowadził działalność dobroczynną, czyli o różnicy pomiędzy rozdawaniem swojego a cudzego.

    Wacku, Twoja typologia państw, w których podatki nie pełnią funkcji redystrybucyjnych - poza tym że wydaje mi sie dość "sufitowa" (ciekaw jestem podstaw tej typologii) - jest symptomatyczna: opiera się bowiem na cichym założeniu, że albo dany kraj utrzymuje w nędzy większość obywateli (przypadek c), albo dostaje zastrzyki finansowe ze źródeł nie dostępnych w normalnym państwie (przypadek a i b) - np. surowce naturalne. Po pierwsze nie bardzo rozumiem, jaki jest związek między bogactwami naturalnymi (będącymi w posiadaniu państwa jak mniemam) a brakiem podatków redystrybucyjnych - masz zapewne na myśli to, że państwo z zysku ze znacjonalizowanego przemysłu wydobywczego finansuje pomoc społeczną (vide Wenezuela Chaveza), wiec nie musi tego robić z podatków. To co nas różni, to wizja tego, jak powstaje to, co Smith nazwał bogactwem narodów, a co w skróci można określić jako PKB oraz odpowiedz na pytanie: jakie są skuteczne metody bogacenia się narodów. Jako że dla mnie jest oczywiste, iż od mieszania herbata nie staje się słodsza, wiem, że nie poprzez zabieranie przedsiębiorczym aby dać nieprzedsiębiorczym. Historycznym faktem pozostaje to, iż zawsze, podkreślam zawsze (!) ludzie szukali okazji do wyzwolenia się z biedy uciekając z krajów o gospodarce mniej wolnorynkowej do krajów o gospodarce wolnorynkowej. WW alternatywa zdaje sie zakładać, iż PKB wzrasta tylko jeśli mamy złoża naturalne albo inne "cudowne" zastrzyki gotówki z zewnątrz, że ludzie wydobyć się z biedy mogą tylko gdy państwo im da (zabierając wcześniej innym albo sprzedając państwową ropę)... Esencja homo societicusa...


    Ponadto, Twój argument z rzekomej powszechności podatków redystrybucyjnych jest historycznie fałszywy. Po pierwsze z powodów merytorycznych: państwo opiekuńcze z jednej a podatek dochodowy z drugiej, to bardzo młody wynalazek. Takie demokracje jak Amerykańska rozwijały się praktycznie bez jednego i drugiego (vide Ameryka XiX wieku - notabene to właśnie tam miliony ludzi z całego świata szukały szansy na lesze życie - w kraju w którym nie było nawet podatku dochodowego! "Tym gorzej dla faktów"?). Po drugie z powodów formalnych: to, że jakaś generalizacja historyczna jest prawdziwa a danym wycinku czasu, nie stanowi podstawy do żadnych tego typu wniosków: 400 lat temu praktycznie wszystkie kraje Europy były od wieków monarchiami - czy z tego wynikał wtedy wniosek iż "jest prawdopodobne ze na dłuższą metę tylko monarchia jest stabilnym systemem rządów" etc? Nie. Podobnie jest z Twoim wnioskowaniem.

    O Twoim subiektywnym poczuciu pewności/niepewności dyskutować nie będę. Przyjmuję do wiadomości, że w odniesieniu do wymienianych kwestii nie masz pewności.

    Piszesz: "Jeśli zgadzamy się na powyższą zasadę NP, to kwestia, czy państwo powinno pomagać jedynie poprzez ustanowienie prawa pozwalającego na swobodne działanie charytatywnych organizacji pozarządowych, czy też konieczny jest jednak również – dla udzielenia dostatecznej pomocy możliwie największej liczbie osób należących do jakiejkolwiek grupy kwalifikowanej w formule NP – podatek redystrybutywny w jakiejś postaci i zakresie, pozostaje już kwestią faktów, a nie etyki." Czytając to zdanie doznałem szoku... Wynika z niego bowiem iż jest dla Ciebie zupełnie pozaetyczną, nie podlegającą jakikolwiek moralnej ocenie kwestią, czy Jaś pomaga Stasiowi w ramach dobrowolnego działania w organizacji charytatywnej, czy też pod groźba kary zmuszany jest wbrew swej woli do oddania owoców swej pracy państwu. Jeśli tak, to widzę, ze nie dostrzegasz centralnej kwestii powyższego artykułu - przymusowości podatków. Jeśli tak, to rzeczywiście się nie dogadamy, gdyż dla mnie istnieje ogromna aksjologiczna różnica pomiędzy dobrowolną ze swej istoty dobroczynnością, a grabieżą majątku pod groźbą państwowej kary. Jeśli stosowanie przymusu jest dla Ciebie czymś zupełnie pozamoralnym, rozumiem dlaczego tylko z "praktycznych" powodów nie sankcjonowałbyś prawnie uczciwości wobec przyjaciół. Mi to jednak pachnie Orwellem...

    PS Ponadto dodam, iż z EP jako minimalnej zasady pomocniczości (osobom niesamodzielnym życiowo) - w skrócie: zgoda na zrzutkę na renty - nie wynika oczywiście zgoda na pomoc osobom samodzielnym (np. zasiłki dla bezrobotnych). Nawet jeśli się zatem zgodzimy na tak rozumianą minimalną redystrybucję, nie usprawiedliwi ona redystrybucji w szerszej skali. Swoją drogą mam spore wątpliwości, czy EP powinna obejmować osoby, które mogłyby sie zabezpieczyć przed zdarzeniami losowymi (np. poprzez ubezpieczenia).

  • Wacław Janikowski
    Wacław Janikowski niedziela, 09 czerwca 2013

    Może nie stoimy na antypodach

    Krzysztofie, starałem się pisać raczej ściśle, więc proszę zauważ, podchodząc sine ira et studio, że odczytałeś mój ostatni komentarz nie dość ściśle. Po pierwsze, mój komentarz nie prowadzi do implikacji, że gospodarka wolnorynkowa nie jest źródłem bogactw narodów. Sądzę, że nie ma sprzeczności między gospodarką wolnorynkową a minimalnym podatkiem solidarnościowym na rzecz naprawdę poważnie i niezawinienie potrzebujących – może wystarczyłoby ograniczyć grupy docelowe do wymienionych w punktach a)-e). Uważam po prostu za niecywilizowane kraje, w których państwo nie okazuje żadnej solidarności z pokrzywdzonymi przez los (sprawę koniecznych prywatnych ubezpieczeń weźmy na bok, ale nie można się chyba ubezpieczyć od wszystkiego?). Mam bardzo poważne podejrzenie, oparte na wieloletniej obserwacji, że ilość „Jasiów” gotowych do dobrowolnej działalności charytatywnej nie jest wystarczająca dla zapewnienia podstawowej pomocy grupom a)-e). Stąd uznaję za uzasadniony przymus minimalnych podatków redystrybucyjnych, o ile będą one docierać do grup docelowych, a nie będą marnotrawione w większej części na biurokrację. Nie uważam tego za „grabież” i tu się po prostu różnimy. Nie traktuję nieograniczonego prawa własności jako wartości absolutnej. W tej kwestii po mojej stronie stoją prawie wszystkie systemy etyczne, intuicje potoczne oraz koncepcje dojrzałości sądu moralnego w psychologii rozwojowej.

    W komentarzu nie postulowałem zasiłku dla bezrobotnych. „Nawet jeśli się zatem zgodzimy na tak rozumianą minimalną redystrybucję, nie usprawiedliwi ona redystrybucji w szerszej skali”. I tu szczęśliwie dochodzimy do jakiejś zgody. Ja również nie akceptuję redystrybucji w szerszej skali.

    Jeśli bawi Cię nadużywanie etykiety „homo sovieticus”, to proszę bardzo stosować ją wobec mnie ku własnej satysfakcji. Nie drażni mnie to jeszcze tak, jak „razwiedka” w każdym tekście Stanisława Michalkiewicza (merytorycznie może mieć rację, ale maniera jest nużąca).

  • Krzysztof Hubaczek
    Krzysztof Hubaczek niedziela, 09 czerwca 2013

    Antypody rzeczywistej redystrybucji, czyli o tym, że niezawinienie niesamodzielni to kropla w morzu redystrybucji.

    Wacku, zanim - w odwecie za "homo sovieticusa" jak rozumiem, którego na wyrost wziąłeś do siebie ;) - przypiszesz mi niedojrzałość sądów moralnych (vide ostatnie zdanie pierwszego akapitu), zauważ, że nie o kaleki czy sieroty rozchodzi się w komentowanym przez nas artykule. Co prawda - i taki był mój pierwotny zarzut do Autora - do końca nie za bardzo wiadomo, jak radykalna jest teza tego tekstu: czy chodzi o wszelkie podatki czy tylko te redystrybucyjne vel janosikowe. Ciekaw jestem, co na to Autor...

    Zaś miedzy nami różnica polega na tym, że inaczej wartościujemy przymus... Dla mnie granice uzasadnionego przymusu wyznacza tylko i wyłącznie ochrona życia i wolności innych obywateli. Choć oczywiście dyskusja jak to sie praktycznie przekłada na poszczególne kazusy może być długa... Obaj jak widzę zgadzamy się jednak co do tego, że między podatkiem na osoby niesamodzielne życiowo a podatkiem, dzięki któremu pan Heniek będzie mógł dalej siedzieć na kuroniówce i nic nie robić, jest przepaść... ;)


    PS "Mam bardzo poważne podejrzenie, oparte na wieloletniej obserwacji, że ilość „Jasiów” gotowych do dobrowolnej działalności charytatywnej nie jest wystarczająca dla zapewnienia podstawowej pomocy grupom a)-e)" Rozbawiło mnie to zdanie setnie ;) Nie ma na świecie podobno kraju, gdzie mógłbyś dokonać obserwacji, jak to rzekomo organizacje charytatywne są niewystarczające dla zaspokojenia potrzeb społecznych, ale jakoś rzekomo taka wieloletnią obserwację przeprowadziłeś? ;) Metodologicznie zabawne...

  • Gość
    Adam niedziela, 09 czerwca 2013

    Zwrotny wpływ ustaw na odruchy moralne, które je ukonstytuowały

    Idea,że w społeczeństwie jest wystarczająco wiele osób,by wprowadzać najróżniejsze podatki redystrybutywnego, ale że nie ma w nim wystarczająco wielu osób, by pomóc potrzebującym jest jakaś dziwaczna.

    Jeżeli gdzieś czai się znieczulica i niewrażliwość społeczna, to właśnie w opodatkowaniu redystrybutywnym, które sugerując, że prywatna inicjatywa nie jest właściwym sposobem pomagania, jednocześnie z hamowaniem takich inicjatyw hamuje też odruchy inicjatywne - a to pewnie też zmniejsza również polityczne wsparcie dla podatków r. Ergo: wrażliwość społeczna może być głębsza i wyższa niż się wielu wydaje - tylko trochę przytłumiona panującym światopoglądem.

    Dobrze, że panuje tu jako taka zgoda co do faktu, że pomagać należy jedynie NIEZASŁUŻENIE potrzebującym, tzn. takim, jakich pomoc nie zdemoralizuje. Zgoda w tej kwestii to już połowa sukcesu. Nie uważam, żeby "zasłużenie" potrzebującym nie należało pomagać - ale na pewno nie należy uznawać, że należy im się pomoc, takie uznanie niweczy bowiem powód, dla którego pomoc ta ma sens. Między (prywatnie) pomagającym i (prywatnie) przyjmującym pomoc - dzięki temu, że czyn ten jest nadobowiązkowy - rodzi się relacja wdzięczności, wymagająca od beneficjenta zasłużenia sobie na tę pomoc, wzięcia spraw we własne ręce, wstydu z powodu wykorzystywania dobroci innych itd.

    Odpowiedz Anuluj

Zostaw komentarz

Gość sobota, 25 marca 2017
Blog Naukowy Etyk Praktycznej

Aktywne grupy

Brak aktywnych grup.